Każualowy Tomb Raider, czyli Lara Croft and the Guardian of Light

By | 21 grudnia 2010

Moja mania na punkcie wszystkiego, co ma choćby niewielki związek z serią Tomb Raider i główną bohaterką, bez dwóch zdań najsłynniejszą żeńską postacią ze świata elektronicznej rozrywki, zaczęła się dawno, dawno temu – a dokładniej w czasach, gdy ośmioletnia Ocia pierwszy raz zagrała w drugą część przygód Lary. Pamiętam, że nie wyszłam wówczas poza obręb lokacji startowej, a spotkanie z jednym kanciastym tygrysem znacznie podnosiło ciśnienie. Więcej czasu spędziłam w domu panny Croft na próbie ustrzelenia lokaja (czy jest ktoś, kto nie próbował tego zrobić?) i odkrycia wszystkich sekretnych pomieszczeń. Potem mijały lata, na rynku pojawiały się kolejne sequele i prequele przygód pani archeolog, aż w roku 2010 stało się coś niesłychanego – wydano grę z Larą w roli głównej, która nie ma jednak nic wspólnego z poprzednimi tytułami znanej serii. Ba, zrezygnowano nawet z frazy „Tomb Raider”. Czy świat stanął na głowie?

Otóż nie, nie ma się czego bać. Marka Tomb Raider nie znika ani ze sklepowych półek, ani ze świadomości graczy – na przyszły rok Crystal Dynamics przygotowuje bowiem restart serii. Tymczasem jednak, aby czekający z niecierpliwością fani nie umarli z nudów i zgryzoty – od premiery Underworld minęły już bowiem dwa lata, a w przypadku przygód Lary to naprawdę spory kawałek czasu, niegdyś kontynuacje pojawiały się regularnie co roku – postanowiono uraczyć ich produkcją mocno odbiegającą tak formą rozgrywki, jak i stylem graficznym od pozostałych gier. I tak narodziła się Lara Croft and the Guardian of Light.

Wystarczy rzut oka na screeny, by ze zgrozą uświadomić sobie, że nici z pełnego trójwymiaru. Zabawa z Larą odbywa się w rzucie izometrycznym, a graficznie pierwszą produkcją, z którą skojarzyło mi się LCatGoL (tak, to kosmicznie wyglądające słowo to skrót pełnej nazwy) jest… Diablo III. Podobieństwo nie ogranicza się wyłącznie do wyglądu – w obydwu można wykorzystywać elementy otoczenia do eksterminacji wrogów (choć w przypadku przygód Croft ma to miejsce na mniejszą skalę), w obydwu przeciwnicy potrafią skakać nad przepaściami, wspinać się na półki albo też wdrapywać na podwyższenia, gdzie aktualnie przebywa postać gracza, i wreszcie w obydwu mamy do czynienia z hordami potworów żądnych krwi bohatera/bohaterki.

Czy słuszna jest więc obawa, że przygodowa gra akcji zamieniła się w produkcję typu siecz-i-rąb, w tym przypadku w formie strzelaj-i-wysadzaj? Po części tak. W żadnym Tomb Raiderze nie ubiliśmy nawet połowy tylu wrogów, co w LCatGoL, w żadnym też Lara nie miała dostępu do takiej gamy broni. Eksterminacja przeciwników odbywa się bowiem nie tylko za pomocą znanych i lubianych pistoletów, shotguna czy uzi. Lara z niezrównaną gracją dzierży także granatnik, karabin maszynowy, a nawet wyrzutnię rakiet. Do tego dochodzi włócznia o niezwykłych właściwościach oraz możliwość podkładania bomb. Każdą z broni opisują zaś trzy atrybuty – czas przeładowania, ilość zadawanie obrażeń i zużycie amunicji. To faktycznie novum, porównując do poprzednich gier z Larą w roli głównej, podobnie zresztą jak wyposażanie bohaterki w artefakty podnoszące ten czy ów współczynnik oraz zbieranie bonusów wydłużających pasek zdrowia. Daleka jestem jednak od narzekania na takie rozwiązanie.

Zabawa jest bowiem przednia. Co więcej, przez większość czasu balans pomiędzy walką, rozwiązywaniem zagadek logicznych a akrobacjami został zachowany. Jedynie na dwóch końcowych planszach daje się odczuć przesyt strzelania kosztem pozostałych elementów. Pochwalić muszę starcia z bossami – wraz z walką końcową mamy do rozegrania cztery takie potyczki, a każda wymaga nie tylko wciskania spustu, ale też główkowania. Pozostając przy zagadkach – te utrzymane są w typowo tombraiderowej konwencji, czyli nie zabrakło przepychania głazów, zabawy z płytami naciskowymi, unikania pułapek z kolcami czy zbierania kluczy umożliwiających wejście do grobowca. W części akrobatycznej znajdziemy zaś biegi na czas do zamykających się drzwi, ucieczkę z walących się w gruzy pomieszczeń, huśtawki na linie i skoki ponad strumieniami ognia. Ot, standardy życia codziennego przeciętnego archeologa.

Choć sama gra jest dość krótka i na jej ukończenie nie będzie potrzeba więcej niż dwóch, może trzech wieczorów, wyposażona została w dwa elementy znacznie wydłużające jej żywotność. Pierwszy to tryb gry wieloosobowej – można bawić się ze znajomymi zarówno przez sieć, jak i na jednej konsoli, o ile posiada się dwa kontrolery. Gdy pierwszy gracz kieruje Larą, drugi wciela się w Toteca, przebudzonego strażnika świątyni, wojownika z plemienia Majów – tytułowego Strażnika Światła. Wspólnie można więc przejść całą przygodę. Drugi z elementów to realizowanie wyzwań na każdym poziomie – chodzi o ukończenie danego etapu w ściśle określonym czasie, zebranie wszystkich reliktów, odnalezienie ukrytych platform czy urn i tym podobne cele. Poza satysfakcją, nagrodą będą relikty i bronie zwiększające bojowe możliwości Lary oraz nowe stroje, w które można przebrać bohaterkę (a jeśli jest tu ktoś, kto nie podziwiał nigdy zmieniających się w kolejnych tytułach wdzianek Croft i nie docenia tej możliwości, proszę natychmiast się pokajać i klęczeć na grochu w kącie przez dwie doby).

Słowem nie wspomniałam jednak o fabule – ale to zabieg celowy, bowiem na dobrą sprawę odgrywa ona szczątkową rolę. Ot, w ruinach świątyni Lara znajduje magiczne lustro. Niestety, uwięziony w nim zły duch imieniem Xolotl wydostaje się na wolność, tak więc Croft musi powstrzymać go przed zniszczeniem wszystkiego, na czym świat stoi. Goni go przez kilkanaście poziomów… i tyle. Nie spodziewajcie się zwrotów akcji, wielowątkowej historii albo tematów do głębszych przemyśleń. Ważniejsze są fikołki na skałach i zabawa z bronią palną – albo się taką konwencję kupuje, albo nie. Mnie zadowoliła, przynajmniej jako wypełniacz czasu między jednym Tomb Raiderem a drugim. I szkoda tylko, że wersja pudełkowa nie istnieje, a opakowanie nie może stać na półce i kurzyć się obok innych tytułów z Larą na okładce. Podobnym do mnie miłośnikom kolekcjonowania musi tym razem wystarczyć wersja elektroniczna.

  • Tytuł: Lara Croft and the Guardian of Light
  • Developer: Crystal Dynamics
  • Wydawca: Eidos Interactive
  • Rok produkcji: 2010
  • Platformy: PC, PS3, X360

3 thoughts on “Każualowy Tomb Raider, czyli Lara Croft and the Guardian of Light

  1. KoZa

    A tak się zanosiło, że to „koniec z graniem” etc., a z tego, co widzę, teraz się nie wyrabiasz ze wszystkimi tytułami, na które masz ochotę. x]

    Reply
  2. Oceansoul Post author

    Chyba półroczny kryzys definitywnie dobiegł końca. A wyciągnął mnie z niego… Prince of Persia. Ale o tym w którejś z kolejnych notek. ^^ Aktualnie więc na fali po LCatGoL odświeżam sobie Tomb Raidery na PC, a równocześnie od piątku zabieram się za Uncharted na peesie. Muszę teraz nadrabiać, gdyż 2011 zanosi się na wyjątkowo „mój” rok i nie będę mieć wtedy aż tyle czasu na powrót do starszych tytułów.

    Reply
  3. Demagol

    Gra naprawdę bardzo mi się podobała, dużo bardziej niż „zwykłe” Tomb Raidery. Pomysłowe poziomy, wartka akcja, trochę myślenia, generalnie bawiłem się naprawdę dobrze i oceniam tę grę bardzo wysoko. Tylko jakoś dziwnym trafem drugi raz mi się w to grać nie chce.

    Nie nazywałbym jednakże gry każualową, bo momentami jest całkiem wymagająca, a poza tym to poważna, świetnie wykonana gra.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *