Niech przemówi film niemy ― czyli jak polski dystrybutor zabił „Robaczki z Zaginionej Doliny”

By | 23 stycznia 2014

Dziś wpis zaangażowany. Jak niektórzy z Was już wiedzą, gdyż nie tylko się z tą opinią nie kryję, ale w pewien sposób celowo zdarza mi się ją manifestować, mam alergię na polski dubbing. Co więcej, uważam, że powszechne przyzwolenie na dubbingowanie filmów jak leci (najczęściej powiązane z dystrybucją wyłącznie takiej wersji) może nieść ze sobą jedynie coraz gorsze skutki ― że uderzę w fatalistyczne nuty. Chciałabym, by było to tylko moje biadolenie. Niestety, miarka się przebrała po dokonaniu niedopuszczalnej i zatrważającej ingerencji w film „Robaczki z Zaginionej Doliny”, który Polacy postanowili zdubbingować. Mimo że oryginał to film niemy.

Zanim przejdziemy do głównego bohatera wpisu i bulwersującej mnie sprawy, wyjaśnię pokrótce moją niechęć do zamiany oryginalnych głosów „na nasze”, ponieważ nie czuję się w tej kwestii marudą ani hejterem; wręcz przeciwnie, czuję się odbiorcą świadomym, który pragnie dwóch rzeczy ― wyboru i poszanowania dla dzieła. Dubbing w filmach czy serialach (jak i grach komputerowych; cały czas myślę też o nich, choć w tekście skupiam się na kinematografii) drażni mnie nie dlatego, że najczęściej jest kiepski; w przypadku podkładania głosów do filmów animowanych nierzadko jest wręcz bardzo dobry, a to, czego potrafią ze swoim aparatem mowy dokonać tacy wirtuozowie tej sztuki, jak na przykład Jarosław Boberek, wzbudza mój ogromny podziw. Tyle że z mojej perspektywy jest to zbyt wielka ingerencja w wytwór oryginalny, bym mogła obcować z nim z poczuciem, iż to właśnie taka produkcja, jaką chcieli pokazać mi twórcy.

Robaczki z Zaginionej Doliny

Nie od dziś dobór osób, które podkładają głosy w filmach, nie jest przypadkowy. Daną postać tworzy nie tylko to, jak wygląda i co mówi, ale też jak mówi, jaki ma ton czy barwę głosu (nie wspominając nawet o różnorodnych akcentach, które polski dubbing brutalnie wycina). W ostatnich latach nierzadko można też zaobserwować trend wzorowania bohatera na danym aktorze czy aktorce, odwzorowywania ich mimiki przez animowane komputerowo postacie ― trudno więc w tym przypadku mówić tylko o dubbingu, to raczej kompletna kreacja, tyle że różna od występu w filmie fabularnym. Wymienianie w takim duecie postać-aktor jednej składowej wydaje mi się podobnie niepotrzebną i niewskazaną ingerencją, co podmienienie bohatera na innego. Skoro więc raczej nikt nie godzi się, by pingwiny w „Madagaskarze” wymieniać na przykład na bociany (żeby tak bardziej swojsko było), czemu wszyscy radośnie akceptują fakt, że Johnny’ego Deppa zastępuje Wojciech Paszkowski („Rango”), a Mandy Moore i Zachary’ego Levi ― Julia Kamińska i Maciej Stuhr („Zaplątani”)? Jak daleko muszą posunąć się polscy dystrybutorzy, by większość kinomanów zaczęła domagać się wyświetlania wersji oryginalnej na równi z polską, a nie nawoływali o to tylko tacy zapaleńcy jak ja?

Wydaje się, że próg ten został już osiągnięty, choć niestety produkcja, o której mowa, raczej nie zdobędzie znacznego rozgłosu (chyba że za sprawą tej właśnie afery, choć też nie mam wielkiej nadziei). Mowa o wspomnianych we wstępie „Robaczkach z Zaginionej Doliny”, niemej animacji francusko-belgijskiej autorstwa twórców serialu „Minuscule”. Nie da się ukryć, że jest to film nietypowy ― choć przeznaczony dla dzieci, to pozbawiony dialogów. W zamyśle twórców nie stanowi to jednak przeszkody w zrozumieniu go, a wybór takiej, a nie innej drogi artystycznej był całkowicie uzasadniony, choćby nawiązaniami do stylistyki filmu dokumentalnego, w którym przecież zwierzęta nie mówią. Mimo to dzięki odpowiedniemu animowaniu postaci fabuła powinna pozostawać czytelna i zrozumiała także dla najmłodszych widzów. Co jednak robi polski dystrybutor? Polski dystrybutor jest mądrzejszy od twórców oryginału i postanawia dołożyć do filmu nieprzerwaną narrację.

Robaczki z Zaginionej Doliny

Zabieg ten jest z mojego punktu widzenia zły na tak wielu poziomach, że aż trudno pisać mi o tym bez emocji. Wyobrażacie sobie, że ktoś bierze klasyk kina niemego, no nie wiem, „Metropolis” czy „Nosferatu”, po czym dokłada do niego polskie dialogi (oczywiście korzystając ze ściągi ze znanymi nazwiskami ― czyli pewnie Pazura albo Fronczewski jako Nosferatu)? Albo do „Artysty”, zdobywcy pięciu Oscarów dwa lata temu, według własnego widzimisię dopisuje narratora czy kwestie postaci? Że co, że tu wolno, bo film dla dzieci? Bo to tylko animacja o mrówkach i biedronkach? Czyli automatycznie jego twórcy są mniej istotni albo nie wiedzieli, jaki film chcą zrobić i co chcą w nim przekazać? A może z założenia dzieci to istoty tak głupie, że na filmie niemym zasną, wyjdą podczas seansu lub też niczego nie zrozumieją, jak się im jak krowie na rowie nie wytłumaczy, że mrówka idzie, gdy widać, że idzie, i potrzeba było polskiego geniuszu, by to wyraźne niedopatrzenie naprawić?

Oto jak o swoim filmie wypowiedzieli się twórcy, Hélène Giraud i Thomas Szabo[1]:

Nie chcieliśmy, by postacie prezentowały się zbyt realistycznie czy zbyt «kreskówkowo». Naszym celem było osiągnięcie delikatnej równowagi między realistycznym przekazem opartym na dokumentacji a uproszczonym designem. Decyzja o opuszczeniu dialogów wynika z faktu, iż zależało nam na wyprodukowaniu filmu bliższego dokumentowi niż klasycznej animacji. Prawdziwe owady nie mówią, nie uśmiechają się, nie marszczą brwi, nie mrugają; chcieliśmy zachować ten brak mimiki i uniknąć «uczłowieczania» ich.

Ale dystrybutor wiedział lepiej.

Robaczki z Zaginionej Doliny

Nie odnoszę się tu w żaden sposób do jakości tego dubbingu ― choć jak przeczytacie w wielu innych miejscach w sieci, jest on jednoznacznie określany jako zły i żenujący. Ale niechby i był szczytem geniuszu, a aktorzy podkładający głos wystąpili w swoich życiowych rolach. Nie taki film chcę oglądać! Nie za taki film chcę zapłacić. Nie to chcieli pokazać mi twórcy. Co mi pozostaje? Ukraść albo poczekać na zagraniczne wydanie i je sobie sprowadzić. W polskim kinie wersji niemej rzecz jasna nie znajdę, a znając życie, dystrybutor powiedziałby mi, że niech się ludzie cieszą, że niszowa produkcja w ogóle jest u nas wyświetlana. Dodatkowym smaczkiem w tej druzgocącej sytuacji jest polski zwiastun ― z którego w żadnym momencie nie wynika, iż postanowiono ubarwić ten film swojskimi i nieprzerwanie płynącymi kwestiami narratorów (ten typowy dla trailerów lektor mówiący ze trzy zdania nie jest rzecz jasna narratorem w filmie; nie podano też nazwisk aktorów podkładających głos, choć jest wśród nich powszechnie znany Andrzej Grabowski, co jest zwyczajową praktyką w przypadku dubbingu). Czyżby więc jednak dystrybutor wiedział, że robi coś nie tak, ale próbował to zataić do ostatniej chwili? Usiłował zareklamować i sprzedać de facto inny film? Nie potrafię znaleźć słów na taką praktykę (ciśnie się na usta coś o oszustwie, ale może nie będę ryzykować listu od prawnika).

Gdy narzekam na brak wyboru wersji językowej i wszechobecność dubbingu w animacjach zazwyczaj nie spotykam się ze zrozumieniem. Trudno, widocznie moje granice ingerencji w dzieło są inne niż Wasze (co nie znaczy, że ktoś z nas odbiera źle; po prostu inaczej). W przypadku „Robaczków…” trudno jednak znaleźć w sieci jakąkolwiek pozytywną wypowiedź na temat takiego zabiegu. Oczywiście cierpi na tym także sam film ― choćby jego średnia ocen na Filmwebie jest zauważalnie niższa niż na IMDB i idę o zakład, że na tej różnicy zaważyła właśnie kwestia polskiej ścieżki dźwiękowej. Zdaję sobie sprawę z faktu, że w takich sytuacjach zawsze, ale to zawsze chodzi o pieniądze i z pewnością dystrybutor założył, że dodanie narracji (w którą trzeba było dodatkowo zainwestować) zwiększy jego zyski. Czy jednak cudze dzieło nie zasługuje nawet na odrobinę poważania i postawienia artystycznej swobody ponad potencjalnym zarobkiem? Najwyraźniej nie w naszym kraju. Aż chce się ze smutkiem powtórzyć nadużywane w tym tygodniu: Sorry, taki mamy klimat.

[1] Źródło: Press-kit, tłumaczenie moje

  • Hmm, dubbing to odpowiednik tłumaczenia w literaturze – niestety nie zawsze oddaje zamysł twórcy, choćby ze względu na odmienności kulturowe stojące za dwoma różnymi językami (szczególnie, gdy o humor idzie – co bawi nas, niekoniecznie jest zrozumiałe dla innych i vice versa). Ja osobiście coraz częściej sięgam po oryginalne wersje (o ile oryginał jest po angielsku, bo w tym języku czuje się już jako czytelnik pewnie) jeśli chodzi o książki, a seriale/filmy toleruje tylko i wyłącznie z napisami, dubbing odpada. Jeszcze w kreskówkach może to być dobre rozwiązanie (ale nie jeśli oryginał jest niemy, na pomniejszych bogów), ale jak widzę film z podstawionymi głosami, które niemal nigdy nie pasują jakoś do aktora widzianego na ekranie, to mnie szlag trafia. A przecież chociażby cała polska wersja „Harry’ego Pottera” katowała widza tym potwornym podłożeniem głosów (ale tu na szczęście była też druga wersja – z napisami).

    • Harry’ego Pottera jeszcze jakoś tam pojmuję – zakładając, że idą do kina dzieci, które czytać (dobrze) nie potrafią. Ale robienie dubbingu do Avengers czy Thora 2? Serio ktoś chodzi na takie filmy (z reguły dozwolone od lat 12) z pięciolatkami? Czy może nastolatek też nie umie czytać? No nie pojmuję…
      Z przekładaniem żartów mam ten problem, że większość ‚naszych’ nie jest śmieszna, tylko żenująca, na poziomie słabych kabaretów. Do tego z połowa o polityce, wszystkie te „spieprzaj dziadu”, „w bólu i nadziei”, etc. – naprawdę potrzebujemy tego w każdej animacji? Ale kiedyś może napiszę o tym szerzej, bo temat szeroki i drażliwy. ;)

  • Dobiłaś mnie tym wpisem… Polak potrafi, naprawdę. Swoją drogą, ciekawy jest uzus w kwestii dubbingowania w różnych krajach. W Niemiech KAŻDY film trafiajacy do kin jest dubbingowany, dla dorosłych, dla dzieci – wszystko. Początkowo bardzo mi to przeszkadzało, bo trudniej rozumiało mi się teksty dubbingowane od wypowiadanych przez oryginalnych aktorów (to tak na marginesie dowód na to, jak wielki procent komunikacji to składniki niezwiązane z samym językiem), teraz się przyzwyczaiłam. Ale jeśli kogoś to irytuje, to zawsze może kupić DVD czy bluraya i tu już jest wolny wybór: ścieżka dźwiękowa, napisy, konfigurowanie dowolne. Oczywiście w TV tego luksusu już nie ma, ale kiedy ja oglądałam jakiś film w TV?…

    • Swego czasu, ucząc się niemieckiego, nawet widziałam kilka takich dubbingowanych produkcji, no i cóż – nie ujęły mnie. ;) Jednak odczuwam ten dysonans, nawet jak nie jest to angielski, tylko język, którego nie znam ani trochę – nawet animacje japońskie oglądam tylko z napisami, choć po japońsku znam ze trzy słowa na krzyż. Ale po prostu klimat i świadomość robią swoje.
      W TV pewnie się to zmieni – nawet w polskiej telewizji, jak się ma satelitę, można już na niektórych kanałach wybierać wersję językową, czyli np. wyłączyć lektora i włączyć napisy. Ale trudno mi powiedzieć, na ile to powszechne, bo też nie oglądam. :)

  • Agata

    Nie mam nic przeciwko dobremu dubbingowi, ale tylko w filmach animowanych. Decyzję o dubbingu w „Robaczkach…” uważam za skandaliczną! Takie rzeczy tylko w Polsce :/

    • Pozostaje nam chyba tylko wyprowadzka do Skandynawii, gdzie wszędzie dominują napisy (pomijając dubbing w filmach dla najmłodszych). ^^

  • Bacha85

    Nigdy nie patrzyłam na dubbing w ten sposób- jako ingerencję. Przyjmuję go raczej jak tłumaczenie. O ile z filmami anglojęzycznymi jakoś bym sobie poradziła, o tyle w przypadku innych produkcji musiałabym z nich zrezygnować. Toleruję jedynie dubbing w filmach animowanych, oczywiście jeżeli postacie miały wcześniej głos :). To, co zrobiono tutaj to jaies horenadlne nieporozumienie.
    No i uważam, że widz zawsze powinien mieć wybór, jaką wersję chce obejrzeć.

    • Z mojego punktu widzenia tłumaczenia dubbingów są tymi najmniej wiernymi tłumaczeniami, więc przeszkadzają mi najbardziej. Dziwnym trafem jak jest komedia z napisami, to żarty przekłada się w miarę wiernie. A komedia animowana z dubbingiem? Obowiązkowo dorzućmy żarty z polskiej polityki, które za rok i tak będą nieaktualne, plus poziom kiepskiego kabaretu…

  • Megapodius

    Czasami mam wrażenie że dystrtybutorzy robia sobie jakiś nieoficjalne konkursy kto zniszczy więcej filmów. To jest chyba jedyne wyjaśnienie dla ktorego coś takiego powstało.

    • Tak, pewnie potem dystrybutorzy we własnym gronie śmieją się z tych oszukanych widzów, których znów przechytrzyli arcygłupim zagraniem.

  • Moreni

    Ja się odniosę do kwestii ogólnej, bo w szczególe (czyli w przypadku omawianego filmu) się całkowicie zgadzam.

    Uważam mianowicie, że dubbing w produkcjach dla dzieci jest konieczny – trudno wymagać od pięcio- czy sześciolatka, żeby nadążał za czytaniem napisów w kinie. (Oczywiście dystrybutorzy mogliby wprowadzić osobne seanse bez dubbingu, ale śmiem twierdzić, ze sale na nich świeciłyby pustkami). W animacjach mi nie przeszkadza, natomiast z filmami aktorskimi mam problem, bo nawet to, ze są dla dzieci, nie zmienia faktu, że dubbing wygląda ohydnie. Zwłaszcza, ze aktorskich filmów dla najmłodszych praktycznie nie ma (przypominam sobie właściwie tylko „Alvina i wiewiórki”. No i może pierwszą część HP), a ta zaraza rozprzestrzenia się na filmy dla dorosłych. I z tym należy walczyć.

    • To właśnie te osobne seanse (czy raczej ich brak) tak mnie smucą. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam na animacji w kinie, a w przypadku np. Frozen było mi autentycznie żal, że nie zobaczę tego na dużym ekranie, bo jako widz jestem jakimś niewielkim błędem statystycznym, dla którego nikomu nie opłaca się robić osobnego seansu. Jasne, nie wymagam od dzieci jakiejś świadomości kulturowej czy biegłego czytania napisów, ale już jakby dorosłym, którzy też chcą takie filmy oglądać, nie było wszystko jedno, to pewnie i takie pokazy by się opłacały. Ale wszystko idzie raczej w drugą stronę i najwidoczniej opłaca się wykładać dodatkowe środki na dubbing w takich „Avengersach” czy „Thorze”; zakładam, że nie chodzą na nie pięciolatki, więc jednak komuś musi się to podobać/nie przeszkadzać, bo w przeciwnym razie nikt by raczej do tego nie dopłacał i nie dubbingował ‚dla idei’. Chyba.

  • joly_fh

    To, co opisujesz to jakieś kuriozum. Jak można zdubbingować film, który jest niemy?? To w zasadzie nie dubbing, ale dołożenie czegoś do oryginału, a czy taka ingerencja nie jest przypadkiem naruszeniem praw autorskich?
    Mnie również nie podoba się moda na dubbingowanie – i mam nadzieję, że u nas nigdy nie dojdzie do tego, co jest w Niemczech. Zawsze mam wrażenie nienaturalności i infantylności, szczególnie w odniesieniu do przesłodzonych i piskliwych głosów kobiecych, które w 90% przypadków brzmią jakby kwestie wypowiadała egzaltowana nastolatka. Pół biedy kiedy chodzi o film dla dzieci, choć z aktorskimi produkcjami dla dzieci np. Narnią czy Harry Potterem też mam problem. Poza tym kiedy w oryginale głos podkładają tacy aktorzy jak Eddie Murphy, Johnny Depp czy Alan Rickman, to chciałabym usłyszeć ich, a nie polskich aktorów. Dubbing w filmach dla widza dorosłego jest jednak dla mnie nie do przyjęcia – ostatnio oglądałam zdubbingowanych Avengers i się załamałam.

    • Nie mam pojęcia, jak wygląda kwestia praw autorskich, ale obstawiałabym, że jest jakaś luka w umowie, którą można do tego nagiąć, a twórcom oryginału i tak się o tym nie mówi. A wszystkie formalności to pewnie nawet nie z autorami załatwiane, co z zagranicznym dystrybutorem.

  • Robert Siniakiewicz

    Hmm, w przypadku typowego filmu będącego prostą rozrywką dla gawiedzi nie sądzę aby dobry dubbing mógł wiele popsuć, choćby dlatego że żadnej „wizji artystycznej” zwykle tam nie ma. Problemem jest raczej wykorzystywanie w polskim dubbingu zawsze tych samych aktorów… taki Szrek straciłby połowę swojej mocy bez dubbingu, choćby przez proste odniesienia kulturowe i rozpoznawalność aktorów, więc nie ma tu reguły.

    Co do robaczków – głupota. Mój syn oglądał w wersji „francuskiej” i nie było problemu. Może dystrybutor miał inne doświadczenia i uznał że to konieczne? Nikt nie robi sobie kosztów bez powodu.