Jak NIE rozmawiać o kulturze

By | 6 lutego 2014

Dziś temat bardziej ‚kulturalny’ niż ‚kulturowy’, ale bliski moim ostatnim rozmyślaniom, które pora ubrać w słowa. Punktem wyjścia było dla mnie uświadomienie sobie, że coraz rzadziej podejmuję dyskusję w internecie na interesujące mnie tematy, o których mam w gruncie rzeczy coś do powiedzenia. Mam tu na myśli przede wszystkim rozmowy z osobami obcymi, w szerszym gronie. Choć bardzo chętnie zostawię swoją opinię na czyimś blogu albo skomentuję wypowiedź kogoś znajomego w portalu społecznościowym, to raczej nie zobaczycie moich wypowiedzi w serwisach poświęconych kulturze, jak Filmweb, Hatak, Lubimy Czytać, etc. albo w facebookowych grupach dotyczących książek, filmów czy seriali. Nie wspominam nawet o stronach typu Onet, WP, Gazeta i tym podobnych, gdzie przecież też pojawiają się tematy związane z kulturą. Także większość for dyskusyjnych omijam z daleka, a na obu, na których czasem się wypowiadam, raczej dość starannie dobieram tematy i nie z każdym wchodzę w polemikę. Dlaczego tak się dzieje? Nie dlatego, że nie mam nic do powiedzenia albo że wstydzę się własnych opinii. Bardzo chętnie podyskutuję choćby i z osobami o skrajnie odmiennych zdaniach, ale w cywilizowanych warunkach. Tymczasem coraz mocniej i coraz częściej przekonuję się o tym, że ton, w jakim obecnie prowadzi się dyskusje w internecie, jest daleki od tego, jaki uważam za komfortowy.

Jak NIE rozmawiać o kulturze:
Gdzie kończy się dyskusja, a zaczyna się chamstwo

Dzieło a twórca

Odbiorcy kultury obcują na co dzień z jej wytworami, nie zaś z twórcami. Czytamy książki, oglądamy filmy. Oceniamy je i komentujemy. Niechby i była to najbardziej miażdżąca krytyka ― w porządku. Także twórca tej kultury podlega ocenom i zasadne wydaje się wyrażanie opinii na temat dokonań pisarza, poety, aktora, reżysera, kompozytora czy kogokolwiek jeszcze tu wstawicie. Podkreślę jednak jedno słowo ― dokonań. Nie życia, nie decyzji, nie poglądów. Jeśli te nie mają przełożenia na dzieła, kim jesteśmy, by je oceniać i wartościować? By mówić o czymś, o czym tak naprawdę nie mamy pojęcia, a wiemy tylko tyle, ile wciśnie nam do głów kolorowa prasa czy portale plotkarskie. Naprawdę ktoś jeszcze nie wie o tym, że każdy artykuł w gazecie, czasopiśmie czy internecie ma się sprzedawać? To, ile jest w nim prawdy czy jak została ona podana to kwestia drugorzędna, ma być chwytliwie, na czasie, kontrowersyjnie. I o ile w samym zainteresowaniu czy lekturze nie widzę niczego z założenia nagannego ― gdzieś tam w ludzkiej naturze leży ta chęć podglądania, zarówno sąsiadów, jak i nieco nierzeczywistych z naszej perspektywy gwiazd zza oceanu ― to nie pojmuję, co skłania te nieprzebrane tłumy do niewybrednego komentowania spraw, o których nie mają pojęcia, bo mieć nie mogą. Szafują wyrokami szybciej i częściej niż najsprawniej funkcjonujące sądy, rzucają wirtualnymi kamieniami we wszystkich ― tak samo oberwie gwiazdka filmów dla dorosłych, jak pisarz-noblista, aktorka, która się rozwiodła po raz piąty czy reżyser, którego jeszcze nikt na zdradzie nie przyłapał, ale to na pewno tylko kwestia czasu. Internetowi komentatorzy nie popuszczą nikomu, bo przecież ten brzydki, ta gruba, a ta może i ładna, ale jak ładna, to na pewno głupia.

jak nie rozmawiać o kulturze

Mierzi mnie to wszystko straszliwie. Jasne, nie jestem święta i niejednokrotnie zdarzyło mi się, że pomyślałam sobie o kimś to i owo, pewnie dawałam się podpuścić głupim plotkom, a od czasu do czasu porozmawiałam na ten temat z kimś znajomym. Wiem, kto z kim i dlaczego, ale nie przyszłoby mi do głowy, by przykładać do tego miarkę moich wartości. Obrzucanie błotem obcych ludzi w internecie pozostaje dla mnie kompletnie niezrozumiałą praktyką i nie jestem w stanie pojąć, co sprawia, że ktokolwiek czuje się do tego uprawniony. Nie jest to z mojej strony zamach na wolność słowa, raczej chęć wykorzenienia dziecięcej maniery „co w myśli, to na języku” ― i tak jak większość dorosłych nie pisze na forum czy na swoim Facebooku o aktualnych dolegliwościach związanych z przechodzeniem grypy żołądkowej, tak te same osoby mogłyby się powstrzymać przed komentarzami na temat osób, których nie znają, o których tak naprawdę nie wiedzą absolutnie nic i tylko łykają to, co wcisną im media najgorszego sortu.

Czemu to wszystko tak właściwie służy? Przecież od tego, że napiszę na Filmwebie, że aktorka XY jest gruba i brzydka, sama nie będę szczuplejsza i ładniejsza. Podobnie jak od wyzywania tego czy innego celebryty od ćpuna, pedała czy pedofila, bo tak dziś napisano na Pudelku, a przecież redaktorzy plotek wiedzą najlepiej i na pewno mają rację! A nawet jeśli akurat w jakimś przypadku coś faktycznie było zgodne z prawdą ― czy to cokolwiek zmienia? Czy to daje jakieś prawo oceniania nieznanych sobie ludzi tylko dlatego, że kojarzy się ich twarz czy nazwisko? Że widziało się ich w serialu albo na okładce magazynu? Nie wystarczy pomyśleć sobie tego i owego, nie wystarczy co najwyżej we własnej głowie stwierdzić, że „no skoro tak, to jego/jej filmu już więcej nie obejrzę!”, tylko trzeba koniecznie podzielić się tą błyskotliwą myślą ― która więcej mówi o jej autorze niż podmiocie ― z całym internetem? Licząc na co, na poklask?

Teoretycznie ktoś mógłby spytać, czemu mi zależy, przecież żadna znana osoba, a już na pewno żadna znana osoba spoza Polski, i tak w życiu tego nie przeczyta, więc nawet nie będzie jej przykro. Jasne, nie przeczyta, ale nie w tym jest problem. Problemem jest dla mnie coraz niższy poziom dyskusji i ich zerowa wartość merytoryczna. Dyskusji, w których coraz bardziej nie ma sensu uczestniczyć. Po pierwsze dlatego, że będzie się zakrzyczanym, jeśli samemu nie zacznie się mówić tym samym językiem. Po drugie, nic konstruktywnego z tego nie wynika ― czego nowego dowiem się o filmie, jeśli sednem rozmowy stanie się to, że reżyser jest złym człowiekiem, więc najlepiej w ogóle nie oglądać jego produkcji. A po trzecie, zwyczajnie nie lubię sytuacji niekomfortowych, a tak się właśnie czuję, jeśli przypadkiem zostanę uczestnikiem takiej dysputy ― zażenowana. Jest mi po prostu głupio, że ktoś ― czy raczej całe rzesze ktosiów ― bez jakiegokolwiek skrępowania wypisuje te swoje sądy i prawdy objawione, prawie zawsze w agresywnym lub pogardliwym tonie. Znacie takie pojęcie jak „secondhand embarrassment”? Bardzo często to właśnie odczuwam, gdy widzę te wszystkie wypowiedzi, których kształt, forma i treść są tak bardzo sprzeczne z moim poczuciem dobrego smaku, dobrego wychowania, empatii i szacunku wobec drugiej osoby.

jak nie rozmawiać o kulturze

Dzieło a odbiorca

Nieco podobne są przypadki, w których samozwańczy odbiorcy jedynego słusznego gustu, zamiast skupić się na ocenie konkretnego dzieła kultury, przechodzą do oceny jego odbiorców. W skrócie ― bawiłeś się świetnie na tym płytkim filmie? Jesteś głupi. Nie spodobała ci się gra, przy której ktoś inny zarywał noce? Jesteś głupi. Nie wyrażasz swojej opinii autorytarnym, nieznoszącym sprzeciwu tonem, a na domiar złego dopuszczasz możliwość, że nie ma tu jednej słusznej „prawdy”, tylko kilka równorzędnych „prawd”? Też jesteś głupi. Oczywiście „jesteś głupi” nie musi być wyrażone w jasnej, prymitywnej formie ― czasem jest zawoalowane, czasem występuje jako presupozycja. To zależy już wyłącznie od elokwencji dyskutanta, ale nie ma to dla mnie żadnego znaczenia, skoro poziom kultury i wrażliwości pozostaje bez zmian. Jasne, też nie z każdym widzę sens rozmowy o konkretnym dziele ― ale jeśli tak jest, to po prostu z nim nie rozmawiam, a nie obrzucam go błotem. Bo to i tak nic nie da i nikt od tego nie zmądrzeje. Jeśli ktoś czuje się ekspertem od dobrego gustu, niech poleca innym wybitne dzieła, niech do nich zachęca, niech tak dobiera rekomendowane tytuły do upodobań i możliwości rozmówców, by ci faktycznie chcieli po nie sięgnąć ― ale niech ich nie obraża i nie poniża, bo od tego i tak nie stwierdzą, że od dzisiaj zamiast „American Pie” będą oglądać wyłącznie filmy Smarzowskiego, a wszystkie romanse paranormalne ze swojej biblioteczki wymienią na dzieła zebrane rosyjskich klasyków.

Lubię poznawać inne punkty widzenia, nawet te skrajnie odmienne od mojego. Nie spodobała mi się Twoja ulubiona gra? Napisz, co w niej uwielbiasz. Wskaż jej mocne strony. Ale skup się na grze, a nie na tym, że jestem głupia, skoro śmiała mi się nie spodobać albo nie doceniłam jej geniuszu, nawet jeśli to geniusz ewidentny. Zachwycam się książką, którą uważasz za płytką czy słabo napisaną? Podaj argumenty, wytknij błędy merytoryczne czy logiczne w tekście (czy w mojej recenzji) ― ale nie sprowadzaj rozmowy do poziomu, że Ty wiesz lepiej, bo tak i już, a Twoja prawda jest Twojsza, a w ogóle to Ty się znasz, a ja się nie znam. Co wyniknie z dyskusji prowadzonych w takim tonie? Ano nic. Ani nie przekonasz mnie do zmiany zdania na temat danego obiektu kultury, ani do tego, że warto cenić Twoje opinie. Nawet jeśli jesteś prawdziwym ekspertem i znasz się na tym jak nikt inny, a Twoja ocena omawianego dzieła jest faktycznie głębsza niż moja, nie tylko tego nie wykażesz i nie sprawisz, że uznam, że wiesz, o czym mówisz, lecz także dodatkowo zdyskredytujesz samego siebie w oczach potencjalnych rozmówców jako osoba, z którą dyskutować nie warto. Jaki to ma sens? Kto na tym skorzysta? W mojej ocenie ― żadna ze stron.

jak nie rozmawiać o kulturze

Agresja a waga tematu

Zastanawia mnie też, czemu w przypadku często tak błahych tematów pojawia się tyle złych emocji i słownej agresji. Serio, to dla kogoś aż tak istotne, że jakiejś anonimowej osobie na Facebooku podobała się „Achaja” Ziemiańskiego? Nie będzie mógł zasnąć, jeśli nie wbije jej szpili, a z kolei gdy to zrobi, to nagle świat stanie się lepszy? Nie pojmuję tego kompletnie. Jasne, pewnie każdy z nas zna jakąś książkę czy film, których szczerze nie znosi i wyzwala to w nich jakieś negatywne emocje. Ja szczerze nie znoszę na przykład „Zmierzchu”, nawet nie dlatego, że to książka fatalnie napisana i płytka, że szkoda na nią czasu, że pozbawiona jest wewnętrznej logiki i tak dalej, ale dlatego, że wiele z jej treści uważam za bardzo szkodliwe, co w połączeniu z docelowo młodą wiekiem grupą odbiorców może nieść ze sobą wiele złego. Nie biegam jednak po forach dla fanów i nie piszę im, że są głupi, bo się tym zachwycają albo nie czytają w tym czasie „Ulissesa” czy choćby „Harry’ego Pottera”, więc jak śmią marnować swój własny czas. Nie wypisuję obelg na profilach znajomych, którzy śmieli dać tym książkom wyższe oceny niż ja. Nie uprawiam też popularnego wybiegu w dyskusjach polegającego na sprowadzaniu dyskutanta do jego ocen i słupków, na zasadzie „No, skoro XXX oceniasz niżej niż YYY, to nie mamy o czym rozmawiać, bo jesteś idiotą i się nie znasz”.

Dlaczego? Bo to wciąż TYLKO kultura. Nawet najukochańszy serial nie jest wart tego, by obrażać, poniżać, patrzeć z góry. Po drugiej stronie zawsze jest człowiek i nawet jeśli w duchu mamy go za głupszego od siebie ― to z jakiej racji taki osąd miałby zasługiwać na publiczne rozgłaszanie? Ktoś daje najniższą ocenę najlepszej książce, jaką w życiu czytałam, a do tego nazywa ją grafomańskim chłamem? I co z tego! Miał prawo! Nawet jeśli przeczytał dziesięć razy mniej książek ode mnie i czuję, że ja znam się na danym temacie lepiej, to wciąż nie wyobrażam sobie publicznie takiej osoby wyzywać. Naprawdę, naprawdę kogoś aż tak boli cudza opinia, że musi na nią zareagować agresją? Nie potrafię pojąć, dlaczego, z czego to wynika. Żeby moje było na wierzchu? Ale co mi to da tak właściwie? W pełni rozumiem emocje, jakie często targają osobami rozmawiający o aborcji, wierze, moralności ― nawet jeśli sama danych emocji nie podzielam i nie przeżywam. Może to dla kogoś naprawdę ważne kwestie, więc niech już będzie, poniosło go ― choć pewnie i tu dałoby się rozmawiać kulturalnie i bez obrażania. Ale filmy, książki, gry? Czy naprawdę warto iść na noże i wpadać w ton godny lepszej sprawy?

A może tylko nadwrażliwość?

Choć kocham kulturę i jest ważną częścią mojego życia, to po prostu nie rozumiem, dlaczego czyjeś opinie na temat jakiegoś dzieła miałyby wywoływać u mnie aż tak negatywne emocje jak złość, gniew, pogarda. Przecież możemy porozmawiać spokojnie, nikogo nie obrażając. Możemy porozmawiać merytorycznie, skupiając się na wadach i zaletach wyłącznie obiektów kultury. Możemy? A może to ja jestem zbyt wrażliwa i za mało odporna na survivalowe warunki internetowych dyskusji? Ocena tego stanu rzeczy nie zmienia jednak faktu, że coraz częściej odczuwam dyskomfort na sam widok rozmów i komentarzy skupionych wokół kultury, a na samą myśl o uczestniczeniu w takiej wymianie zdań uciekam, gdzie pieprz rośnie.

jak nie rozmawiać o kulturze

  • Maciej Oleksy

    Lódzie, nie czytajcie tego bełkotu! Cheloł, autorka lóbuje się w dwukolumnowych blogaskah, a więc ewidentnie propagóje OFE-srofe! Ba, mosze nawet jest jakaś ograniczona i robi to nieświadomie? Morze nie wie, że filar i kolómna to fyrazy bliskoznacznę? Chę? W karzdym razie to wszystko sranie w banie! Nie dajmy się zniewolić pułgłópkom i PiSiorom!

    PS: To wszystko wina Tóska!
    PS2: Biedroń to pedał!
    PS3: Fajta to rzyt! Choland to lezba!
    PS4: Sabkozki to miżdż!

    • Orish

      Ukradłeś mi pomysł na komentarz, ty, głupi, ty!
      Ale Salvatore jest najlepszym autorem fantasy i nic tego nie zmieni.

    • http://leksykonik.blogspot.com/ Maciej Oleksy

      Wybacz, Milordzie.
      To się już więcej nie powtórzy. Obiecuję.

  • http://bookhunters2.blogspot.co.uk/ Kali

    Przyznaje się, podchodziłam chyba 3 razy, żeby przeczytać ;)
    A tak na poważnie już teraz, to napisanie jakiegokolwiek komentarza każe mi się zastanowić, czy mam coś sensownego do powiedzenia w temacie, który jest mi prawie obcy – bo zwyczajnie się nie udzielam nigdzie (sporadyczne wyskoki się nie liczą, bo jest ich za mało). Za to znów w głowie mi łazi myśl, że nie ma obiektywnych recenzji/opinii na żaden temat – i to byłby świetny temat na tekst, właśnie ta subiektywność recenzji, bo przecież każde zdanie ma swoje źródło w czyimś umyśle. Prawda?
    Czyżbym pisała nie na temat?:D

    • http://oceansoul.waw.pl/ Oceansoul

      Ja (niestety) coraz częściej zauważam, że nawet nie trzeba się nigdzie udzielać, bo wystarczy mieć fanpage bloga, znajomych na FB i sporadycznie zaglądać do jakiejś interesującej grupy, by co jakiś czas natrafić na słowa, od których włosy mi się jeżą. I to wcale nie żadna ‚gimbaza’, nie żadne anonimy, tylko często wykształceni, oczytani ludzie, którzy czy to chamsko, czy to quasi-ironicznie, czy to agresywnie dają do zrozumienia innym, że są istotami niższymi i głupszymi, ponieważ bardziej podobało im się X niż Y. A dałoby się te same treści przekazywać zupełnie innymi słowami, w zupełnie innym tonie. (Dodatkowo uważam, że miałoby to też lepszy skutek, choć tej hipotezy nie mam jak sprawdzić).

      Co do drugiego zagadnienia, w połączeniu z pierwszym: całkowicie zgadzam się z tym, że, skrótowo mówiąc, ‚obiektywizm nie istnieje’, a recenzja z założenia ma prezentować czyjąś opinię, a nie być zbiorem obiektywnych faktów, bo wtedy można by co najwyżej napisać, ile książka miała stron i o czym opowiada fabuła, a wiadomo, że nie na tym rzecz polega. Ale żaden subiektywizm nie usprawiedliwia formy podawania własnych myśli i o ile nie widzę problemu z tym, że recenzent/ktokolwiek napisze „co za fantastyczna/beznadziejna książka (ponieważ coś-tam)”, to już mam problem z „jesteś idiotą, skoro uważasz, że to fantastyczna/beznadziejna książka” albo „to beznadziejna książka, ale to było do przewidzenia, skoro autor jest taki-czy-owaki”.

    • http://bookhunters2.blogspot.co.uk/ Kali

      Ja mam zazwyczaj problem przy recenzowaniu, bo zdaje sobie sprawę, że autor zrobił to, to i tamto dobrze, że to mu punktuje, ale na innym biegunie brakuje mi tego i tamtego, żeby zapełnić moją potrzebę świetnej historii. I pewnie połowa ludzi by mnie walnęła po głowie jakimś kijem, jak ja tak mogę? Całe szczęście autor mnie nie pobił ;) A też się przecież tacy zdarzają.
      Myślałam, że też napiszesz coś o autorach gnojących swoich czytelników (jak w ogóle można?!), bo wydali nienajlepsza opinię o jego twórczości.

    • http://oceansoul.waw.pl/ Oceansoul

      Autorów wyskakujących z pretensjami do recenzenta znam na szczęście tylko z drugiej ręki, z cudzych blogów, stąd brak mojego osobistego poczucia krzywdy w tym zakresie. Pociesza też trochę to, że na takie zachowania nie widziałam nigdzie przyzwolenia, nie widziałam nikogo postronnego, kto by bronił takich postaw, a pozostali dyskutanci stają automatycznie po stronie recenzenta. Czego nie mogę powiedzieć o postawach opisywanych przeze mnie, które zdają się mieć naprawdę wielu zwolenników – stąd akurat taki dobór. :)

  • http://www.pedagogpomaga.pl/ Pedagog pomaga

    Oj post bardzo długi, na przyszłość radzę podzielić na kilka części bo nikt Ci do końca prawie nie dotrwa :)

    • http://oceansoul.waw.pl/ Oceansoul

      Dzięki za cenną uwagę. :)
      Sama zastanawiałam się dość długo nad tym, czy dzielić na części, czy nie, właściwie aż do chwili publikacji się wahałam. Ostatecznie postanowiłam zaryzykować z całością i teraz już wiem, że to była jedna z najgorszych decyzji.

    • http://www.bookhunters2.blogspot.com/ Arieen

      Bez przesady.To jednak blog dla czytelników, a żeby takowym być to trzeba jednak mieć jakąś zdolność skupienia uwagi na jednej czynności (lekturze) dłużej niż 5 minut. A sam temat jest na tyle ciekawy, aby utrzymać zainteresowanie odbiorcy.