Goodbye blue sky — „The Wall”

By | 11 lutego 2011

Długo nie mogłam zmusić się do sięgnięcia po ten film. Wszystko przez traumę z dzieciństwa – kaseta ze „Ścianą” znajdowała się w domowej wideotece odkąd sięgam pamięcią, a nieopatrzny rzut oka na kilka początkowych sekwencji na wiele lat zniechęcił mnie do obejrzenia całości. Nie, nie dlatego, że to, co ujrzałam, było złe. Było po prostu przerażające.

Dziś, oglądając całość od początku do końca, przez większą część filmu miałam ochotę odgryźć sobie palce albo przynajmniej zamknąć oczy. ‘Przerażający’ nie jest może najwłaściwszym określeniem, mimo że ciągle przewija się przez moją głowę. Trudno jednak o jeden przymiotnik, zdolny podsumować doznania. Kołacze mi się jeszcze ‘okropny’, ale ze względu na negatywne konotacje nijak nie może się tu pojawić. To przecież rewelacyjne dzieło, tyle że jego siły oddziaływania na odbiorcę nie da się porównać z niczym innym.

Czym tak właściwie jest „The Wall”? Najprościej rzecz ujmując, dramatem psychologicznym, ukazującym w sposób niechronologiczny życie Pinka (Bob Geldof), które trudno określić mianem szczęśliwego, do niego samego zaś najlepiej pasować będą określenia ‘zagubiony’ i ‘wyalienowany’. Mimo skoncentrowania na jednostce, film podejmuje także próbę ukazania koszmaru wojny i destrukcji, do których prowadzą ideologie faszystowskie, oraz skrytykowania systemu edukacji, usiłującego wykorzeniać wszelkie przejawy indywidualizmu wśród uczniów. Wydarzenia rzeczywiste przemieszano z halucynacjami głównego bohatera, odgradzającego się tytułowym murem od otaczającego go świata.

Od wszelkich innych filmów podejmujących zbliżoną tematykę czy też od wszelkich innych dramatów psychologicznych „The Wall” różni się dzięki dwóm integralnym elementom, stanowiącym o jego niezwykłości. Pierwszym są surrealistyczne wstawki animowane autorstwa Geralda Scarfe’a, zaś drugim – muzyka zespołu Pink Floyd, w przeważającej mierze pokrywająca się z zawartością albumu o tym samym co film tytule. Jeśli ktoś nie trawi twórczości brytyjskiej grupy, nie ma nawet po co oglądać „Ściany”. Dialogów prawie nie uświadczymy – cała treść zawarta jest w sugestywnym obrazie i tekstach utworów.

Powracając do początku – cóż jest dla mnie w tym filmie takiego przerażającego? Zarówno sam fakt, jak bardzo cudzy twór może być mi bliski, jak i sposób, w jaki na mnie oddziałuje. A robi to dogłębnie, zarówno na płaszczyźnie wizualnej, jak i dźwiękowej. Przeraża, ale równocześnie zachwyca. Nie jest to film, który można w połowie przerwać, żeby zaparzyć herbatę. Ani taki, który można po prostu obejrzeć, odhaczyć na liście i zapomnieć. On zawsze będzie gdzieś w środku, czy się tego chce, czy nie. I dlatego też w mej prywatnej opinii ma rangę arcydzieła.

  • Tytuł: Ściana (Pink Floyd The Wall)
  • Reżyseria: Alan Parker
  • Scenariusz: Roger Waters
  • W roli głównej: Bob Geldof
  • Rok produkcji: 1982
  • Czas trwania: 1 godz. 35 min.
  • Aerka

    Kolejny film, którego się boję, ale w końcu pewnie będę musiała obejrzeć. Pink Floyd uwielbiam i już sama płyta zawsze robiła na mnie ogromne wrażenie, choć nie do końca byłam do niej przekonana, ale to już inna historia. Muzyka w połączeniu z odpowiednim obrazem jest na pewno dziesięć razy bardziej sugestywna i chyba tego się boję najbardziej. Ale w końcu obejrzę na pewno.

  • KoZa

    Film, którego nigdy nie obejrzałem, a który naprawdę wypadałoby nadrobić. Też mam przed nim taki… „lęk”. Sporo widziałem filmów genialnych, ale tak ciężkich, że wręcz ciężko się je wspomina.

  • Zarówno płyta jak i film są powyżej pierwszej ligi. Zdecydowanie muszę odświeżyć.