Opowieść o Oberhochwald — „Eifelheim”, Michael Flynn

By | 20 listopada 2011

Michael Flynn, amerykański autor szerzej w Polsce nieznany, zadebiutował na naszym rynku nominowaną do Hugo powieścią „Eifelheim”, która powstała na kanwie jego opowiadania o tym samym tytule. Pierwotne „Eifelheim” przedstawiało badania dwójki amerykańskich naukowców, kosmologa Sharon Nagy i kliologa Toma Schwoerina, usiłujących rozwikłać początkowo niepowiązane ze sobą zagadnienia. Dekadę później Flynn rozbudował pomysł, dopisując rozdziały, których akcja rozgrywa się w XIV-wiecznej niemieckiej osadzie – i to właśnie one stanowią główną część powieści.

Eifelheim, noszące niegdyś nazwę Oberhochwald, było niczym niewyróżniającym się miasteczkiem zamieszkiwanym przez typową dla późnego średniowiecza społeczność – rolników, kamieniarza, kowala, młynarza, księdza czy zakonnika, w pobliskim grodzie rezydował zaś lokalny władca wraz z rycerską świtą. Obecnie cień tajemnicy owiewa to miejsce, stanowiące białą plamą na wszystkich mapach. Choć badającemu tę sprawę Tomowi naturalne wydaje się opuszczenie wioski przez mieszkańców podczas trwającej w Europie epidemii Czarnej Śmierci, trudno podać przyczynę, dla której Eifelheim nie zostało ponownie zasiedlone. Rozwikłanie tej historycznej zagadki staje się obsesją kliologa, który za wszelką cenę usiłuje dotrzeć choć do strzępków informacji, dzienników czy kronik z dawnych czasów.

Od badań Toma i jego dziewczyny Sharon ważniejsze są jednak wydarzenia opisywane z perspektywy Dietricha, proboszcza Oberhochwald. Jest to zdecydowanie najciekawsza postać powieści, nieprzypominająca w niczym stereotypowego duchownego Wieków Ciemnych. Dietrich to człowiek oświecony, znawca myśli filozoficznej starożytności i średniowiecza, teolog o otwartym umyśle. Kiedy spokój społeczności, w której od lat panują niezmienne obyczaje i zachowania, zostanie zakłócony przez wizytę niezwykłych przybyszów, Dietrich przejmie na siebie ciężar próby skomunikowania się z nimi, zrozumienia ich niezwykłej wiedzy i technologii, równocześnie starając się zaszczepić w nich chrześcijańską wiarę – co rzecz jasna ściągnie na niego kłopoty.

Flynn niezwykle szczegółowo potrafi odmalować obraz XIV-wiecznych Niemiec, relacje między władcą a jego wasalami, polityczne zawirowania, stosunek do herezji czy strach przed ogarniającą kolejne ziemie zarazą. Autor świetnie poradził sobie także z dysputami na tle religijnym czy naukowym, wiarygodnie oddając zetknięcie się średniowiecznej ludności z nieznanymi im technologiami i myślami. Pochwalić trzeba kreacje bohaterów i wiarygodne przedstawienie ich stosunku do niezwykłej sytuacji, jak i aktualnych problemów. Prócz postaci fikcyjnych czytelnik będzie miał okazję spotkać także nazwiska znane z kart książek historycznych, jak choćby Wilhelma Ockhama, zaś wszelkie wydarzenia rozgrywające się w Oberhochwald osadzono w kontekście zmian targających średniowieczną Europą.

Blado na tym tle wypadają fragmenty rozgrywające się współcześnie. Wątek Toma i Sharon nie wciąga, nie trzyma w napięciu. Flynn naszpikował ich dialogi naukowymi pojęciami, które tak naprawdę nie wnoszą niczego interesującego do akcji powieści, a jedynie dezorientują czytelnika i zaburzają płynną lekturę. Postaci naukowców są irytujące lub też w najlepszym przypadku bezbarwne, zwłaszcza gdy zestawić ich z mieszkańcami Oberhochwald. Dość dodać, iż „Eifelheim” nie byłoby w żaden sposób uboższą książką, gdyby jej akcja toczyła się jedynie w XIV wieku.

Na największą naganę zasługuje jednak polskie wydanie powieści. Wydawnictwo Solaris nie zadbało w stopniu wystarczającym o korektę „Eifelheim”, które od początku do końca naszpikowane jest błędami interpunkcyjnymi i stylistycznymi. Zwłaszcza brak przecinków kłuje w oczy, a te same uchybienia powtarzają się zbyt często, by można je uznać za przeoczenie, a nie nieznajomość określonych zasad. Niewiele lepiej wygląda kwestia powtórzeń, które w tekście nie powinny były się znaleźć.

„Eifelheim” należy do grona powieści, po które warto sięgnąć. Nie jest to kamień węgielny literatury science fiction, ale solidna porcja rozrywki na długie, jesienne wieczory. Zwłaszcza miłośnicy fikcji historycznej i pasjonaci średniowiecza powinni zainteresować się książką Michaela Flynna i zgłębić opowieść o Oberhochwald.

  • Tytuł: Eifelheim (Eifelheim)
  • Autor: Michael Flynn
  • Wydawnictwo: Solaris
  • Rok wydania: 2011
  • Liczba stron: 616
  • ISBN: 978-83-7590-076-7


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Solaris oraz Portalowi Bestiariusz.

9 thoughts on “Opowieść o Oberhochwald — „Eifelheim”, Michael Flynn

  1. Moreni

    Książkę postanowiłam przeczytać już jakiś czas temu, a Twoja recenzja jedynie utwierdziła mnie w tym postanowieniu. Chociaż pewnie sporo czasu strawię na zgrzytaniu zębami (przez przecinki i powtórzenie) i daremnych próbach nieprzełamania książce grzbietu…

    Reply
  2. Oceansoul Post author

    Prawda, z grzbietem trzeba toczyć zaciętą walkę. Mój jest na szczęście nieuszkodzony, ale musiałam czytać książkę pod dość niewygodnym kątem, by go nie złamać.
    A te ich przecinki to mi się długo będą po nocach śniły, brr. Aż boję się sięgać po kolejną książkę tego wydawnictwa…

    Reply
  3. Moreni

    Jak czytałam „Fizjonomikę”, nie zauważyłam jakichś szczególnych problemów (od czasu do czasu jakaś literówka czy przecinek, ale rzadko). Może to bardziej od roku wydania zależy?

    Reply
  4. Oceansoul Post author

    Albo też akurat trafił im się jeden niekompetentny korektor. Oby mi tylko nadchodzącej trylogii Sawyera nie zepsuli, bo nie daruję!

    Reply
  5. Harashiken

    Ja też planowałem tę pozycję już przed Twoją recenzją, ale zniechęca mnie ta korekta, zwłaszcza że książki Solaris nie są najtańsze. Cóż trzeba będzie polować w antykwariacie ^^

    Fizjonomikę też czytałem i również nie widziałem tam żadnych rażących błędów. Przede mną 6 tomów Kronik Majipoooru więc nieźle mnie nastraszyłaś ;)

    Powinnaś dodawać jakieś metryczki. Piszesz o boju z grzbietem ale nawet nie można sobie sprawdzić od razu ile ta książka ma stron, bez wchodzenia gdzie indziej. Jakby wordpressowy blog na prywatnym serwerze, na którym nie do końca sprawnie działa nie odstraszał wystarczająco wielu czytelników ;) Wiem wiem, czepiam się, to moje hobby ^^

    A co do grzbietów jeszcze to ja ostatnio stoczyłem wygrany bój z „Pomrukami Burzy”, które liczyły sobie ponad 1000 stron więc myślę, że z „Eifelheim’em” nie będzie problemu. Nie mniej wprost uwielbiam grube książki w miękkich okładkach.

    Reply
  6. Oceansoul Post author

    No Panie Czepliwy, przecie ostatnio serwer działa bez problemów! Nie wolno na niego zbyt często narzekać, bo jeszcze to usłyszy i znów mu się pogorszy! ^^

    Metryczki? I co jeszcze, może oceny? :P
    A tak serio, to nad metryczkami nawet zaczęłam myśleć jakiś czas temu. Jak znajdę wolną chwilę i wymyślę, w którym miejscu mają być, żeby się dobrze komponowały, i co mają zawierać, to będą.

    A miękkie okładki to zło, nawet w cienkich książkach. Jedno niedopatrzenie i od razu a to róg się zagnie, a to coś się wgniecie… Twarde oprawy rządzą. ^^

    Reply
  7. silaqui

    Po pierwsze – okładka jest magiczna!
    Po drugie – sama fabuła wydaje mi się pociągająca (zwłaszcza akcja osadzona w średniowieczu), więc wiem już co wypożyczę podczas następnej wizyty w bibliotece :)

    Reply
  8. Oceansoul Post author

    Mnie też w pierwszej kolejności przyciągnęła okładka, dopiero potem zerknęłam na opis. Kolory strasznie mi się podobają, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że bez tego wielkiego napisu wyglądałaby jeszcze lepiej. :D
    To trzymam kciuki za zaopatrzenie biblioteki. ^^

    Reply
  9. silaqui

    Akurat „Eifelheim” jest na pewno, bo już ostatnio rzucił mi się w oczy :)
    Zastanawiałam się nawet przez sekundę nad wypożyczeniem, ale jak zobaczyłam „Pierścień” Nivena to wybór był prosty i Flynn poszedł w odstawkę :P

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *