Loading...
Literatura

Lektura na jeden raz – „Dziedziczki”

Po przeciętnych „Kuzynkach” i kiepskiej „Księżniczce” przyszedł czas na trzeci, ostatni tom cyklu o Katarzynie, Stanisławie i Monice. „Dziedziczki” są na szczęście najciekawszą odsłoną przygód trzech nietypowych dam, ale to wciąż mało wymagająca lektura na jeden raz.

Od zakończenia akcji „Księżniczki” minęło trochę czasu. Łowcy wampirów wyruszają na kolejną misję, alchemik Michał Sędziwój boryka się z niedobitkami Bractwa Drugiej Drogi, a kuzynki Kruszewskie postanawiają wykupić rodzinny majątek i odbudować posiadłość. Nie będzie to jednak proste zadanie — były PGR Kruszewice zamieszkują gnuśne, rozpite chłopy, nie tylko niegarnące się do pracy na ziemi dziedziczek, lecz także gotowe zrobić wszystko, by pozbyć się tych, które zakłóciły ich spokojną egzystencję i odebrały przysługujący bezrobotnym zasiłek. Tymczasem z wampirzycą Moniką zaczyna dziać się coś niepokojącego — dziewczyna staje się nadmiernie gwałtowna i nad wyraz pożądliwa, co nie pasuje do wcześniejszego wizerunku wiekowej księżniczki. Pozostali są jednak zbyt pochłonięci swoimi sprawami, by zwrócić na to uwagę.

W ostatniej części trylogii wątki zostały poprowadzone zgrabnie i z pomysłem, choć bardzo łatwo można domyślić się ich zakończenia. Bawi stereotypowe ujęcie leniwych mieszkańców Kruszewic, dla których najważniejsze jest kombinowanie, jak tu się przypadkiem nie przepracować. Ich tok myślenia i próby wypędzenia dziedziczek to główna siła napędowa powieści. Zabrakło — na całe szczęście — zbędnego moralizatorstwa, będącego największą wadą „Księżniczki”. Finał znajdują także historie rozpoczęte w poprzednich tomach, jak choćby ta dotycząca najsłynniejszego polskiego alchemika. Jedynie epizody poświęcone Laszlo i Arminiusowi mogą wydawać się dodane na siłę i nie łączą się one zbyt mocno z pozostałymi elementami książki.

Trzecim tom, podobnie jak cały cykl, jest pozycją niewysokich lotów, zdolną umilić deszczowe popołudnie i szybko wyparować z pamięci. Książki autorstwa Pilipiuka napisane zostały w sposób prosty i lekki, lektura nie wymaga szczególnej koncentracji, akcja wartko posuwa się do przodu i nie trzeba się pochylać nad wyszukaną konstrukcją stylistyczną czy dającą do myślenia problematyką. Sagę o Kruszewskich mogę polecić jedynie oddanym fanom pisarza; miłośnicy fantastyki ambitniejszej nie mają tu czego szukać.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Fabryka Słów oraz Portalowi Insimilion.

  • kenaz

    „miłośnicy fantastyki ambitniejszej nie mają tu czego szukać.”
    Jasne, że mają czego szukać. Przynajmniej ci, którzy sie nie ograniczają, którzy potrafią docenić relaksacyjne walory książek Pilipiuka :)

    • Xavion

      Relaksujemy się raczej przy lekturze książek mało ambitnych, właśnie mających na celu miłe spędzenie czasu przy łatwej lekturze. Książki ambitne to zazwyczaj takie, przy których trzeba pomyśleć, wyciągnąć własne wnioski, zastanowić się nad niektórymi rzeczami. Więc zanim znowu coś napiszesz, zastanów się czy to ma jakikolwiek sens. I jeśli ktoś tu się ogranicza to raczej Ty, skoro dla ciebie Pilipiuk to ambitna proza.

    • kenaz

      napisałem że Pilipiuk jest.. ambitny? :) W którym miejscu?

    • kenaz

      powiem wrednie, ale z przymróżeniem oka: jeśli masz problem ze zrozumieniem dwuzdaniowego komentarza to co dopiero z ambitną książką przy której trzeba pomyśleć?

      Poza tym nikogo nie oskarżyłem o „ograniczenie”. A już na pewno nie Oceansoul.

  • Ja się muszę zgodzić z Xavionem – relaks, jasne, jak mózg nie ma już siły myśleć, a jadę pociągiem z Gdańska do Zakopanego, to przeczytam i może się nawet uśmiechnę kilka razy. Ale z ambitną literaturą nie ma to moim zdaniem nic wspólnego, nie wyniosłam z tej książki absolutnie nic. No, ale przynajmniej zapoznałam się z autorem i wiem już, że nie dla mnie. :)

    • kenaz

      Kiepski wybór na pierwsze spotkanie z Pilipiukiem. Jeśli będziesz miała chęć na coś lekkiego, ale klimatycznego i nieśmiesznego to warto sięgnąć po któryś zbiór opowiadań. Takie „Lot do dalekiego kraju”, „2586 kroków”, „Serce kamienia”, „Teatralna opowieść” – naprawdę świetne opowiadania. Sporo u Pilipiuka zacięcia archeologicznego, sporo historii takiej jakiej lubie – „codziennej”. Wyciąga różne stare wierzenia, zaskakuje absurdalnymi pomysłami, wspomina PRL, rzuca czytelnika do Norwegii w środek epidemii… Są wśród opowiadań prawdziwe perełki, są też opowiadania nudne i zwyczajnie słabe, ale też nadające się do przeczytania. Opowiadania z Robertem Sternem cieszą miłością do starych gratów, te z Tomaszem Olszakowskim sprawiają, że przypomina się okres fascynacji Panem Samochodzikiem Nienackiego. Sporo frajdy dają mi wszystkie kolejne zbiory, i to właśnie je najbardziej cenie z twórczości Pilipiuka. Choć i Jakubowi Wędrowyczowi nie sposób odmówić uroku i nienormalnego poczucia humoru :)

  • kenaz

    Po prostu to zdanie: „miłośnicy fantastyki ambitniejszej nie mają tu czego szukać” wg mnie powinno brzmieć trochę inaczej: „szukając ambitnej fantastyki nie sięgaj po Kuzynki”.
    Bo to trochę tak, jak powiedzieć np. „miłośnicy filmów Aronofskiego nie mają czego szukać na Niezniszczalnych/Avengers/Batmanie…”. Ależ mają.

    • Ja nie twierdzę, że miłośnicy fantastyki ambitniejszej nie mają czego szukać w żadnej pozycji nastawionej przede wszystkim na rozrywkę – a jedynie, że w tej konkretnej. Jest wiele książek rozrywkowych o – moim zdaniem – dużo wyższym poziomie czy lepszym języku, którym warto poświęcić czas i przy których będzie się bawiło znacznie lepiej.

      (A skoro o filmach mowa, to porównanie byłoby następujące: Avengersów uważam za kwintesencję dobrego kina czysto rozrywkowego i jedną z najlepszych produkcji o superbohaterach. Ale już Batmany w reżyserii Joela Schumachera są tragiczne i tam miłośnicy kina nie mają absolutnie czego szukać, nawet jeśli akurat mają nastrój na film rozrywkowy).