Loading...
Literatura

Perfekcyjny McDonald – „Dom derwiszy. Dni Cyberabadu”

Obrodziło ostatnimi czasy pozycjami z serii Uczta Wyobraźni, ku radości miłośników fantastyki ambitnej i niesztampowej. „Dom derwiszy. Dni Cyberabadu” autorstwa znanego już polskim czytelnikom Iana McDonalda to kolejne wydanie łączone, na które składa się zbiór opowiadań oraz powieść. Ich cechą wspólną, prócz oczywiście nazwiska twórcy, są egzotyczne realia – skażone technologią Indie oraz zagrożony nanoterroryzmem Stambuł. Mieszanka oryginalna i nietypowa, wybijająca się na tle tego, co oferują nam inni pisarze science fiction.

Pokaźnej grubości tom otwiera zbiór opowiadań zatytułowany „Dni Cyberabadu”, kontynuujący niektóre z wątków poruszonych w powieści „Rzeka bogów”. McDonald ponownie przenosi nas do Indii bliskiej przyszłości, które na skutek wewnętrznych konfliktów podzieliły się na kilka suwerennych państw, borykających się z tymi samymi problemami: suszą i niedostatkiem wody pitnej, kryzysem demograficznym – na skutek możliwości wyboru płci płodu na czterech mężczyzn przypada obecnie jedna kobieta – wzrastającymi wpływami Stanów Zjednoczonych oraz nadmiernie rozwiniętą sztuczną inteligencją, aeai poziomu trzeciego.

Podobnie jak we wspomnianej wyżej „Rzece bogów”, autor koncentruje się na tle politycznym i problematyce społecznej, postacie i fabuły stanowią zaś siłę napędową, mającą za zadanie ukazać pewne mechanizmy czy przemyślenia. McDonald znów zachwyca niepowtarzalnym klimatem Indii, w których stykają się skrajne ubóstwo i bezbrzeżne bogactwo, a kapryśna pora deszczowa decyduje o być czy nie być milionów ludzi. Aspekt technologiczny to z kolei powtórzenie i rozwinięcie tego, co zostało zaprezentowane na kartach wcześniejszej książki. Ci, którzy z „Rzeką bogów” mieli już do czynienia – a zalecam uczynić to przed sięgnięciem po „Dni Cyberabadu”, bowiem niektóre z wątków opowiadań i powieści zazębiają się – nie będą zaskoczeni obecnością Braminów, Psów Kriszny, dużej ilości obco brzmiących słów oraz zwyczajów i tradycji kojarzących się z kręgiem kultury hinduskiej.

Poziom kolejnych opowiadań wydaje się wzrastać wraz z kolejnymi stronami – a może to czytelnik coraz głębiej wnika w ten niezwykły, ale i przejmujący świat i przyzwyczaja się do plastycznego stylu autora? Apogeum swego talentu McDonald prezentuje w trzech ostatnich utworach – „Małej bogini”, nagrodzonej Hugo „Małżonce dżinna” oraz mikropowieści „Wisznu w kocim cyrku”, publikowanej wcześniej w antologii „Kroki w nieznane 2010”. „Wisznu (…)” jest niczym wyekstrahowana esencja całego zbioru, ukazuje w pełnej krasie zarówno egzotyczne realia świata przedstawionego, jak i powiązane z zaawansowaną technologią zagrożenia o podłożu moralnym. To istny majstersztyk, zarówno pod względem stylistycznym, jak i kompozycyjnym czy fabularnym; choćby dla tej mikropowieści warto po zbiór Brytyjczyka sięgnąć.

„Dom derwiszy” wprowadza w nieco odmienny klimat niż opowiadania rodem z Indii. Tym razem McDonald na miejsce akcji wybrał skąpany w upale Stambuł, tygiel kulturowy, religijny i narodowościowy, borykający się z problemami ekonomicznymi i społecznymi. Akcję zawiązuje zamach terrorystyczny, ale wątki dość szybko rozdzielają się; znajdziemy wśród nich choćby finansową intrygę, poszukiwania legendarnego dzieła sztuki czy śledztwo detektywistyczne.

Na kartach książki odnajdujemy wszystkie elementy charakterystyczne dla prozy McDonalda – teraźniejszy czas narracji, wplecione elementy języka i kultury właściwe dla miejsca akcji, niezwykle prawdopodobną, a zarazem sugestywną wizję bliskiej przyszłości (tu: z nanotechnologią w roli głównej), a także równoległe opisy poczynań kilku postaci, których losy zaczynają coraz ciaśniej się ze sobą splatać. Można by rzecz, że wszystkie te elementy już znamy, choćby ze wspominanej wielokrotnie „Rzeki bogów”, nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia z utworem wtórnym.

W „Domu derwiszy” udało się autorowi rozwinąć swoją koncepcję kompozycyjną do perfekcji, przez co jego najnowsza powieść jawić się może jako twór doskonały, czerpiący to, co najlepsze, z dorobku pisarza, a zarazem unikający uchybień, które można było dostrzec w poprzednim dziele. Bohaterów jest mniej, a dzięki temu ich osobowości i kierujące nimi motywy zostały bardziej dopracowane. Postaci reprezentują określony aspekt tureckiej rzeczywistości – ekonomiczny, religijny, technologiczny czy też związany ze sztuką i mistycyzmem. Poszczególne wątki trzymają w napięciu, finał zaś jest ich logicznym następstwem i – przede wszystkim – udanym zwieńczeniem.

„Dom derwiszy. Dni Cyberabadu” to kolejna pozycja obowiązkowa dla miłośników fantastyki oryginalnej i wizjonerskiej. McDonalda powinno czytać się dobrze każdemu, kto umie docenić dobry styl i misterną kompozycję; do satysfakcjonującej percepcji nie jest z kolei wymagana wiedza naukowa, bowiem pisarz w sposób jasny i pozbawiony żargonowych szczegółów potrafi nakreślić swoją wizję świata przyszłości. Fanom Uczty Wyobraźni pozycji zachwalać ani polecać nie trzeba, ale ci, którzy do tej pory się z serią nie zetknęli, mogą poszukać niniejszego woluminu podczas najbliższej wizyty w księgarni i dać się porwać Indiom oraz Turcji w niestandardowym wydaniu.

  • Tytuł: Dom derwiszy. Dni Cyberabadu (The Dervish House. Cyberabad Days)
  • Autor: Ian McDonald
  • Wydawnictwo: MAG
  • Seria wydawnicza: Uczta Wyobraźni
  • Rok wydania: 2011
  • Liczba stron: 715
  • ISBN: 978-83-7480-221-5


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu MAG oraz Portalowi Insimilion.

  • W końcu to „Uczta Wyobraźni” :)
    Choć wpierw planuję w przyszłym miesiącu zakupić „Smoka”, to McDonald będzie chyba drugi w kolejce – po przeczytaniu recenzji najpierw u Viv, a teraz u Ciebie widzę, że warto :)

  • O, to powinnam zdążyć z recenzją „Smoka” jeszcze przed Twoim zakupem, aktualnie trwa czytanie. ^^
    A do McDonalda bardzo zachęcam, choć moim prywatnym ulubieńcem z Uczty pozostaje póki co MacLeod. :)

  • Ogólnie z tego co czytam w blogsferze, to cała UW niemal jest …. ucztą ^^
    Choć nieco „Nieśmiertelny” mi nie pasuje, ale jeszcze nie mam wyrobionego zdania – zbyt mało recenzji przeczytałam.
    Na pewno się wyrobisz, a recenzją zmotywujesz mnie bardziej do kupna :P

  • Z Ucztą mam ten problem, że najchętniej bym pochłonęła całą od razu! :D Ale no, dzielnie się wstrzymuję i dawkuję, żeby na dłużej wystarczyła. :)
    Co do „Nieśmiertelnego”, to nie do końca wiem, czego się spodziewać, a i z autorką jeszcze nie miałam styczności. Starałam się omijać recenzje, dam się zaskoczyć pani Valente. ^^

  • Ja mam wprost odwrotnie ^^ Każda pozycja UW zajmuje mi dużo czasu i wymaga przerwy w postaci mniej wymagających książek. Obecnie męczę „Rzekę Bogów”, chciałem przeczytać przed spotkaniem z McDonaldem ale wygląda na to, że się nie uda, plany przyśpieszenia czytania poszły w diabły bo znów mam niż czytelniczy :/

  • Przynajmniej spotkasz McDonalda! Ehh, zazdrość! :D
    Też mam trochę niż, to znaczy staram się powoli wyjść z niego, ale styczeń był strasznym niżem (2 książki), a luty takim standardowym minimum (5 książek). Marzec powinien być nieco lepszy, ale na powrót do formy z zeszłego roku chyba nie mam co liczyć zbyt prędko. ;)

  • Ja miałam tydzień niżu czytelniczego, i to akurat podczas czytania Wattsa :P
    Teraz z kolei narzucam sobie zwolnienie tempa, bo znów kilka recenzji mam w plecy – ale co zrobisz, jak człowiekowi z nosa cieknie, to pisać składnie nie jest w stanie ^^

    Wracając do „Nieśmiertelnego” czy UW ogólnie – jak na razie wolę czytać recenzje, nastawiać się psychicznie itp… Żebym później mogła ze spokojem napisać „eeee taaaam… brednie ludziska pisali..” :P