Loading...
Literatura

Liryzm najlepszej jakości – „Dom burz”

Ledwie obróciłam ostatnią stronicę „Domu Burz”, zadałam sobie najistotniejsze pytanie – co tak właściwie sprawia, że uwielbiam pióro MacLeoda? Rzadko zdarza się, bym zachwyciła się równie mocno kolejną książką pisarza, który pierwszym swym dziełem wywarł na mnie tak niesamowite wrażenie. Ian R. MacLeod jest jednym z nielicznych, którym się ta sztuka udała. A jako że za punkt honoru obrałam sobie zrecenzowanie wszystkich pozycji z serii Uczta Wyobraźni, najwyższa pora, by przyjrzeć się bliżej „Domowi Burz”, książce osadzonej w tym samym uniwersum, co recenzowane wcześniej „Wieki światła”.

W poprzedniej powieści byliśmy świadkami rewolucji, która w XIX-wiecznej Anglii rozpoczęła tytułowy wiek światła. Od tamtej pory minęło jednak kilka dekad, a społeczeństwo gotowe jest na kolejne zmiany. A przynajmniej tak zakładają ci, od których te zmiany faktycznie zależą – czyli brytyjska arystokracja. Akcja koncentruje się wokół knowań Alice Meynell, Arcycechmistrzyni Cechu Telegrafistów, która staje się siłą sprawczą wszystkich działań. Napędzana chęcią doprowadzenia swego rodu do bogactwa i władzy, ale też pobudkami o osobistym wymiarze, jak choćby troską o nieubłaganie przemijającą urodę i walką z chorobą jedynego syna, rozdaje karty, decyduje o upadku cechów i losach osób związanych z jej bliskimi. Można więc spodziewać się, że także podczas wyniszczającej wojny, ogarniającej podzielone w kwestii niewolnictwa – na wzór secesyjnych Stanów Zjednoczonych – wschód i zachód Anglii, będzie chciała odegrać niebagatelną rolę.

Akcja toczy się wielowątkowo na przestrzeni kilku lat. Prócz historii Alice śledzimy też młodość i dorosłe życie jej syna Ralpha, perypetie Marion Price, początkowo służącej w posiadłości Meynellów, a następnie niezwykle ważnej postaci podczas zmagań wojennych, a wreszcie losy Klade’a – odmieńca, zamieszkującego tajemnicze Einfell, przypadkiem także wplątanego w działania armii. Wydarzenia, które początkowo mogą wydawać się niezwiązane ze sobą, ostatecznie zgrabnie się łączą, a za wszelkimi podejmowanymi decyzjami kryje się logika i prawdopodobieństwo psychologiczne skonstruowanych postaci.

MacLeod ponownie zniewala czytelnika kunsztem pisarskim. Jego wysublimowana proza, nierzadko zachwycająca swym liryzmem, wolna jest od wszelkich sztampowych porównań, nadużywanych epitetów i utartych połączeń wyrazowych. Podczas czytania „Domu Burz” rozkoszować można się nie tylko przekazywaną treścią, ale również formą. Jednakże to, co dla mnie jest ogromną zaletą, dla wielu innych może być wadą – akcja powieści nie tylko nie pędzi na łeb, na szyję, ale momentami wręcz wlecze się w żółwim tempie, by ustąpić miejsca opisom pogody czy krajobrazu albo kontemplacjom bohaterów. Retardacja narracji znudzi co bardziej niecierpliwych i zirytuje tych, którzy przedkładają treść nad wszystko inne, nie zwracając uwagi na styl.

W prozie MacLeoda uwielbiam także to, iż nie wyczuwa się w niej nachalnej fantastyki. Magia, tu pod postacią eteru, jest kopaliną, surowcem porównywalnym do węgla, przez co jego rola nie sprowadza się wyłącznie do tego, by bohaterowie mogli dysponować nadnaturalnymi mocami. Posiada za to, jak każdy zasób naturalny, znaczenie ekonomiczne. W powieści nie ma miejsca na typowe dla gatunku potyczki, szermiercze popisy albo zabójcze monstra. Pojawiają się co prawda odmieńcy skażeni eterem – jednakże w konfrontacji z innymi ludźmi to nie oni zasługują na miano potworów. Ponownie, niektórzy mogliby uznać to za wadę. „Domowi Burz” bliżej do XIX-wiecznych powieści angielskich czy amerykańskich niż do współczesnej fantastyki. Lojalnie uprzedzam więc tych, którzy mają ochotę na spotkanie ze smokami, elfami, magami czy dzielnymi wojownikami wymachującymi dwuręcznymi mieczami – tutaj ich nie znajdziecie.

Podsumowując, lektura „Domu Burz” to zaiste prawdziwa uczta. Niewiele powieści, które miałam okazję czytać, zapewnia doznania literackie na tak wysokim poziomie. Ogromna w tym także zasługa tłumacza, Wojciecha M. Próchniewicza. O ile przekłady błędne lub niezgrabne natychmiastowo krytykowane są przez odbiorców finalnych, o tyle te dobre zbyt często pozostają bez komentarza. Tym bardziej chcę więc podkreślić, jak ważne w przypadku wysoce lirycznej prozy jest oddanie słów autora, nie tylko na polu znaczeniowym, ale i składniowym czy stylistycznym – a z tymi wszystkimi aspektami tłumacz poradził sobie znakomicie, podobnie zresztą jak w „Wiekach światła”.

Sięgnięcie po książki MacLeoda polecam wszystkim, którzy w danej chwili mają ochotę na nieco wyciszenia, na kontemplację poszczególnych zdań, a także na intrygującą opowieść w niesztampowym świecie. Do lektury zachęcam także tych, których zdanie o szeroko pojętej fantastyce nie jest zbyt pochlebne, a wszystkie powieści z tego gatunku wrzucają do jednego wora. „Dom Burz” ma szansę udowodnić im, że mogą pokochać tego typu literaturę, czego szczerze życzę.

  • Tytuł: Dom Burz (The House of Storms)
  • Autor: Ian R. MacLeod
  • Wydawnictwo: MAG
  • Seria wydawnicza: Uczta Wyobraźni
  • Rok wydania: 2008
  • Liczba stron: 396
  • ISBN: 978-83-7480-079-2