Loading...
Literatura

Antologia opowiadań postapokaliptycznych – „Czerwone oko”

Antologia opowiadań „Czerwone Oko” od pierwszego spojrzenia budziła we mnie tyle samo nadziei, co niepokoju. Z jednej strony – moja rozkwitająca fascynacja uniwersum Neuroshimy, rozpaczliwie wołającym wręcz o literackie wykorzystanie, zapewniające pod dostatkiem materiału na kilka grubych powieści postapokaliptycznych, z drugiej zaś – obawa, czy zawartość zbioru będzie czymś więcej, niż li tylko sztampową fantastyką osadzoną co prawda w interesującym i nietuzinkowym świecie, ale niepotrafiącą wykorzystać pełnego spektrum możliwości, jakie otwiera przed zręcznym literatem. Bądź co bądź świat Neuroshimy to nie tylko zniszczone wojną Stany Zjednoczone i zbuntowane maszyny zagrażające resztkom ludzkości, ale przede wszystkim świetny materiał do osadzenia w nim dzieła o większej głębi, podejmującego rozważania nad ludzką naturą, próbą przetrwania, moralnością czasów kryzysu czy stworzeniem przez człowieka narzędzia swojej późniejszej zagłady. Tymczasem lista nazwisk autorów była mi całkowicie obca, a krótki research wykazał, iż w większości przypadków mamy do czynienia z debiutantami. Sama zaś antologia nie jest zbyt znana nawet wśród Internautów łykających fantastykę kilogramami. Cóż z tego jednak, to przecież Neuroshima! Nie gdybając dłużej, zasiadłam do lektury.

Już pierwsze opowiadanie, „Trzeci kontakt” Pawła Królaka, pozwoliło mi głęboko odetchnąć. Nie jest źle. Specyfika świata przedstawionego zgrabnie oddana, charakterystyczne dla uniwersum elementy – jak Tornado czy wzmianki o Molochu – nieźle przemycone, zaś styl autora sprawny i potoczysty. Nie natknęłam się nawet na żadną literówkę. To zdecydowanie jedno z tych solidnie napisanych opowiadań, którego lektura jest przyjemnością, choć całość nie zapada w pamięć na dłużej.

A później zaczęły się schody. Poziom kolejnych dzieł po przedstawieniu na wykresie przypominałby profil hipsometryczny terenu dolinno-górskiego. Prawdziwe perełki przeplatają się z tworami skrajnie przeciętnymi lub niewprawnie napisanymi, a ewidentny brak korekty zbioru (szybki rzut oka na stopkę – mam rację, żaden korektor nie był w proces wydawniczy zaangażowany) powoduje nieustanne zgrzytanie zębami. Ale po kolei.

W przypadku drugiego opowiadania, zatytułowanego „Końce bywają początkami”, trafiamy do pierwszej ‘doliny’. Mało wprawny styl Krzysztofa Miernika naszpikowany powtórzeniami osłabia znacznie przyjemność płynącą z lektury. Samo opowiadanie jest zaś zdecydowanie zbyt krótkie, by czytelnik nawiązał jakąkolwiek więź z bohaterami – odkrycie jednej z tajemnic przyszłości wywołuje jedynie słabe „Aha”. Na rozwinięcie u czytelnika większego zaangażowania w przedstawianą historię nie wystarczyło autorowi kunsztu.

W kolejnym opowiadaniu pierwszym rzucającym się w oczy elementem jest błędny zapis części dialogów. Przykro mi, ale taka już moja natura, że zwracam uwagę na tego typu nieistotne, zdaniem wielu, szczegóły, i rzutuje to w jakimś stopniu na odbiór całego tekstu. „Ciężka noc w kanionie świstów” nie broni się jednak nawet wtedy, kiedy zapomnimy o tym nieszczęsnym zapisie. Marcin Mortka, który jako jedyny wśród autorów może poszczycić się sporym dorobkiem, radzi sobie gorzej od niektórych debiutantów. Liczne powtórzenia w opisach od razu rzucają się w oczy. Dużo lepiej Mortka opanował tworzenie żywych, naturalnie brzmiących dialogów. Największe wątpliwości budzi jednak sama tematyka – mamy pustynię, małość człowieka w walce z trudnymi warunkami pogodowymi i klimatycznymi, liźniętą kwestię lojalności, ale… nie mamy Neuroshimy.

Opowiadanie czwarte już na wstępie zaintrygowało mnie tytułem i cytatem z twórczości Edgara Allana Poe pełniącym rolę motta. „November Hotel” pióra Marcina Kalińskiego to zdecydowanie ‘góry’ tego zbioru. Przejmujący obraz świata po zagładzie kontrastujący z nostalgią za czasami sprzed wojny ujął mnie dogłębnie, podobnie jak intrygujący wątek miłosny, opis działań armii i jej stosunku do Tornado. Takie powinno być dobre opowiadanie – poruszające. Zgrabnie wplatające informacje ze świata Neuroshimy, podejmujące kwestie trudne, ale nierozerwalnie związane z powojenną rzeczywistością, jak choćby podwójna moralność wojska w kwestii narkotyku czy dylematy głównego bohatera, przedkładającego niechęć do walki z uzależnieniem nad wszystko inne.

Tytułowe „Czerwone Oko” Tomasza Kuczy utrzymuje równie wysoki poziom. Krótkie, ale niezwykle dosadne i obrazowe, jest kwintesencją tego, czym tak naprawdę jest świat po zagładzie. W dający sporo do myślenia sposób uświadamia czytelnikowi, iż ludzkość wcale nie potrzebuje zewnętrznych czynników, by doprowadzić do własnego wyniszczenia, a okrucieństwo i sadyzm, z którego znany jest Moloch, musiał zostać wpojony maszynom przez człowieka. Kogoś mogą razić makabryczne, miejscami zahaczające wręcz o groteskę opisy, mnie jednak trzymały w napięciu i wywoływały niepokój. Także jeśli chodzi o styl nie mam autorowi nic do zarzucenia.

Opowiadanie szóste, „Pewnego razu”, to niestety powrót na ‘niziny’. Mimo wplecenia wątku Nocnego Łowcy, jednego z bardziej charakterystycznych elementów tego świata, autorowi jakimś cudem udało się wykreować klimat kojarzący się z „Winnetou”, a nie z Neuroshimą. Do tego zaś otrzymujemy wszechogarniający patos w postaci patetycznego wątku miłosnego, patetycznych rozmów o śmierci, a nawet patetycznych rozmyślań bohaterów. Niesłychanie ciężkostrawne. Mikołajowi Kawalcowi najlepiej wychodzą opisy walk, a że najwyraźniej zdawał on sobie z tego sprawę, uczynił kolejne potyczki najważniejszymi elementami opowiadania. Niestety, nie jest to komplement – jeśli z największą dbałością opisuje się jedynie starcia, czyniąc je zarazem głównymi atrakcjami historii, nie świadczy to dobrze o całości.

Kolejne opowiadanie, „Sygnał”, to na szczęście powrót do ‘wyżynnej’ formy. Pracę Filipa Kotarskiego i Mateusza Jabłońskiego można określić jako uniwersum Neuroshimy w pigułce – mamy tu żołnierza Posterunku, armię Nowego Jorku, Hegemonię, Molocha, a przede wszystkim – atmosferę ciągłej niepewności i czyhającego za rogiem zagrożenia. Ponownie zostaje też podważona ludzka moralność i rola człowieka w doprowadzeniu do zagłady. Na pochwałę zasługuje też styl – autorzy umiejętnie operują prostymi i złożonymi zdaniami, nadając akcji odpowiednią dynamikę. No i ustęp z „Otchłani” Baudelaire’a w charakterze motta od samego początku dobrze wróżył opowiadaniu.

Ostatnie odpowiadanie, „Zima na First Avenue”, jest niestety mocno nijakie. Domyślam się, iż w założeniu miało wywoływać wzruszenie, uczucie nostalgii – autorowi zabrało jednak emocjonalnego pióra. Michał Krupko podejmuje ważny temat tęsknoty i pogoni za marzeniami, ale robi to na tyle nieudolnie, że wszystkie zabiegi daje się przejrzeć na wylot, a wówczas przesłanie trąci jedynie usilnym moralizatorstwem, i to podanym na tacy. Czytelnik niestety nie ma szans na wysnucie samodzielnych wniosków.
Przejdźmy do globalnego spojrzenia na antologię. Wspominałam o uchybieniach na polu korekty, poznęcajmy się więc dłużej nad tą kwestią. Brak dbałości o końcowy szlif tekstu uważam za skandaliczny. Prócz wymienionego już wyżej zapisu dialogowego w „Ciężkiej nocy w kanionie świstów”, który raz jest poprawny, a raz nie, mamy też choćby kwestię Tornada, którego pisownia nie tylko nie jest jednolita w obrębie wielu opowiadań, ale nawet w jednym – w „Zimie na First Avenue” naprzemiennie pisane jest wielką i małą literą. Do tego dochodzą pojawiające się to tu, to tam literówki i brakujące (albo nadmiarowe) przecinki. Na miejscu autorów opowiadań byłabym niezwykle zawiedziona faktem, iż wydawnictwo nie zadbało o korektę ich tekstów, co w jakiejś mierze rzutuje jednak na odbiór.

Na pochwałę i oklaski zasługuje z kolei szeroko pojęty klimat zbioru, prezentujący wszystkie odcienie świata Neuroshimy – od cynicznego i wyrachowanego, przez nostalgiczny, aż po niepokojący i pełen zagrożenia. Podczas lektury natkniemy się na Posterunek, mutantów, wzmianki o Molochu (choć tych ciągle mi mało!), choroby popromienne, a nawet wspomnienie o Neodżungli. Miłośnicy Neuroshimy powinni poczuć się usatysfakcjonowani. Trudno mi jednak ocenić, jak poradziliby sobie z odbiorem ci, którzy wcześniej nie zetknęli się ze światem przedstawionym.

Antologia „Czerwone Oko” nie jest żadną miarą literacką perełką i stylistycznym majstersztykiem. Ale na szczęście nie jest to też pozycja, którą można postawić na półce obok zbiorów z logiem Forgotten Realms. Gdyby jeszcze nie ta nieszczęsna korekta i moich narzekań byłoby o połowę mniej, wtedy bez wahania mogłabym rekomendować wszystkim sięganie po zbiór. W obecnej sytuacji polecam jedynie miłośnikom Neuroshimy, gdyż żadnego innego dzieła zaspokajającego ich apetyty póki co na rynku nie znajdą. Natomiast pozostali fani fantastyki, którzy nie wiedzą, czym jest Moloch i po co bierze się Tornado, mogą z czystym sumieniem „Czerwone Oko” ominąć.

  • Pamiętam moją fascynację Neuroshimą, i właśnie ze względu na to z chęcią sięgnę po tą pozycję, o ile tylko kiedykolwiek na nią trafię :)
    Pozdrawiam serdecznie
    Silaqui :)