Wyszczerbione ostrze w tłumie ― czyli czemu „Assassin’s Creed” jest złą grą

By | 16 stycznia 2014

Na początek dwa stwierdzenia, które może choć w części wyjaśnią moje rozgoryczenie. Po pierwsze, rzadko kiedy mam problem ze złymi grami; mogę poświęcać tej rozrywce na tyle niewiele czasu, że na tytuły najsłabsze po prostu nie trafiam. Ewentualnie odinstalowuję po straconej godzinie. Dużo bardziej bolą mnie produkcje, które mogłyby być (i miały być!) świetne czy bardzo dobre ― tymczasem to jedynie zmarnowany potencjał i niewykorzystana szansa. Drugim problemem są gry, które na początku sprawiają frajdę i obiecują przyjemną zabawę, ale im więcej godzin na liczniku, tym większa wtórność i mniejsza radość, do tego stopnia, że nie minęła jeszcze połowa misji, a już masz ochotę wyrzucać komputer przez okno. Nie jest to wcale bezpośrednio powiązane z długością rozgrywki; dla przykładu ― musiało minąć 200 godzin, bym odłożyła Skyrim, uznając, że na tę chwilę wycisnęłam już z niego wszystkie soki. Tymczasem w przypadku Assassin’s Creed miałam całkowicie dość po jakiś dziesięciu.

Ale kogo to obchodzi?

Zanim w grze pochłonie nas gameplay i pojawią się inne elementy, które można polubić bądź nie, poznajemy historię. Z historią Altaira jest ten problem, że nie dowiadujemy się z niej niczego, co pozwoliłoby w jakikolwiek sposób zapałać do bohatera sympatią czy przejąć się jego losem. Zdegradowali go? Who cares! I tak dopiero co go poznaliśmy. Z czasem jego postać nie zyskuje ani krztyny charakteru, po prostu jedziemy gdzieś i zabijamy tego, kogo mieliśmy zabić. Nudy. Jeśli jednak istnieje ktoś jeszcze bardziej nijaki od Altaira, to będzie to Desmond Miles, który robi wszystko, co mu każą, a o nim samym wiemy aż tyle, że pracuje jako barman. Czy jest tu jakiekolwiek miejsce na przejęcie się opowiadaną historią? Nie zauważyłam. I wiecie co ― pewnie akurat tego aspektu wcale bym się nie czepiała (większość gier nie ma tak naprawdę porywających fabuł; nie wspominając o tych, które nie mają jej wcale, jak jakiś Tetris czy inny Saper, a i tak są grywalne), gdyby gameplay tę pretekstową fabułę ratował. A niestety nie ratuje.

Assassin’s Creed

To niby jestem skrytobójcą?

Zacznijmy od tego, że to, do czego gra zmusza lub zachęca gracza jest moim zdaniem wewnętrznie sprzeczne. Otóż mamy kogoś zabić, kogoś ważnego, do kogo nie jest łatwo się dostać, kogo otaczają straże. Co robi bohater? Zwiedza miasto, wdrapuje się na budynki, by poznać układ ulic i rozmieszczenie ważnych punktów w dzielnicy, wykonuje przysługi dla informatorów, okrada posiadaczy planów, przesłuchuje i podsłuchuje świadków. Wszystko po to, by dowiedzieć się jak najwięcej o zwyczajach i ochronie swojego celu. Ma to sens. Tyle że kiedy już do niego dociera… Oczywiście w biały dzień, w miejscu wyjątkowo na widoku, gdzie równocześnie kręci się masa innych osób lub zbiera się tłum gapiów (czyż to nie idealne warunki do skrytobójstwa?)… Po prostu otwarcie go szlachtuje, wcześniej lub później mordując także dwudziestu jego gwardzistów, po czym radośnie i przy okrzykach tłumów ucieka z miejsca zbrodni. WTF?! Zapomnijcie o cichym zabójstwie, którego przez dłuższą chwilę nikt nie wykryje. Zapomnijcie, że wcześniej po kryjomu zbieraliście jakieś informacje, właściwie nie wiadomo po co, skoro teraz występujecie w akcji „niech nas zobaczą!”. Altair to najwyraźniej taki średniowieczny kaowiec, zapewniający widowisko znudzonym mieszkańcom Akki, Damaszku i Jerozolimy. Choć to skrytobójca, nie ma nic przeciwko otwartej walce z wianuszkiem uzbrojonych po zęby strażników (wśród których oczywiście będzie potencjalny cel, jeśli nie został zabity jako pierwszy, bo po co miałby salwować się ucieczką). Nie przeszkadza mu także rzeź połowy miasta. I żeby chociaż taka walka stanowiła jakąś trudność, żeby gra jakkolwiek do niej zniechęcała! O nie, nic z tego. Chcesz się pobawić w skradanie, ciche akcje, przechytrzanie wrogów? Wyłącz „Assassin’s Creed” i odpal „Thiefa”.

Assassin’s Creed

Nudy, panie, nudy!

Ponownie precyzując ― w samym założeniu otwartych zabójstw i walk ze strażnikami nie ma nic złego (pomijając oczywiście brak logiki, ale jak szukam gry logicznej, to raczej nie włączam tytułu action-adventure), taka zabawa też mogłaby sprawiać frajdę. Tyle że tak się nie dzieje, z kilku powodów. Głównym grzechem gry jest nuda i powtarzalność. W każdej misji robimy dokładnie to samo. Tymczasem po dwóch zabójstwach znamy już wszystkie śledztwa i większości z nich nie mamy ochoty więcej wykonywać. Naprawdę, siadanie na ławce i podsłuchiwanie jest takie interesujące? A może siódma z kolei kradzież kieszonkowa, gdy potencjalny okradany za każdym razem zachowuje się identycznie? Tak naprawdę tylko w zleceniach od informatorów polegających na cichym zabójstwie strażników jest jakiś dreszczyk emocji i wyzwanie. Pozostałe to czasozapychacze, sztucznie wydłużające rozgrywkę. Dodatkowo możemy spędzać czas w miastach na wspinaniu się na najwyższe budynki i ochronie uciśnionych mieszkańców. Pierwsza z tych czynności to najjaśniejszy punkt gry; sama wspinaczka przebiega względnie płynnie (choć system sterowania też nie jest idealny, że wspomnę o tym, iż właściwie bohater ma tu do powiedzenia więcej od gracza na temat tego, co za chwilę zrobi), a rozciągająca się w dole panorama miasta zachwyca nawet za dwudziestym razem. Ratowanie mieszkańców wypada za to niemożebnie słabo i każdorazowo polega na wybiciu określonej liczby strażników. Przy piątym razie ma się wrażenie monotonii i marnowania czasu ― a przy piętnastym pojawia się chęć rzucenia klawiaturą w monitor, zwłaszcza że tak naprawdę te potyczki polegają na wciskaniu jednego przycisku w odpowiedniej chwili, i tyle, nawet za bardzo nie da się zginąć (oczywiście z czasem Altair „przypomina” sobie kolejne ruchy i ciosy ― to przecież oczywiste, że wraz z degradacją bohatera przychodzi amnezja ― ale tak naprawdę nie są one do niczego potrzebne i ich stosowanie powoduje tylko tyle, że i tak nudna walka przeciąga się i trwa jeszcze dłużej).

Assassin’s Creed

I po co to wszystko?

Wspomniane wyżej możliwe działania teoretycznie mobilizują gracza do zagłębienia się w rozgrywkę i wydłużenia czasu jej trwania. Wdrap się na wszystkie budynki, uratuj wszystkich mieszkańców, wykonaj wszystkie śledztwa. Do tego dochodzi znajdowanie rozsianych tu i ówdzie setek flag i zabicie kilkudziesięciu templariuszy. Problem w tym, że tak naprawdę trudno znaleźć mi jakiekolwiek wytłumaczenie dla tych działań. Jak już pisałam, dodatkowe śledztwa i tak w niczym nie pomagają, a zabójstwo przebiega właściwie tak samo niezależnie od tego, ile wiemy na temat ofiary. Uratowani mieszkańcy niby pomagają podczas ucieczki przed strażą ― tyle że ulicami i tak nie warto uciekać, od tego mamy dachy, a tu nikt się nam nie przysłuży. Flagi i templariusze? Nie mam pojęcia, po co mielibyśmy się nimi zajmować. Brak tu zachęty zarówno w postaci urozmaicenia rozgrywki, skoro ciągle robimy to samo, jak i motywatorów zewnętrznych oferowanych często przez inne produkcje, takich jak odblokowywanie artworków, które można sobie później przejrzeć w menu, dodatkowych ubrań/broni/koni/whatever dla naszego bohatera czy choćby opcji zdobywania achievementów (w wersji na PC), by móc się pochwalić innym znajomym nerdom. Nie mam pojęcia, komu i po co miałoby się chcieć szukać wszystkich zgubionych flag (swoją drogą ― kto tak właściwie je zgubił/umieścił w tych wszystkich dziwnych miejscach?), ale mnie na pewno nie.

Assassin’s Creed

Oglądaj za karę!

Na zakończenie tej litanii narzekań, nie mogę nie wspomnieć o grzechu twórców, który irytuje mnie chyba jeszcze bardziej niż wszystko to, co wymieniłam powyżej. Możecie się zdziwić, bo tak naprawdę chodzi o drobnostkę, ale zupełnie nie pojmuję sensu jej istnienia ― czemu w tej cholernie nudnej grze nie przewija się dialogów i cutscenek?! Naprawdę, za każdym razem muszę wysłuchać, co mają mi do powiedzenia te wszystkie nieinteresujące postacie? Nawet jeśli przed chwilą po prostu rzuciłam się z rozpaczy z dachu ― teraz muszę wysłuchać wszystkiego od początku? To chyba jakaś kara za to, że w ogóle śmiałam tę grę odpalić… Na domiar złego, tutaj co chwila ktoś ma coś do powiedzenia, zwłaszcza jeśli ratujecie tych nieszczęsnych mieszkańców. Przygotujcie się na to, że ich trzy przewijające się na zmianę wypowiedzi usłyszycie w pełni po kilkadziesiąt razy i za każdym razem będziecie musieli grzecznie stać i czekać, aż skończą. To brzmi jak jakiś nieśmieszny żart, nie potrafię też znaleźć jakiegokolwiek wytłumaczenia tego samozachwytu ze strony twórców (czytaj: „narobiliśmy się, to teraz nie będziesz przewijać, niewdzięczny graczu!”). I taka wisienka na torcie ― za każdym razem, jak macie już dosyć i chcecie tę straszliwą grę wyłączyć, musicie to potwierdzić. PIĘCIOKROTNIE. Kurtyna.

11 thoughts on “Wyszczerbione ostrze w tłumie ― czyli czemu „Assassin’s Creed” jest złą grą

  1. Agnieszka Hofmann

    Przyznaję, ubawiłam się setnie. Bynajmniej nie grą, tylko tym wpisem :-) Nie znam się na grach kompletnie, ale jak czytam to wszystko, to mnie pusty śmiech ogarnia… Opłaca się czasem poczytać o doświadczeniach mądrych ludzi, bo jako matka smokom czuję czasem rozmaite pokusy i jestem wystawiana na próby różne… Wybacz, że zapytam lekko naiwnie i trochę off topic, czyli Skyrim polecasz?… Bo ja zakazałam jakiś czas temu (chcieli, a ja wywęszyłam, że tam ludzi torturują), narażając się baaardzo młodzieży domowej.

    Reply
    1. Oceansoul

      Tortur nie kojarzę, ale wydaje mi się, że tak najwcześniej od 16 lat mogłabym go polecać. (Na pudełku niby jest 18, ale tam się tylko głowy odcina, nawet nie przeklinają, nie ma używek i golizny, więc względnie ‚grzeczna’ gra ;)). A Smoki w jakim wieku? Bo wcześniejsza część serii, Oblivion, jest teoretycznie od 16 lat i z tego, co pamiętam, to nawet krwi tam jakoś za bardzo nie było.

    2. Agnieszka Hofmann

      Oglądałam filmiki na YT, nie wyglądało to dobrze :-( Smoki są w wieku 14 i 11 lat, ale to było już jakiś czas temu. Starszy nalegał. Na Oblivion pozwolilśmy, po jakimś czasie rzeczywiście się znudził.

    3. Dada

      Jeśli mogę się wtrącić – a nawet jeżeli nie, to się wtrącę – napiszę, że również tortur sobie nie przypominam, dodam również, że żyjący pod moim domem czternastoletni gad w „Skyrima” grał i nie wpłynęło to negatywnie na niego ;-)

    4. Oceansoul

      Wtrącanie zawsze mile widziane. :)

      Ja co prawda dziecka nie mam, ale z perspektywy nie-tak-dawno-temu dziecka powiem tylko, że to chyba bardzo indywidualna sprawa. W wieku lat 14 bałam się pająków w dwuwymiarowym Baldur’s Gate (o, takich: http://s1195.photobucket.com/user/Alesia_bh/media/Spiders.png.html), więc jakby mi ktoś wtedy dał Skyrima, to chyba miałby dziecko z traumą. :D Ale ja się do dziś wielu gier boję (i Skyrimowe pająki usunęłam modem zamieniającym je w niedźwiedzie), więc mogę nie być najlepszym przykładem. :)

    5. Dada

      Ha! Właśnie gram sobie w Baldur’s Gate – jestem na samym początku, więc boję się nie tylko pająków, bo każdy ma mnie na jednego strzała ^^

    6. Agnieszka Hofmann

      Czyli wyszłam na złośliwą jędzę… Zastanawiam się tylko, co ja widziałam za sekwencje? Lochy, gołe zakrwawione baby przykute łańcuchami do ścian. Grający siekał je jakimś toporkiem…

    7. Dada

      Niewiasty w łańcuchach rzeczywiście mogły się pojawić – niemniej siekanie toporkiem to bez wątpienia inwencja twórcza gracza, nie narzucona forma obchodzenia się ze wspomnianymi paniami ;)

  2. Daniel

    Najlepsza zabawa zaczyna sie od Brotherhooda :) nie zniechecaj sie !!! :)

    Reply
    1. Oceansoul

      Nie zniechęcam, mam już upolowaną część drugą i tę jeszcze kolejną, więc na pewno zagram. :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *