Loading...
Literatura

Koniec świata po rosyjsku – „Czas zmierzchu”

Dmitry Glukhovsky, znany polskim miłośnikom fantastyki z serii „Metro”, która zainspirowała kilku innych autorów do tworzenia własnych powieści osadzonych w tym uniwersum, w swym najnowszym utworze postanowił porzucić duszne, postapokaliptyczne klimaty podziemnych tuneli. W „Czasie zmierzchu” przenosi czytelników do współczesnej Moskwy, gdzie ledwo wiążący koniec z końcem tłumacz dokonuje przekładu pochodzącego z szesnastego wieku dziennika i trafia na trop zapomnianej tajemnicy Majów.

Kolejne rozdziały leciwego manuskryptu ujawniają skomplikowaną intrygę, w którą zamieszani byli hiszpańscy żołnierze, duchowni i indiańscy przewodnicy. Niewyjaśnione zdarzenia nie tylko rozgrywają się w jukatańskiej selwie, lecz także zaczynają przenikać do rzeczywistości tłumacza. Czyżby bohater pogrążał się w chorobie lub szaleństwie? A może odpowiedzi na trawiące go pytania mają coś wspólnego z ogarniającą cały świat falą kataklizmów, które pochłaniają kolejne setki ofiar?

Autorowi udało się nakreślić trzymającą w napięciu intrygę i okrasić ją niepokojącym nastrojem, który potwierdza tezę, iż najbardziej przeraża to, co nieznane i niewidoczne. Relacje z dnia codziennego tłumacza, w gruncie rzeczy prozaiczne i składające się z opisów przyrządzania herbaty czy wizyt w biurze, stopniowo szpikowane są coraz większą ilością nietypowych symptomów. Pętla na szyi głównego bohatera zaciska się wraz z kolejnymi przetłumaczonymi rozdziałami dziennika, a jego strach i niepewność powoli udzielają się czytelnikowi. Zmiany w zachowaniu i sposobie myślenia protagonisty odmalowane zostały wyjątkowo przekonująco.

Niestety, tego samego nie można powiedzieć o przewijającym się dość często opisie pracy tłumacza, jej przedstawienie nie ma bowiem nic wspólnego z rzeczywistością XXI wieku i rujnuje obraz współczesnego, z założenia realnego świata. Staromodne poglądy bohatera i jego niechęć do technologii nie są wiarygodnym uzasadnieniem dla przeinaczania przez autora pewnych podstawowych mechanizmów rządzących profesją, którą opisuje – uchybienia tego typu można tłumaczyć jedynie niewiedzą pisarza, a to razi w oczy podczas lektury.

Najciekawszy element powieści stanowią fragmenty dziennika hiszpańskiego konkwistadora. Glukhovsky stylizuje tekst, bawi się szykiem, partykułami i spójnikami. Pamiętnik czyta się z przyjemnością i niecierpliwie wyczekuje się jego kolejnych fragmentów wraz z głównym bohaterem. Wręcz niechętnie wraca się do właściwej akcji książki, opisanej stylem prostym i niewymagającym, wypadającym dość blado na tle kunsztownego języka szesnastowiecznego manuskryptu.

Tym, co najbardziej rozczarowuje, jest zakończenie. Łatwo odnieść wrażenie, jakoby autor w pewnym momencie uświadomił sobie, że nie ma pomysłu, jak uzasadnić pewne wydarzenia, które miały miejsce. Napięcie narasta, czytelnik nerwowo przewraca kolejne strony, spodziewając się zaskakującego, ale i logicznego finału, po którym wykrzyknie: „No tak! Jak mogłem się niczego nie domyślać!”. Tymczasem Glukhovsky ratuje się królikiem wyciągniętym z kapelusza – a nie tego oczekuje się po powieści, która od początku starała się sprawiać wrażenie fantastyki prawdopodobnej.

Część winy za zawiedzione nadzieje odbiorcy ponosi wydawca, reklamujący autora jako rosyjskiego Dana Browna – czytelnik ma więc prawo spodziewać się powieści, którą cechuje choć cień realizmu, nawet jeżeli realizm ten wymaga okazjonalnego przymknięcia oka na pewne uproszczenia. W „Czasie zmierzchu” tego nie ma i nagłe pojawienie się elementów skrajnie nieprawdopodobnych niszczy misternie budowaną intrygę i gęstniejący klimat, kreowane przez autora na przestrzeni kilkuset wcześniejszych stron.

Ostatecznie, Browna i Glukhovsky’ego łączy jedynie wybór chwytliwego tematu i – pomijając fragmenty dziennika – stylistyczna prostota, co czyni ich dzieła dobrymi towarzyszami podróży komunikacją miejską, ale niczym więcej. Niespójna konwencja przemawia na niekorzyść rosyjskiego pisarza, kiedy zestawić go z jego amerykańskim pierwowzorem, jeśli jednak czytelnik przed rozpoczęciem lektury przygotuje się na deus ex machina i pogodzi się z jego obecnością, może z „Czasem zmierzchu” spędzić kilka przyjemnych dni.

  • Tytuł: Czas zmierzchu (Сумерки времени)
  • Autor: Dmitry Glukhovsky
  • Wydawnictwo: Insignis
  • Rok wydania: 2011
  • Liczba stron: 400
  • ISBN: 978-83-61428-47-3


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Insignis oraz Portalowi Bestiariusz.

  • A mi się zakończenie podobało!
    Ciekawi mnie też, jako przeciętnego czytelnika, który z tłumaczeniem książek niewiele ma wspólnego, co rozumiesz, poprzez „przeinaczenie przez autora pewnych podstawowych mechanizmów rządzących profesją [tłumacza], którą opisuje – uchybienia tego typu można tłumaczyć jedynie niewiedzą pisarza, a to razi w oczy podczas lektury”. Powiem szczerze, że osobiście nie widziałam w trakcie lektury niczego rażącego (no oprócz może tłumaczenia tekstu XVII-wiecznego za pomocą słownika do języka współczesnego), może to wynika z tego powodu, iż z tłumaczeniem nie mam zbyt wiele wspólnego (no oprócz tych tłumaczeń, które popełniałam na lekcje łaciny, ale to inna sprawa jest) i nie mam pojęcia jak przebiega praca tłumacza.

  • Zacznijmy od tego, że bohater nie znał nawet dobrze języka, z którego tłumaczył. „Trzy lata nauki języka hiszpańskiego na uniwersytecie, który skończyłem piętnaście lat temu” – myśli bohater. Po czym z dumą dodaje: „Ale to nic, mam w domu słownik”! O tym, jak dalece leży to od kompetencji bycia tłumaczem z jakiekolwiek języka, chyba nie muszę tłumaczyć. Po 15-letniej przerwie (i 3-letniej nauce) z trudem by się pewnie dogadał z jakimkolwiek Hiszpanem, a co dopiero mówić o tłumaczeniu tekstu, co więcej – tekstu z XVI wieku, który nie byłby łatwy dla przeciętnego iberysty o odpowiednim wykształceniu. No ale nic to, ma w domu słownik! Jak się okazuje później – ma jakiś słownik podręczny, a słownik z prawdziwego zdarzenia kupuje gdzieś w drugiej połowie utworu. Właściwie ten początek to tak piramidalna bzdura, że kolejne to zaledwie malutkie tyci bzdurki w porównaniu do niej. Co więcej, istnienie takiej bzdury nie ma żadnego sensu! Czemu zarysowanie umiejętności bohatera nie mogło mieć choć trochę sensu? Nie mam pojęcia.
    Idźmy dalej. Pomijam to, że pracownik pierwszego biura ot tak uwierzył w kompetencje bohatera – widocznie ufał, że jak ten twierdzi, że zna język, to faktycznie zna. Acz to podejrzane. Ale dalej jest lepiej! W biurze nr 2 wynagrodzenie w kopercie bohater otrzymuje w chwili przekazania do ręki tekstu, który napisał na maszynie(!). Na podstawie czego obliczono to wynagrodzenie? Pewnie nie wiedzą tego najstarsi górale. Wynagrodzenie liczy się od znaku tekstu tłumaczenia (nie oryginału – więc nie mogli policzyć tego wcześniej), więc po pierwsze nikt by nie pozwolił bohaterowi oddać maszynopisu i nie liczył sobie tego ręcznie (a o tym, że biura tłumaczeń w Moskwie jak jeden mąż zrezygnowały z korzystania z komputerów mowy nie było), po drugie – najpierw ktoś by ten tekst zweryfikował i nie byliby to pan czy pani z recepcji, którzy przyjmują tekst. Zapłaty też nie dostałby ot tak po każdym tekście, bo to zaburzałoby pracę księgowości każdej instytucji, a cyklicznie, raz na miesiąc/tydzień/etc. (acz ten termin płatności może dałoby się jakoś wybronić, w przeciwieństwie do pozostałych bzdur) No i serio w Moskwie za legalną pracę wypłacają pensje w kopercie do ręki anonimowemu człowiekowi, który nie podpisał żadnej umowy? :D Wydawało mi się, że to europejska stolica nieróżniąca się zbytnio od np. Warszawy, a po książce Glukhovsky’ego mam wrażenie, że czas się tam zatrzymał jakieś 80 lat temu.
    Do tego dochodzą takie mini-bzdury, typu: jakiś facet ‚z ulicy’ wchodzi do biura tłumaczeń (tego drugiego), twierdzi, że oto jest tłumaczem – i dostaje zlecenie. Ile ja bym dała, żeby to tak działało! ^^
    To tyle, co mi się przypomniało, jakieś szczegóły mogły mi się już zatrzeć w pamięci.

  • Szczerze mówiąc – mnie to aż tak bardzo nie raziło. Z resztą przecież i tak na końcu okazuje się [uwaga spoiler!]że akcja rozgrywa się wewnątrz umysłu umierającego „boga”, który najprawdopodobniej z pracą tłumacza nie miał zbyt wiele wspólnego, toteż wykreował swoją wizję zawodu i się jej trzymał.[koniec spoilera!] Przynajmniej ja sobie tak to tłumaczę w świetle zakończenia utworu.

  • To wytłumaczenie w jakimś sensie rozumiem, ale uważam, że niczego by to w koncepcji całości nie zepsuło, jakby autor trzymał się pod tym względem faktów i realizmu. Co innego obecność dziwnego potwora – wiadomo, konwencja, fantastyka, i tak dalej – a co innego, jak takie ‚życiowe’ rzeczy są przeinaczane właściwie bez przyczyny. Może niesprawiedliwie oceniam autora, ale mnie to po prostu pachnie lenistwem i pójściem na łatwiznę (‚napiszę cokolwiek, w końcu to i tak fantastyka, może nawet nikt nie zauważy’). A tego w książkach nie lubię, zwłaszcza jak porównać to do twórców, którzy latami robią research w jakiejś dziedzinie, by jak najwierniej ją przedstawić w swojej powieści – często też fantastycznej.

  • A ja będę trochę Glukhovskiego bronić, bo zrobił niezły reaserch jeśli chodzi o Majów i sprawy związane z auto da fe. Możliwe, że poświęcił się temu właśnie, a nie tłumaczowi. Możliwe jest również, że Glukhovsky tak właśnie wyobraża sobie zawód tłumacza i możliwe, że po prostu przelał te wyobrażenia na papier.
    Poza tym Dan Brown też nie jest mistrzem reaserchu. Warto zaznaczyć, że w „Kodzie” podaje błędną ilość szklanych płytek w piramidzie przed Luwrem (666, a w rzeczywistości 673), błąd w przypadku greckich Olimpiad (ośmioletni cykl!), błędy rzeczowe jeśli chodzi o historię, a także nieścisłości z zakresu historii sztuki oraz teologii.

  • To jest w sumie interesujące, że każdy patrzy na książki trochę przez pryzmat tego, na czym się zna ^^ (albo nie każdy – ale często to występuje). O Brownie nie miałam pojęcia, więc oczywiście mnie to nie raziło. Podejrzewam, że teraz, kiedy wiem, też by mnie to nie raziło, bo to „nie moja bajka”, a z punktu widzenia laika nie jest to szczególnie istotne przekłamanie, nawet jeśli razi specjalistę. Ale nie jestem fanką tego pana z innych względów i tak.
    A Majów doceniam, doceniam (przez rok się języka i kultury Majów uczyłam, więc coś tam też wiedziałam :D), fragmenty dziennika zdecydowanie były moimi ulubionymi. Po prostu zgrzytał mi strasznie ten bohater-tłumacz, no to tak samo się zauważało. Acz sam ten zgrzyt przełknęłabym pewnie łatwiej, jakby mi się książka jeszcze bardziej spodobała. A że przypadła mi do gustu średnio (dałam 6/10, więc też nie jakoś bardzo źle), no to tłumacz był kolejną wadą.

  • viv

    Dobrze przeczytać i taką opinię – choć przy czytaniu o książce w zapowiedziach wydawało mi się właśnie, że to będzie taki Dan Brown (za którym nie przepadam), czytana przez mnie jakiś czas temu bardzo pozytywna recenzja książki trochę mnie zastanowiła, czy nie zrezygnowałam z lektury zbyt pochopnie. Jak widzę – raczej nie.
    A co do tego, o czym piszesz w komentarzach na temat przedstawienia w książce pracy tłumacza – ja tłumaczem zawodowym nie jestem, ale chyba każdy, kto kiedykolwiek tłumaczył jakiś prawdziwy (w sensie nie przygotowany na potrzeby nauki języka) tekst z języka obcego zdaje sobie sprawę, że zazwyczaj słownik podręczy to zdecydowanie za mało. W ogóle nie wyobrażam sobie siadania z takim słownikiem po 3 latach nauki i kilkunastoletniej przerwie do tłumaczenia tekstu historycznego, o słownictwie z założenia przynajmniej częściowo odmiennym od współczesnego – a ja jestem dość odważna, jeśli chodzi o podejmowane próby tłumaczenia :)

  • Zgadzam się z opinią na temat zakończenia – jak dla mnie w ogóle nie współgra ono z budowanym przez cały czas klimatem i przenikaniem się dwóch światów.

  • @viv: Przed lekturą też miałam okazję trafić na same pozytywne opinie – dotyczące zarówno tej powieści, jak i ogólnie autora, więc trochę mnie zaskoczyło własne rozczarowanie. Ale wciąż mam nadzieję, że „Metro” mu wyszło lepiej (i nie ma tam żadnych tłumaczy :D), tak więc kiedyś sięgnę i dam panu Glukhovsky’emu kolejną szansę.

    @Fenrir: witam w moich skromnych progach. ;)

  • @viv – no zdarzyło mi się tłumaczyć fragmenty „Kroniki ziemi pruskiej” Piotra z Dusburga dysponując tylko jednym słownikiem i to takim, który mógłby wśród badaczy i filologów klasycznych uchodzić za „podręczny”, choć tak naprawdę żaden „podręczny” słownik do łaciny średniowiecznej nie istniej :D

  • Wygląda na to, że inne, bardziej pochlebne opinie pisane były przez ludzi, którzy Gluhovsky’ego znały już wcześniej i na fali sympatii przymknęły oko na nieścisłości…

    Ta książka od początku jawiła mi się jako przynajmniej dziwna, chociażby przez samą tematykę, więc tylko utwierdziłam się w przekonaniu, by „Czasu Zmierzchu” nie szukać jakoś szczególnie.

    A poza tym i tak nie przepadam zbytnio za Brownem :)

  • @Silaqui: ja nawet kiedyś lubiłam Browna, tzn. po przeczytaniu jednej jego książki, wieki temu, było takie przyjemne zaskoczenie dotyczące nagłego zwrotu akcji i całej reszty. A potem przeczytałam trzy kolejne – i co to ma być, dlaczego każda jego książka jest identyczna, ale to kropka w kropkę, w swym schemacie (zmienia się tylko tematyka)?! :D Tak więc pożegnaliśmy się, raczej już na zawsze.

  • @Oceansoul: dokładnie – o ile jeden dynamiczny bestseller potrafi wciągnąć, tak przy kolejnych książkach widać ( a w przypadku Browna wręcz bije to po oczach) ten cholerny schematyzm i próbę zbijania milionów na jednym, ogranym i sprawdzonym scenariuszu. To się po prosturobi nudne!