Cztery oblicza Carrie

By | 6 września 2015


PROLOG

Przeczytałam książkę. A potem obejrzałam trzy adaptacje. A potem zaczęłam pisać i pisać (tak to jest, jak się dorwę do klawiatury po takiej przerwie!). Jedno małe zastrzeżenie — to nie są recenzje. Jasne, sporo tu elementów recenzji, ale skupiam się przede wszystkim na moich odczuciach (gdyż powieść dość emocjonalnie odebrałam) i warstwie psychologicznej, a nie ocenie wszystkich możliwych elementów poszczególnych dzieł.

(Tekst nieco spoilerowy, ale „Carrie” jest już w popkulturze na tyle znana, że pewnie sporo osób kojarzy jej treść nawet bez czytania).


CZĘŚĆ I — „Carrie” Stephena Kinga

CarrieMoja relacja ze Stephenem Kingiem nie należy do tych szczególnie zażyłych. Zupełnym przypadkiem przeczytałam kiedyś „Dallas ’63”, całkiem usatysfakcjonowana lekturą kupiłam kilka kolejnych tytułów… i na tym się ta znajomość skończyła. Aż po kilku latach, ponownie — dość przypadkowo — przeczytałam „Carrie”. I choć ani na polu warsztatu, fabuły, konstrukcji postaci czy utrzymywania napięcia nie czuję się dogłębnie zachwycona tym pisarskim debiutem, to z pewnością nie zapomnę o tej powieści przez długi czas. Była przerażająca. I nie, zanim się oburzycie — absolutnie nie mam tu na myśli przerażenia, którego można by oczekiwać po horrorze, nieustającego poczucia zagrożenia, strachu przed niszczycielską siłą czy drżenia o los bohaterów. Mam na myśli przerażenie związane z przedstawieniem natury ludzkiej i przygnębiającym realizmem sedna opowieści.

Siedemnastoletnia Carrie White jest nękana przez rówieśników. Dziewczyna stanowi modelowy przykład kozła ofiarnego dla typowego grona młodzieży — nietowarzyska, małomówna, niemodnie ubrana, niedbająca o wygląd, niezorientowana w tematach podejmowanych przez rówieśników, w dodatku wychowywana przez samotną matkę, fanatyczkę religijną. Choć King nie pokazuje wielu scen znęcania się nad bohaterką, czytelnikowi wystarczy tak naprawdę jedna, pierwsza, by pojął obraz sytuacji. Od razu dostrzegamy bowiem to, że Carrie nie ma wśród innych uczniów żadnego sojusznika; ba, nawet osoby uważające się za przyzwoite i z natury dobre, siłą owczego pędu dołączają w końcu do prowodyrów kpin i żartów — pewnie dlatego, że Carrie jest aż za łatwym celem, wydaje się zbyt dziwna i zbyt groteskowa, by nawet te na ogół bardziej empatyczne jednostki nie przyłączyły się do festiwalu wyśmiewania. I to jest pierwszy z przerażających elementów. O ile z istnienia ludzi podłych każdy pewnie zdaje sobie sprawę, o tyle sytuacje, w których to te sympatyczne osoby dają się porwać tłuszczy i jak w amoku zaczynają się zachowywać w sposób karygodny, budzą mój lęk i chyba większą jeszcze odrazę. W końcu jak niewiele trzeba, by samemu pełnić w zamkniętej grupie funkcję takiej czarnej owcy, która przecież nikomu nigdy nie zrobiła nic złego, a jej jedynym przewinieniem jest odstawanie, a przez to budzenie u innych poczucia dyskomfortu czy zażenowania.

Kolejny motyw mocno wdzierający się w psychikę to relacja Carrie z matką, Margaret. Rzadko spotykam w literaturze postaci budzące we mnie aż tak skrajne poczucie niesprawiedliwości, swego rodzaju protest, że przecież jakim prawem ktoś może tak postępować (ostatnią taką postacią była chyba siostra Ratched z „Lotu nad kukułczym gniazdem” Keseya). I tak, oczywiście, to tylko fikcja, ale fikcja na tyle rzeczywista, że z łatwością wyobrażam sobie Margaret White z krwi i kości, wiele takich kobiet, które — gdzieś tu za ścianą, bliżej niż myślę — stosują w domu przemoc fizyczną i psychiczną z pełną swobodą, poczuciem przyzwolenia, a nawet przekonaniem, że oto postępują słusznie. Matka Carrie zna tylko język religijnego fanatyzmu, grzechu i diabła. Z nienawiścią podchodzi do wszelkich aspektów ludzkiej cielesności czy seksualności, a swój wstręt i złość przenosi także na córkę. Bije Carrie, zamyka na długie godziny w schowku, a także próbuje manipulacji psychicznej, w tym zachowań pasywno-agresywnych i samookaleczeń, za które oczywiście obwinia córkę. Toksyczność tej relacji nie słabnie nawet wtedy, gdy Carrie odkrywa swoje moce, wtedy jedynie dziewczyna może być górą dzięki swojej fizycznej przewadze. Jeśli by wskazywać osobę ponoszącą największą odpowiedzialność za tragedię Carrie, to byliby to nie inni uczniowie, nie władze szkoły, ale właśnie Margaret White.

Wreszcie trzecie przerażające ogniwo — Chris Hargensen. Pewnie większość z nas natknęła się w swoim życiu na tego typu człowieka, idącego przez życie z przekonaniem, że wszystko mu wolno, że jest ważniejszy od szarego tłumu, że to jego wola i kaprys o wszystkim decydują. Scena, w której ojciec Chris szantażem i manipulacją próbuje przekonać dyrektora szkoły, by w żaden sposób nie karał jego córki za skandaliczne zachowanie, uwiera równie mocno, a zarazem po części wyjaśnia, co kryje się za takim, a nie innym charakterem Christine. Egoistyczna, płytka, podła, całkowicie wyzuta z empatii; Chris prezentuje pozbawioną jakichkolwiek racjonalnych podstaw nienawiść, która od zawsze budzi we mnie lęk. Fakt, że takie osoby potrafią znacznie uprzykrzyć, albo i zniszczyć życie ludzi ze swojego otoczenia, uwiera emocjonalnie podczas lektury powieści.

Dla mnie „Carrie” to nie żaden horror, ale dramat psychologiczny, w którym telekinetyczne moce głównej bohaterki to zaledwie rekwizyt, efekciarskie wykończenie, środek użyty do hiperbolizacji i próby wywarcia większego wrażenia na czytelniku. Tak naprawdę Carrie nie musiała nikogo zabijać, wykorzystując nadnaturalne możliwości. Zamiast efektownego pożaru — mogliśmy mieć szkolną strzelaninę, nie tak przecież daleką od tego, o czym czasem można usłyszeć w mediach. Oczywiście nie jest to zarzut kierowany do Stephena Kinga, który zamiast broni wybrał niszczenie instalacji elektrycznej czy przewracanie słupów wysokiego napięcia, to jedynie tłumaczenie, czemu postrzegam tę powieść jako realistyczną, tyle że w fantastycznym sztafażu. To jedna z tych książek, które zostają gdzieś na dłużej, mimo że nie jest to proza wybitna.


CZĘŚĆ II — „Carrie” Briana De Palmy (1976)

carrie2„Carrie” wydawała mi się pozycją stosunkowo łatwą do zekranizowania, najprawdopodobniej z uwagi na obecność kilku scen ― takich jak scena pod prysznicem czy scena na balu ― które wydają się wręcz stworzone do przeniesienia na filmową kliszę. Okazuje się jednak, że bez opisu emocji i uczuć zarówno protagonistki, jak i pozostałych bohaterów, ekranizacje wiele tracą; nie potrafią w pełni przekazać tego ładunku, który mamy u Kinga, a równocześnie nie zawsze oferują cokolwiek w zamian, czym rekompensowałyby zmianę medium.

Najlepiej poradził sobie mimo wszystko Brian De Palma, reżyser pierwszej ekranizacji, powstałej w zaledwie dwa lata po publikacji powieści. Od pierwszych scen jego „Carrie” uderza w horrorowe tony, sposób kręcenia scen telepatii i charakterystyczne, skrzypiące dźwięki towarzyszące tym nadnaturalnym zjawiskom nie pozostawiają żadnych wątpliwości, że mamy się bać i czekać w napięciu na to, co będzie dalej. I wychodzi to całkiem dobrze; całość jest przynajmniej dość spójna klimatycznie. Nadekspresyjna, demoniczna wręcz Margaret (Piper Laurie, budząca największą grozę spośród filmowych wcieleń tej postaci) oraz dziwna, niepokojąca Carrie (Sissy Spacek, zdecydowanie najlepsza w roli Carrie spośród dotychczasowych odtwórczyń, mimo że tak daleka od książkowego opisu; aż trudno uwierzyć, że pierwotnie Spacek miała grać Chris!) wpisują się w koncepcję całości. Nawet zmienione zakończenie da się wytłumaczyć wyborem takiego, a nie innego kierunku przez reżysera, choć mnie raczej rozczarowało i poczułam się, jakby ktoś na ostatnie trzy minuty przełączył na „Koszmar z ulicy Wiązów”.

O ile scenariusz jest dyskusyjny, a modyfikacje wprowadzone do treści książki — nie zawsze sensowne (fakt, że Carrie nie niszczy miasteczka, jest niezrozumiałą decyzją z fabularnego punktu widzenia, zaważyły jednak względy finansowe), to samej realizacji trudno cokolwiek zarzucić. Jest dobrze nakręcona, z dobrą muzyką i wiarygodnymi bohaterami. Co najważniejsze — potrafi budzić podobne emocje, co książka, zwłaszcza sceny z Margaret White, choć mimo wszystko nie aż tak silne. Za jej największą wadę uznałabym więc fakt, że — oczywiście nie z własnej winy — narzuciła ton kolejnym ekranizacjom, które, zamiast interpretować książkę na nowo, robiły raz jeszcze to samo, co zrobił De Palma — tyle że słabiej.


CZĘŚĆ III — „Carrie” Davida Carsona (2002)

carrie3Tak na marginesie, dziwi mnie, że ta dość krótka, napisana nie tak dawno temu przecież powieść, doczekała się już aż trzech adaptacji. Taka atencja ze strony kinematografii spotyka raczej utwory zaliczane do kanonu literatury, sztuki Szekspira czy powieści Dickensa. Tymczasem kolejna ekranizacja „Carrie” to film telewizyjny zrealizowany przez stację NBC, pomyślany jako backdoor pilot serialu, który ostatecznie nigdy nie powstał. I całe szczęście. Jeśli nie podobało mi się zbyt horrorowe zakończenie w wersji De Palmy, to o finale w scenariuszu Bryana Fullera (tak, tego Fullera od „Hannibala” i „Pushing Daisies”) nie umiem powiedzieć absolutnie nic dobrego.

Gdyby szukać pozytywów ekranizacji Carsona, to trzeba jej przyznać, że — pomijając wspomniane zakończenie — usiłuje być nieco bardziej wierna książce. Twórcy próbowali nawet oddać niechronologiczną strukturę narracyjną Kinga, dodali retrospekcje i futurospekcje oraz inne punkty widzenia. Ciekawie też wypada relacja Carrie i Margaret, ich dynamika jest odmienna; matka, grana tu przez Patricię Clarkson, nie jest już tak dominująca, często widać jej absolutne przerażenie mocami córki; Carrie (Angela Bettis) stała się zaś mniej uległa i bardziej zdecydowana, by postawić na swoim. Film ukazuje też niektóre z opisywanych w książce oznak buntu, w tym te, które nie wynikają wcale z nowo odkrytych mocy, a rodziły się już wcześniej.

Niestety, o ile Clarkson jest bardzo dobra, a Bettis do przełknięcia, to cała reszta aktorów wypada fatalnie. Całość produkcji wydaje się niestety strasznie tandetna i niskobudżetowa, źle nakręcona, często też źle zmontowana, z niepasującą muzyką i groteskowymi, przesadzonymi scenami ukazującymi moce Carrie. Nie ma tu absolutnie żadnego napięcia i żadnego klimatu; kiedy ma być strasznie — często jest śmiesznie. Kiedy nie ma być strasznie — jest nudno. Chris i Billy są całkowicie pozbawieni charyzmy, Sue Snell ma bardzo niespójny charakter, a Tommy był tak nijaki, że po trzech godzinach, które minęły od seansu, nawet nie potrafię sobie przypomnieć, jak wyglądał.

Na koniec trzeba jednak pochwalić wersję telewizyjną za jedno ujęcie, bardzo książkowe, które jednak nie znalazło się w żadnej innej ekranizacji. Mowa o śmierci matki Carrie, o tyle specyficznej, że dziewczyna dzięki swoim mocom zatrzymuje u rodzicielki akcję serca. Ta trudna scena, zarówno „od środka”, jaki i z zewnątrz, została bardzo ładnie przeniesiona na taśmę. Oczywiście rozumiem też wybór De Palmy, który „ukrzyżował” Margaret ostrymi nożami w futrynie, niemniej jednak preferuję w tym przypadku bardziej subtelne, a przy tym wierne Kingowi rozwiązanie. Poziom oddania emocji towarzyszących lekturze całościowo oceniam jako średni, ale doceniam starania filmowców.


CZĘŚĆ IV — „Carrie” Kimberly Peirce (2013)

carrie4Od niskobudżetowej „Carrie” Carsona, przy której jednak ktoś przynajmniej próbował wprowadzać jakieś zmiany, jeszcze słabiej wypada najnowsza wersja w reżyserii Kimberly Peirce, będąca po prostu bezczelną zrzynką z De Palmy, przeniesioną do współczesnych realiów (żeby uczniowie mogli nękać Carrie także na YouTubie; doprawdy, jakie to błyskotliwe…). Trudno mi zrozumieć, dlaczego w ogóle ktoś wpadł na to, by zrobić jeszcze raz to samo — tyle że gorzej. Mamy więc tak bardzo nie pasującą do roli Carrie Chloë Grace Moretz; i nie chodzi tylko o brak podobieństwa wizualnego, to można przełknąć (jak w przypadku Spacek). Chodzi o granie zupełnie zwyczajnej dziewczyny, która absolutnie nie ma w sobie ani wyalienowania, ani strachu w oczach, ani tej niepokojącej dziwności, a gdy idzie na bal i zaczyna uśmiechać się do rówieśników, nabieram poczucia, że oto oglądam jakąś komedię o nastolatkach i zaraz wszystko dobrze się skończy. Nieco ratują Moretz sceny szału i gniewu, w których czuje się o wiele lepiej; tu gra najbardziej okrutną Carrie ze wszystkich, z premedytacją wymierza każdą śmierć (w przeciwieństwie do np. Carrie AD 2002, zdającej się działać instynktownie i nieświadomie, w reakcji obronnej — co jest zresztą znacznie bliższe mojej interpretacji książki, niż wyrachowane okrucieństwo zaprezentowane w najnowszej ekranizacji).

Tu pewnie narażę się wielu — ale nie kupuję też Julianne Moore w roli Margaret. Jest zbyt łagodna, zbyt słaba, za mało wyrachowana, a podczas seansu… bardziej odczuwałam wobec tej postaci współczucie, że jest, jaka jest, niż złość. W dużej mierze pewnie dlatego, że Carrie w tej wersji zaskakująco dobrze radzi sobie z matczynym terrorem, co jest straszliwym wypaczeniem scenariuszowym. Równie wielkim jak wahająca się i wątpiąca Chris Hargensen, której daleko do książkowej antagonistki, targanej ślepą nienawiścią. Dużo bardziej psychopatyczną postacią jest w ekranizacji Billy Nolan, w tej wersji uczyniony pomysłodawcą okrutnego żartu podczas balu. Co jest całkowicie niewiarygodne. Jeśli mam pochwalić film Peirce za jakikolwiek wybór aktorski i prowadzenie bohatera, to będzie to obsadzenie w roli Tommy’ego debiutującego wówczas Ansela Elgorta.

By nie rozwodzić się dłużej nad tą ekranizacyjną katastrofą, dodam jeszcze, że Peirce kopiuje od De Palmy także sceny i dialogi, których w książce nie ma, a na domiar złego niekiedy potęguje je aż do granic absurdu. Pisałam już o finałowej konfrontacji Carrie i Margaret, kończącej się śmiercią tej drugiej, kiedy chwaliłam film Carsona. Cóż, Kimberly Peirce znowu zapożycza rozwiązanie od Briana De Palmy, ale usiłując pokazać „to samo, tylko bardziej”, popada w absurd i śmieszność, nadziewając matkę na tuzin noży i innych ostrych przedmiotów znajdujących się w domu. Jeśli ktoś jeszcze nie zaczął płakać ze śmiechu, to po tej scenie może śmiało zacząć (ew. podczas alternatywnego zakończenia, halucynacji Sue, znowuż bez polotu odgapionych z wersji z 1976). Może zabrzmi to drastycznie — ale to jeden z najbardziej niepotrzebnych filmów, jakie kiedykolwiek zdarzyło mi się widzieć. Poziom emocji: absolutne zero.


EPILOG

Po intensywnym tygodniu wypełnionym różnymi wersjami „Carrie” w głowie zostanie mi przede wszystkim książka (a także bolące od pisania nadgarstki oraz nauczka, by nie czekać kolejnych kilku lat na sięgnięcie po następną powieść Kinga). Jeśli więc macie tendencje, by empatyzować z tekstem kultury, a emocje i przeżycia potrafią sprawić, że przymykacie oczy na pewne niedostatki danego dzieła, koniecznie przeczytajcie powieść. Jeśli chodzi o ekranizacje — cóż, wersja De Palmy to już klasyka horroru, a mimo wielu rozbieżności w stosunku do prozy Kinga, film broni się jako autonomiczne, przemyślane i spójne klimatyczne dzieło. Pozostałe dwie adaptacje, o ile nie jesteście zapaleńcami i nie przyjdzie Wam do głowy, by pisać o nich długie notki, możecie sobie bez żalu odpuścić.

  • http://myszamovie.blogspot.com/ Mysza

    Pozwolisz, że nie będę się rozpisywać, na temat mojego zdania o Carrie De Palmy i Peirce, bo mam na ten temat długi, naprawdę szczegółowy tekst na blogu ;) Intryguje mnie natomiast to, co napisałaś o wersji TV z 2002 roku – słyszałam, że pod pewnymi względami jest to najlepsza ekranizacja. Sama wciąż jej nie widziałam (po Carrie 2013 miałam przesyt), ale jestem bardzo ciekawa, na ile ta wersja mi się spodoba – biorąc pod uwagę przeróżne zarzuty jakie miałam do obu kinowych ekranizacji, może się okazać, że mimo niskiej jakości, telewizyjna Carrie jest mi najbliższa pod względem warstwy emocjonalnej.
    Zresztą to mnie w Twojej notce najbardziej ucieszyło – abstrahując od różnic interpretacyjnych (których, myślę, wcale nie mamy tak wiele), cieszy mnie, że dokopałaś się u King tych przerażających motywów, które ja uznaję za największą zaletę „Carrie” i powód dla którego od lat wymieniam tę książkę jako moje ulubione dzieło tego autora. Owszem, sam King ma zarzuty do swojego warsztatu – wszak debiut – ale mnie, tak szczerze, te braki nigdy nie przeszkadzały. Forma epistolarna niejako ukrywa te braki i pozostawia duże pole wyobraźni czytelnika, a warstwa emocjonalna książki – to co próbuje robić, przerażając nas bardzo realistycznym portretem ludzkiej niegodziwości, obojętności i zaszczucia, robi fenomenalnie.
    Wracam do „Carrie” prawie co roku i za każdym razem jestem pod równie wielkim (jeśli nie większym) wrażeniem tej książki, co za pierwszym razem.

    PS. Yay! Tak się cieszę, że wróciłaś do pisania :)

    • http://oceansoul.waw.pl/ Oceansoul

      Czytałam! :) Już po napisaniu swojego, i ogółem bardzo dużo opinii nam się pokryło (także w tych kwestiach, o których ja już nie napisałam).
      Wersja z 2002 na pewno jest najwierniejsza w stosunku do książki, ale równocześnie – jest taka najbardziej przaśna. Emilie de Ravin gra tam tak fatalną Chris, że to się nie da, musisz to zobaczyć! :D Ale obejrzyj, koniec końców wypada imho i tak lepiej niż film z 2013, a emocjonalnie na pewno jest mi bliższy.

      U Kinga ta zmiana perspektyw, skakanie po osi czasu, łączenie różnych form całkiem mi się podobało. Przynajmniej koncepcyjnie. Warsztatu już się nie chcę czepiać – gdyby każdy debiut był taki, byłoby w sumie nieźle. :)
      Swoją drogą, polecasz jeszcze coś Kinga dla ‚w miarę początkujących’, co miałoby w sobie dobrą warstwę emocjonalną? Mam co prawda „Bastion” i „TO” (obie potwornych gabarytów), no i „Mroczą wieżę” (tyle że słyszałam, że powinno się ją czytać, jak się już lepiej pozna inną twórczość pisarza), ale może lepiej by było jeszcze inny tytuł teraz poznać? Jakieś rady? :)

    • http://myszamovie.blogspot.com/ Mysza

      No właśnie wierność książce mnie intryguje – największe problemy z obiema ekranizacjami mam w tym jak często i na ile daleko odstępują one od książkowego oryginału i mojej jego interpretacji. A co do de Ravin – umówmy się, ona nigdy nie była jakąś wybitną aktorką ;)

      Ja z Kinga z czystym sercem mogę polecić „Misery” (chyba druga ulubiona po Carrie) i „The Long Walk” (obiektywnie najlepsza książka Kinga jaką czytałam). Ogromną sympatią darzę „Firestarter” – motywy pirotechniczne, eksperymenty medyczne i bardzo silny wątek rodzinny, plus świetna postać dziecięca. „Cycle of the Werewolf” to jakiś smutny żart. Z kolei”Pet Sematary” choć niepokojące, nie zapadło mi w pamięć. W przeciwieństwie do „Salem’s Lot”, które nie jest łatwe do czytania, ale warto – nigdzie King tak świetnie nie buduje niepokojącego, małomiasteczkowego klimatu jak tam. Obowiązkowe jest jego non-fiction „On Writing” – na poły biograficzne rozważania o pisaniu. Warto też sięgnąć po jego zbiory opowiadań, choć ja jestem z tych, którzy twierdzą, że King się w krótkiej formie nie sprawdza – ma fajnie pomysły, ale gdy nie ma dostatecznie dużo miejsca na zbudowanie klimatu, tekst siada (w przeciwieństwie do tekstów jego syna – Joe Hill potrafi mnie przerazić jednym zdaniem).
      Od „The Green Mile” i „Shawshank Redemption” się gwałtownie odbiłam – filmy lepsze :P Z kolei film „1408” jest dramatycznie różny od opowiadania – oba warto znać. Za „Mroczną wieżę” się nie brałam – za dużo tomów :P
      Dużo dobrego słyszałam też o „Gerard’s Game” i „Dolorse Clairborne”, ale sama nie czytałam.

  • migi
    • http://oceansoul.waw.pl/ Oceansoul

      Znam, ale raczej nie czytam.

      … a jaki to ma związek z tym wpisem?

    • migi

      a tak z ciekawości pytam