Zawód książkowy, zawód filmowy ― „Brooklyn”, Colm Tóibín (oraz ekranizacja)

By | 6 marca 2016

Od chwili, kiedy pojawiły się pierwsze trailery filmu „Brooklyn”, była to jedna z najbardziej oczekiwanych przeze mnie produkcji. Tematyka, zarys fabuły, obsada aktorska, a później też nominacje do Oscarów ― spodziewałam się obrazu idealnie trafiającego w moją wrażliwość, a jednocześnie bardzo dobrego filmu. Moja niecierpliwość była tak wielka, że na miesiąc przed polską premierą ekranizacji postanowiłam sięgnąć po książkowy pierwowzór, poznać treść, a zarazem zapoznać się z nagradzaną irlandzką powieścią, gdyż poszerzania horyzontów nigdy dość. Jak się okazało ― srodze się pomyliłam w swoich przewidywaniach.

Tekst nie jest recenzją, ale analizą fabularną i zdradza treść zarówno książki, jak i filmu.

brooklyn2

Główna bohaterka, Eilis Lacey, jest jedną z najbardziej irytujących postaci literackich, jakie można sobie wyobrazić. Powieść ukazuje wydarzenia z jej perspektywy, a znaczną część narracji stanowią myśli i rozważania dziewczyny ― co nie byłoby problemem, gdyby tylko Eilis miała jakieś życie wewnętrzne. Niestety, to idealny przykład osoby płynącej z prądem, której od pierwszej do niemalże ostatniej strony książki rzeczy po prostu się przydarzają, a ona nie zdobywa się nawet na zbyt wiele refleksji na ich temat.

Zacznijmy od początku, gdy poznajemy Eilis w Irlandii. Dziewczyna nie może znaleźć stałej pracy, nie ma zbyt wielu znajomych, nie cieszy się powodzeniem wśród mężczyzn i choć chciałaby zostać księgową, jak jej starsza siostra Rose, to nic w tym kierunku nie robi. Szczęśliwy splot okoliczności sprawia, że znajomy ksiądz umożliwia jej wyjazd do Nowego Jorku ― załatwia wizę, bilety i potrzebne dokumenty, na miejscu zaś czekają na nią praca i zakwaterowanie. Pomińmy już milczeniem ten szczęśliwy splot okoliczności i absolutny brak kłód fabularnych rzucanych pod nogi protagonistki (co jest jednym z bardziej irytujących literackich zabiegów). Skupmy się na problemie postawy samej Eilis, która tak naprawdę nie chce wyjeżdżać, ale z nikim na ten temat nie rozmawia i ani razu nie próbuje protestować. Bliscy cieszą się na myśl o szansie stojącej przed dziewczyną, tymczasem sama bohaterka niechętnie spogląda w przyszłość za oceanem. Dlaczego Eilis nie komunikuje swoich myśli i potrzeb rodzinie, choć panują między nimi ciepłe, pełne zrozumienia stosunki? Nie mam pojęcia. Eilis cierpi w milczeniu, i jest to postawa, jaką będzie przejawiać przez kolejne dwieście stron.

Po przyjeździe do USA Eilis jest nieszczęśliwa i tęskni za Irlandią. Płacze w pracy, ale rzecz jasna może liczyć na wyrozumiałość szefowej oraz kolejną interwencję pomocnego księdza, który niczym wróżka chrzestna z „Kopciuszka” z własnej inicjatywy zapisuje bohaterkę na wieczorowy kurs księgowości, opłacany przez hojnego parafianina. Niedługo później protagonistka poznaje Tony’ego, syna włoskich imigrantów, który zakochuje się w niej. Para zaczyna regularnie się umawiać, a Eilis… pozostaje w najlepszym wypadku bierna i po prostu poddaje się wydarzeniom. Zgadza się na wszystkie propozycje Tony’ego, deklaruje odwzajemnianie jego uczuć ― choć wcale nie jest ich pewna ― i nigdy nie dzieli się z nim tym, co naprawdę myśli. Kulminacja frustracji czytelnika, na próżno czekającego na moment, gdy Eilis zacznie wreszcie jakkolwiek działać czy podejmować decyzje, następuje w scenie pierwszej wspólnej nocy pary, kiedy to bohaterka według narracji nie jest zadowolona z przebiegu wydarzeń i nie znajduje żadnej przyjemności w zbliżeniu, wręcz przeciwnie, odczuwa wyłącznie ból i dyskomfort. Postanawia jednak nie mówić absolutnie nic, choć Tony przez cały czas ich znajomości dał się poznać jako osoba czuła i szczerze w niej zakochana, co sprawia, że bierność i milczenie Eilis nie mają tu żadnego sensownego podłoża.

Kiedy niespodziewanie umiera Rose i Eilis postanawia pojechać do Irlandii, by pocieszyć matkę, Tony nalega na ślub, będący dla niego gwarancją powrotu dziewczyny do USA. Eilis w ogóle nie jest entuzjastką tego pomysłu, ale z przyczyn wymykających się czytelniczemu pojmowaniu godzi się na ten pomysł i w tajemnicy przed wszystkimi poślubia Tony’ego w przededniu powrotu do ojczyzny. W Irlandii postanawia nikogo nie informować o swoim zamążpójściu, łącznie z najlepszą przyjaciółką, która w jak najlepszej wierze swata Eilis z lokalną dobrą partią ― Jimem, mającym lada chwila odziedziczyć dom i pub po wyprowadzających się rodzicach.

Eilis i Jim coraz bardziej się do siebie zbliżają i narracja nie pozostawia wątpliwości co do faktu, że Eilis jest w Jimie zakochana. Choć do Tony’ego też odczuwa pewne przywiązanie, to z całą pewnością nie jest to miłość jej życia ― o czym czytelnik wie równie dobrze, co bohaterka. Jednocześnie po raz kolejny Eilis dostaje wszystko podane pod nos niczym na złotej tacy; czeka na nią wymarzona praca, wśród Irlandczyków uchodzi za światową i wykształconą osobę, a w dodatku wszyscy kibicują jej związkowi z Jimem. Nic, tylko zostać w ojczyźnie, o czym zresztą zdawała się marzyć sama Eilis przez większość czasu spędzonego na emigracji.

Zdawałoby się, że oto nadchodzi moment, kiedy nasza bierna heroina wreszcie stanie przed pierwszym w pełni samodzielnym wyborem ― wrócić do USA, do męża, któremu przysięgała, ale którego nie kocha, do kraju, za którym wcale nie tęskni, mając w perspektywie prędkie rodzenie dzieci i niemożność pracowania, co wcale jej nie cieszy, czy może zostać w ojczyźnie, wśród bliskich, z rokującym na dłuższy związek Jimem, pracując jako księgowa, o czym marzyła przez cały czas nauki w USA. Niestety, po raz kolejny Eilis po prostu godzi się na decyzję, jaką podejmuje za nią otoczenie ― i kiedy matka, dowiedziawszy się o ślubie Eilis, mówi jej, że ma wracać do męża, Eilis pakuje się i wraca. Tak po prostu. Oczywiście, mamy tu także wątek źle życzącej dziewczynie właścicielki sklepu, która (zrządzeniem li tylko imperatywu narracyjnego) poznaje tajemnicę bohaterki i sugeruje wprost, że zdradzi ją Jimowi oraz miasteczku, ale nie oszukujmy się ― gdyby tylko Eilis zechciała, mogłaby przynajmniej spróbować wybrnąć z popełnionego błędu i skoncentrować się na naprawieniu go w taki sposób, by przeżyć szczęśliwie pozostałe lata życia. Niedoczekanie czytelnika!

I choć znęcam się od kilku akapitów nad postacią Eilis, to nie będę zaprzeczać jednemu ― najwyraźniej taki był cel i świadomy zamysł autora. Choć może mnie to irytować nad wyraz, to nie śmiem odmawiać pisarzowi prawa do wykreowania najbardziej biernej i frustrującej postaci, jaka tylko mu się wymarzyła. Ba, na poziomie przesłania jest to książka, która może odbiorcę wielu rzeczy nauczyć przez pokazanie mu, jakie są skutki takiego płynięcia z prądem. „Brooklyn” pokazuje, jak może skończyć się pochopne godzenie się na wszystko, co wybierają dla/za ciebie inni, nawet jeśli robią to z jak najlepszymi intencjami. Dzięki książce dowiemy się na przykład, że nie warto wychodzić za mąż za pierwszego mężczyznę okazującego zainteresowanie twoją osobą, jeśli nie jest się przekonanym o sile własnych uczuć ― bo być może tuż za rogiem czeka prawdziwa miłość. Powieść nie przekazuje tego wprost, ale nie pozostawia wątpliwości ― Eilis przez resztę życia nie będzie szczęśliwa; w Irlandii zostawia samotną matkę, a sama wraca do mężczyzny, którego nie kocha i życia, którego nie chce. Może nie jest to najbardziej odkrywcze przesłanie na świecie, ale przynajmniej da się z tego wyciągnąć jakieś wnioski.

A czego uczy nas film?
Że życie to bajka, a wszystko zawsze dobrze się kończy.

brooklyn1

Przez pierwszą połowę film podobał mi się znacznie bardziej niż książka i nieco pochopnie stwierdziłam, że jest od niej lepszy. Na swoją obronę mam jedynie to, że obraz w reżyserii Johna Crowleya zaczynał się naprawdę obiecująco. Miał dobrą kompozycję ― skrócił rozwleczony i niewiele wnoszący początek powieści do niezbędnego minimum, niemalże od razu decydując się na pokazanie życia Eilis za wielką wodą. Tchnął życie w płaskie postaci drugoplanowe, dodał nieco humoru do opowieści. Obsadzona w głównej roli Saoirse Ronan dodała także więcej energii postaci bohaterki, a jej Eilis o wiele bardziej wie, czego chce, przez co widzowi łatwiej obdarzyć ją sympatią i utożsamiać się z jej losem na emigracji. Niestety, lepsze zobrazowanie protagonistki okazało się jednocześnie wadą ekranizacji ― patrząc na grę Saoirse, widzimy Eilis zakochaną w Tonym, która nie chce wracać do Irlandii. Później zaś ― obserwujemy Eilis uprzejmą dla Jima, zwodzącą go nieco, ale jednak trzymającą na dystans i ostatecznie wybierającą męża.

Co niezwykle istotne dla interpretacji, w książce Eilis i Jim nie tylko rozmawiają ze sobą podczas spacerów, lecz także całują ― a dzięki narracji wiemy, jak odbiera to bohaterka i co różni jej uczucia żywione do Tony’ego i do Jima. W filmie zaś to Jim daje Eilis do zrozumienia, że chciałby się jej oświadczyć, a dziewczyna jedynie dziękuje mu za komplement, by wyjechać dzień później. Oczywiście, jako widzowie możemy sobie z łatwością dopowiedzieć, że Eilis była zauroczona przystojnym Irlandczykiem (zwłaszcza że gra go Domhnall Gleeson), ale jednocześnie widzimy, że ma w sobie na tyle moralnego kręgosłupa, by nie łamać świeżej przysięgi małżeńskiej, a jej uczucie do Tony’ego jest silniejsze. Mamy też moment konfrontacji z podłą sklepikarką, gdy protagonistka ze złością ― ale i pewna dumą ― potwierdza, że w istocie ma męża i nazywa się Eilis Fiorello (czemu w filmie w ogóle ukrywa fakt, że jest mężatką, pozostaje równie niezrozumiały co cała ta część). I wreszcie ostatnia scena ― w książce nie widzimy ponownego spotkania Eilis i Tony’ego, ale wiemy, że bohaterka nie cieszy się na nie, że wolałaby zostać w Irlandii u boku Jima. W filmie? Cukierkowy happy end, para małżonków w objęciach, Tony przedstawiony jako Ta Prawdziwa Miłość, dla której warto było zostawić matkę samotną w Irlandii.

Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest żal o to, że film nie jest wierną ekranizacją książki ― raz, że dawno z takich żali wyrosłam; dwa, powieść nie zrobiła na mnie szczególnego wrażenia i przez długi czas z radością przyjmowałam wszystkie zmiany scenariuszowe. Choć aktorzy robili, co mogli, z otrzymanym materiałem (muszę wspomnieć o fantastycznej Julie Walters!), zdjęcia i stroje są bardzo miłe dla oka, irlandzka muzyka jest momentami przepiękna, a część „amerykańską” dobrze się ogląda, to nie potrafię ukryć fali rozczarowania, jaka ogarnęła mnie po ujrzeniu drugiej połowy i zakończenia. Zupełnie nie potrafię pojąć całościowego wydźwięku tej produkcji; zmieniona w swej wymowie historia, którą oferuje filmowy „Brooklyn”, jest tak banalna i nic niewnosząca do kinematografii, że oscarowe nominacje w kategoriach Najlepszy film oraz Najlepszy scenariusz adaptowany (sic!) to w moim odbiorze największe tegoroczne pomyłki Akademii. Z opowieści o złych decyzjach, pochopnym postępowaniu i skutkach zbytniej bierności „Brooklyn” zmienił się w opowiastkę o miłości za oceanem i dziewczynie, która nie ulega pokusie podczas krótkiego powrotu do ojczyzny. Rozczarowujące.

Spodziewam się, że w tegorocznych podsumowaniach zarówno książkowy, jak i filmowy „Brooklyn” będą zajmować miejsca na listach rozczarowań, choć każde z innych powodów i z własną listą grzechów. Irytująca powieść i miałka ekranizacja ― niestety, mimo jak najlepszych chęci tak mogę najtrafniej podsumować prace autora Colma Tóibína i scenarzysty Nicka Hornby’ego. Szkoda, wielka szkoda! Przecież mogło być lepiej.