„Bóg mordu” w trzech odsłonach

By | 29 maja 2012

W dobrym dramacie scenicznym każda linijka tekstu ma znacznie – a żadna nie jest nadmiarowa. Przykładem takiego utworu jest „Bóg mordu” autorstwa francuskiej dramatopisarski, Yasminy Rezy, który od kilku lat wystawiany jest na deskach teatrów całego świata – od Szwajcarii, przez Londyn i Berlin, po Nowy Jork. Choć zarys fabuły wydaje się niezwykle prosty – oto bowiem spotykają się dwa małżeństwa, by omówić sprawę bójki ich jedenastoletnich synów – autorce udało się przemycić w niej wiele prawd o ludzkiej naturze, zbudować napięcie godne najlepszego thrillera oraz rozbawić widzów do łez.

Obok tego dramatu o zasłużonej sławie nie przeszedł obojętnie Roman Polański, czego owocem był film zatytułowany „Carnage” (w polskiej wersji: „Rzeź”). Co prawda w interpretacji Polańskiego akcja przeniesiona zostaje z Francji do Nowego Jorku, inne są także imiona bohaterów, ale przebieg akcji i dialogi pozostały niezmienione. Reżyserowi udało się również utrzymać kameralny charakter sztuki, wydarzenia rozgrywają się w jednym pokoju, w czasie rzeczywistym. I choć w oczach wielu mało elokwentnych komentatorów internetowych film bywa opisywany jako nudny, nieśmieszny i przegadany – mnie wydaje się czymś wręcz przeciwnym. Jego siłą są właśnie barwne dialogi autorstwa Rezy i wyśmienite kreacje aktorskie Jodie Foster, Kate Winslet, Christopha Waltza i Johna C. Reilly’ego. Choć przez godzinę i kwadrans postaci tylko rozmawiają – to jakże wiele w tym emocji, jakże to wartkie i pełne polotu. O żadnej nudzie nie może być mowy, słowne pojedynki są w tym filmie o wiele bardziej ekscytuje niż sceny akcji w wielu innych produkcjach.

Jednak nie samym filmem człowiek żyje, a w momencie, gdy materiał wyjściowy dla scenariusza stanowi dramat – warto sięgnąć do korzeni i wybrać się na przedstawienie. Na szczęście także polskie teatry pokusiły się o wystawienie „Boga mordu”, a sztukę obejrzeć można m.in. w Krakowie, Warszawie, Szczecinie, Łodzi czy Gdyni (a warto poszukać jej także w innych miastach). Postanowiłam więc sprawdzić, jak wypada ten wspaniały komediodramat na deskach warszawskiego Ateneum. Nie ukrywam, że żywiłam wcześniej obawy – jak na tle aktorskiej śmietanki z filmu wypadną Sylwia Zmitrowicz, Barbara Prokopowicz, Artur Barciś i Krzysztof Tyniec? Okazuje się, że cała obsada poradziła sobie znakomicie, a choć w niektórych scenach ich interpretacje są inne – wcale nie są gorsze. Co więcej, spektakl reżyserowany przez Izabellę Cywińską niesie ze sobą większą dawkę śmiechu; możliwe, że zasługa w tym polskiego przekładu sztuki, choć śmiem przypuszczać, że także bliskość rozgrywających się wydarzeń (zwłaszcza gdy siedzi się w odległości metra od sceny) pozwala jeszcze lepiej wczuć się w przedstawioną historię.

Zachęcam wszystkich do sięgnięcia po „Boga mordu”, w formie dowolnej – czy to literackiej, czy filmowej, czy teatralnej (choć adaptacja, z udziałem rewelacyjnych aktorów, może w tym przypadku lepiej przemówić do wyobraźni). Warto zobaczyć, co dzieje się, gdy opadają maski i kruszą się konwenanse. I mieć tę świadomość, że w każdym, głębiej czy płycej, drzemie uśpione dzikie zwierzę, które w określonych warunkach może wydostać się na zewnątrz.

16 thoughts on “„Bóg mordu” w trzech odsłonach

  1. kenaz

    A ja zniechęcam do „Rzezi” Polańskiego…

    ” rozbawić widzów do łez.” – ja się nie śmiałem. Reszta kina też nie… a jeśli śmiech ma wzbudzać rzyg Kate Winslet to ja dziękuję za taki humor.

    Tak kiedyś po wizycie w kinie napisałem na jednym forum książkowym:

    To nie jest komedia (plakaty krzyczą „genialna komedia”, genialną komedią jest „Seksmisja” a pomijając stare i polskie: francuski „Nietykalni” – zabawny, świeży, a do tego mądry). To, że zaśmiałem się kilka razy (głównie z tekstów Waltza) nie robi z filmu komedii. To jest film obyczajowy. A jeśli komedia, to ja i cała reszta sali kinowej nie mamy poczucia humoru.
    Sytuacja z filmu jest niedorzeczna i nie rozumiem po co?, dlaczego? Nie rozumie też tego męska część postaci z filmu. Poza tym w Polsce nikt by nie robił z takiej „bójki” żadnego halo (w gruncie rzeczy przecież nic się nie stało, a głównych sprawców zamieszania nic to nie obeszło). Temat nudny, dialogi zgrabnie napisane (zajmujące, ale nic specjalnie błyskotliwego ani zabawnego), Christopher Waltz jak zawsze cieszy na ekranie. Ładnie obdarto dwa małżeństwa z pozorów. I to tyle. Nic zachwycającego, nic oryginalnego, jak będzie kiedyś w TV – można poświęcić godzinę z kawałkiem. Ja żałuje wydanych na kino pieniędzy.

    I jeszcze wnioski płynące z Rzezi:
    kobiety:
    – na siłę próbują „ustawiać” mężczyzn
    – narzucają swoje jedynie słuszne poglądy
    – tłumią złość (główna bohaterka krzyczy o pokoju na świecie, robi wielkie halo z małej sprzeczki między dziećmi, a zachowuje się jako jedyna agresywnie i kipi ze złości)
    – za dużo myślą
    – i za bardzo się przejmują
    – demonizują normalne, ludzkie zachowania (nie mówie, że przywalenie w twarz drugiemu człowiekowi jest normalne, ale wypicie szklanki whisky czy zapalenie cygara owszem)
    – zabraniają pić itp. facetom, po czym ostatecznie piją więcej od nich
    No niestety to wyniosłem z tego filmu, sprawy, które wie każdy, ale każdy też wie, że to tylko uogólnianie. A może ja nic nie zrozumiałem.

    I tylko myślę „po co powstał ten film?”, „po co obie kobiety wciągneły swoich mężczyzn w całą tą sytuację?” i „to jest bez sensu i niepotrzebne, niegodne uwagi”.
    Poza tym Judie Foster się nie popisała. Wrzeszczeć byle aktor potrafi. Aktorsko dobrze wypadła męska część, Winslet też dała radę.

    Dużo ciekawiej, bardziej satysfakcjonująco można spędzić czas przy Teatrze Telewizji (TVP unikam, ale raz na jakiś czas jest coś godnego uwagi). Jakieś pare tygodni temu oglądałem świetny teatr (na żywo!) „Daily Soup” z Gajosem i Danutą Szaflarską (97 lat ma i wciąż jak świetnie się trzyma) – ten teatr jest m.in. o braku komunikacji w rodzinie, wzbudza emocje: jest przykry, jest zabawny, jest ciekawy, jest spostrzegawczy, jest inteligentny, dobrze zagrany do tego bardzo dobra muzyka.

    Reply
    1. Oceansoul Post author

      Filmu nie widziałam akurat w kinie, a w domu i samotnie, więc nie stwierdzę, kto się jeszcze śmiał. Ale w teatrze śmiali się wszyscy dookoła, ja sporo więcej niż na filmie. Jak też wspominałam, film miał nieco słabsze tłumaczenie, ale załóżmy, że nie to było przeszkodą.
      Ogólnie nie nazwałabym filmu/sztuki ‚komedią’ (nigdzie tego zresztą nie zrobiłam) – a ‚komediodramatem’. Nie zamierzam Cię oczywiście przekonywać, że moja opinia jest bardziej ‚mojsza’ czy prawdziwsza, bo wcale tak nie uważam, ale spróbuję jakoś sztukę Rezy trochę obronić. ;)
      Co mnie w niej bawiło? Szeroko pojęta ironia, ogólny wydźwięk wielu scen [uwaga, spoiler!] – krytyka zachowania czyjegoś, by po chwili zrobić to samo; Veronique zaprzeczająca, że jest choleryczką; fakt, że Alain najbardziej przeżywa stratę telefonu, równocześnie ignorując ważniejsze kwestie (nieco podobnie Veronique przejmuje się swoim albumem); to, jak małżeństwa podkreślają, że są cywilizowanymi ludźmi; irytujące nawyki ludzkie w krzywym zwierciadle (nie ukrywam, że niektóre mogłyby mnie bawić ze względu na ujrzenie w nich własnych wad); scena, w której Alain i Annette już mają wychodzić, a Annette powraca po raz drugi czy trzeci do kwestii chomika… [koniec spoilera] I wiele innych. Moim zdaniem to po prostu inny typ humoru niż w wymienionej przez Ciebie „Seksmisji” – ale mnie najwyraźniej taki też bawi.
      To, że w Polsce nikt nie robi z tego ‚halo’ – oczywiście, racja. Tyle że dramat pisany był jako krytyka klasy średniej we Francji, więc najwidoczniej tam problem istnieje.
      To, co piszesz o kobietach w filmie, jest trafne – ale to właśnie też może bawić, choćby ze względu na dysonans między tym, co w teorii zachwalają, a tym, co praktykują. Lub smucić. Lub jedno i drugie równocześnie. No i dość często zdarza się tak, że żony na siłę próbują zaangażować mężów w wychowanie dziecka, a ci godzą się dla świętego spokoju – nie sądzę, żeby było to szczególnie wydumane. A że o wielu sprawach każdy wie? No proszę Cię, przecież większość książek/filmów jest o tym, co każdy wie! Zawsze wydawało mi się, że właśnie o problemach bliskich wielu odbiorcom tworzyć należy – bardziej poruszy mnie zakłamanie i ‚maski’ ludzkie (to pewnie ‚wina’ uwielbianego przeze mnie Gombrowicza), z którymi w pewnym sensie stykam się na co dzień, niż, przykładowo – problemy wspominanych w filmie plemion afrykańskich.

    2. Kaosumaru

      Zgodzę się, że ‚Rzezi’ czy ‚Boga mordu’ komedią nazwać nie można, jest to raczej coś w rodzaju komediodramatu – jeśli wybaczysz ad populum, ja również nie byłem jedyną osobą śmiejącą się w pewnych momentach na widowni. 
      Stopniowe odzieranie ludzi z masek, sugerowanie, ze pod cieńką warstwą obyczajów i kultury jesteśmy takimi ‚dzikusami’, czemu tych czworo ludzi gorączkowo starało się zaprzeczyć – to było całkiem ciekawe w spektaklu. (swoją drogą, nadłamane zęby to jednak trochę grubsza sprawa niż siniaki, także akurat rozumiem robienie z tego halo, szczególnie, jeśli trzeba wypełnić dokumenty dla ubezpieczyciela)
      Właśnie, w spektaklu – bo przyznam, ze filmu jeszcze nie widziałem, natomiast miałem przyjemność obejrzeć sztukę w teatrze – gorąco polecam zrobienie tego samego, być może mógłbyś wynieść wtedy coś więcej, na przykład czyjś płaszcz, co wtedy miałoby pozytywny skutek przynajmniej dla Ciebie. 
      Bo troszkę dziwi mnie to, że jedyne Twe wnioski to ‚te baby są jakieś głupie, ale to delikatny temat, napiszę więc, ze uogólniam’. Skłaniałbym się ku poglądowi, że doszukałeś się w filmie jedynie potwierdzenia własnych opinii – bo przecież mężczyźni byli tam przedstawieni również w mało przyjaznym świetle. Skąd zatem to czepianie się płci mniej brzydkiej? Pod tym względem przypominasz mi trochę sytuacje z ‚Boga Mordu’ – każdemu łatwo było zauważyć wady innych, zaś nikt nie widział własnych.

    3. kenaz

      @Kaosumaru „Bo troszkę dziwi mnie to, że jedyne Twe wnioski to ‘te baby są jakieś głupie, ale to delikatny temat, napiszę więc, ze uogólniam’. ”

      A skąd.. widzę faceta, który jest pantoflem i ma odwagę wygłaszać własne przekonania dopiero po alkoholu, widzę pracoholika, dla którego komórka to przedłużenie ręki a na sprawę z dzieckiem zwyczajnie nie ma i nie chce mieć czasu. Po prostu większość rzeczy przekrzyczała Judie Foster tym samym wysuwając się na pierwszy plan, czym zwyczajnie irytuje.
      Dla mnie film to zmarnowany potencjał. Teatru nie widziałem a znając treść – nie wybiorę się.

      Zachowania bohaterów były przykre, nie śmieszne. To nie komediodramat, to film obyczajowy. Bo ani wstrząsa, ani śmieszy, ani emocjonuje.

      ” (swoją drogą, nadłamane zęby to jednak trochę grubsza sprawa niż siniaki, także akurat rozumiem robienie z tego halo, szczególnie, jeśli trzeba wypełnić dokumenty dla ubezpieczyciela)”
      Możliwe że nawet i do nadłamania zębów nie doszło. Możliwe, że skończyło się na jednym siniaku, a dzieciaki razem odeszły o sprawie zapominając.

      @Oceansoul
      „Alain najbardziej przeżywa stratę telefonu”
      A to akurat było zabawne. Jedna urocza scena na cały film :)

    4. kenaz

      Kiedy siedzę w kinie z poczuciem straconego czasu, kiedy żadne kolejne wypowiedziane zdanie nie jest dla mnie zaskoczeniem a film od początku do końca pokazuje mi się w głowie już po 10 minutach i co gorsza opiera się na bezsensownym spotkaniu, bo kto myślący spotyka się z drugą stroną konfliktu NIE na neturalnym terenie? (sprawa, czyli wykonanie notatki, powinna być załatwiona w 5 minut w bibliotece szkolnej) to dla mnie oznacza, że film był słaby. Bo ani to rozrywka, ani intelektualna uczta, ani satysfakcja.

    5. kenaz

      @Oceansoul
      zachęcam do obejrzenia teatru który wspomniałem w pierwszym poście – to jest teatr który cenię i lubię. To wzbudza emocje i śmieszy, jest dramatem i komedią.

    6. kenaz

      @Oceansoul „No proszę Cię, przecież większość książek/filmów jest o tym, co każdy wie!”
      Tak, tylko wtedy skupiają się na jednym (lub wielu) z tych punktów (w przeciwieństwie do „Rzezi”, która usilnie aspiruje do bycia „najinteligentniejszą i najśmieszniejszą komedią” – a może to hasełko jest po prostu żartem marketingowców, którzy nabrali na to wielu):
      – rozśmieszyć widza
      – dostarczyć przyjemności i rozrywki
      – zachwycić zdjęciami
      – zachwycic efektami
      – zachwycić muzyką
      – nie wywołać ziewania
      – zaskoczyć przynajmniej paroma scenami / pomysłami realizatorskimi
      – skonstruować zaskakujące zakończenie, żeby widz wyszedł z kina z opadłą żuchwą.
      Jak choć jeden punkt się zgadza a film jest „o sprawach o których każdy wie” to już można uznać, że wydane na kino pieniądze nie zostały wyrzucone w błoto :)

      Przepraszam że tak w 4 postach:)

    7. kenaz

      rzecz jasna nie twierdze że moja racja jest jedynie słuszna, przedstawiam tylko inny punkt widzenia.

      Poza tym film nie jest zły. Lubie tego typu realizacje (jedno pomieszczenie, zamknięci bohaterowie), np. świetny „The man from Earth” czy z zupełnie innej bajki – pierwszy „Cube”.
      „Rzeź” pewnie bym odebrał nieco lepiej, gdyby nie to, że szedłem nastawiony na komedie, a na całą tematykę masek ludzkich, obdzierania z pozorów (i tak od początku było wiadomo co się kryje za każdą maską w „Rzezi”), czy na Ferdydurke bez oporu puściłbym hafta niczym Kate Winslet na albumy Judie Foster, niektórzy może uznaliby to za dobry żart… :/ (ps. totalnie nie mam pamięci do imion więc posługuje sie aktorami).

    8. Oceansoul Post author

      Ja tak w skrócie. ;)
      Marketingowi to akurat nigdy nie można wierzyć – podejrzewam, że wedle dystrybutora każda jego komedia jest najśmieszniejsza, każdy film najlepszy, przełomowy, etc. No cóż, ich wina, bo często właśnie widz wychodzi zawiedziony, myśląc, że szedł na coś innego. Zresztą, to nie tylko problem filmów, bo i książek, i gier też. Nie jest to jednak wina samego produktu.
      A tytuł spektaklu, który polecasz, zachowam w pamięci. W telewizji go nie obejrzę – gdyż od kilku lat nie oglądam telewizji. Ale jak wypatrzę w teatrze, to nie omieszkam się wybrać. :)

    9. kenaz

      też nie oglądam, ten teatr był na żywo w internecie :) można było tez wybierać kamery itp. Fajna inicjatywa (aż dziwnie mi to się mówi w odniesieniu do TVP).

  2. oyun

    Christoph Waltz zachowywał się w tym filmie jak mój ojciec przez całe życie, to ekstremalnie niekomfortowe :(

    Reply
  3. kenaz

    Jeszcze dodam dwa zdanka ;)

    Można było z tej historii wyciągnąć o wiele więcej, film jest krótki. Najlepsza scena: pierwsza – statyczne ujęcie parku robi człowiekowi nadzieję na dobry film (jak ja lubię takie statyczne ujęcia, początkowe napisy itp.).

    Pewna kobieta (z dzieckiem) zwróciła mi uwagę na jedyną wartościową rzecz, którą można wynieść z tego filmu, zacytuję:

    „Podczas seansu mnie nasunęły się dwie refleksje: (…)
    – usiłujemy postawić naturę na głowie.
    Kiedyś było tak – kobieta opiekowała się synem do 6-7 roku życia. Wtedy, zgodnie ze swoją naturą, zwracała uwagę na każde jego słowo, trzęsła się nad każdym krokiem, rozważała każdą emocję. Potem chłopak przechodził pod skrzydła ojca, który traktował go jak równego sobie i nie robił histerii o każde zadrapanie. To jest naturalna kolej rzeczy i tak powinno pozostać.
    Niestety, teraz mamy związki partnerskie, co oznacza, że od mężczyzn wymaga się rozczulania nad każdym krokiem syneczka, co w nadmiarze ich tylko irytuje, a od kobiet jednocześnie realizacji na polu zawodowym i kokoszenia się w domu, co je zwyczajnie męczy (jak to ładnie wywrzeszczała Winslet). Efekt jest taki, że wszyscy są okropnie sfrustrowani, uważają, że dzieci pozbawiają ich życia prywatnego i mszczą się, wyrzucając ich chomiki na bruk.”

    Reply
    1. Oceansoul Post author

      Ja tam się cieszę w takim razie, że mogę żyć niezgodnie z moją naturą i przynajmniej nie całe społeczeństwo będzie to piętnowało. ;) Konkretniej – mimo wszystko nie wyobrażam sobie nie realizować się na polu zawodowym i poświęcić domowemu ognisku – wtedy to dopiero chodziłabym sfrustrowana!

    2. Kaosumaru

      Natomiast ja również żałuje, że społeczeństwo nie pozwala nam żyć w zgodzie z naturą. Próbowałem kiedyś, jak byłem mały, ale potem rodzice ściągnęli mnie z drzewa i kazali się ubrać.

      Mówiąc bardziej na serio – wydaje mi się, że teraz jest lepiej, bo istnieje wybór. Kobieta może rozwijać karierę, może też oddać się tylko ‚kokoszeniu’. Albo robić po trosze jedno i drugie, sama lub z mężem. Każdy może urządzić swe życie, jak tylko chce. Za czasów Skłodowskiej ‚studentka’ znaczyło tyle co ‚dziewczyna studenta’, więc myśle, ze dokonał się jakiś postęp.

  4. Kali

    „Rzeź” mam w swoich planach filmowych. Jak do tej pory nie czytałam żadnej recenzji, bo nie lubię się sugerować, ale Twoja opinia zachęca mnie do obejrzenia. Chcę się przekonać ile prawdy w tym śmiałym opisie plakatowym.

    Reply
    1. Oceansoul Post author

      Cóż, plakaty lubią przesadzać, ale pod tym mogłabym się podpisać. Mam nadzieję, że się nie zawiedziesz. :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *