Loading...
Literatura

Fabularna mikstura – „Biały hotel”

Brytyjski pisarz, poeta i tłumacz, D.M. Thomas, nie należy do autorów, których twórczość byłaby w naszym kraju powszechnie znana. W Polsce ukazały się jedynie dwie jego powieści, w tym najsłynniejszy „Biały hotel”, zdobywca kilku nagród i nominowany do prestiżowego Bookera.

„Biały hotel” jest powieścią przedziwną, do tego stopnia, że trudno ją jednoznacznie ocenić, a nawet opisać. Zgodnie z notą okładkową ukazuje terapię, jaką pod okiem Zygmunta Freuda przechodzi Elisabeth Erdman, śpiewaczka operowa, borykająca się z traumami czasów dzieciństwa i młodości, skrywająca – zarówno przed swym terapeutą, jak i samą sobą – liczne tajemnice. Nękają ją uporczywe bóle, których medycyna nie jest w stanie racjonalnie wyjaśnić, a także wizje mające związek z jej przeszłością i przyszłością. Niech jednak nikogo to wprowadzenie nie zwiedzie – w utworze D.M. Thomasa psychoanaliza wcale nie odgrywa głównej roli.

Powieść składa się z kilku części różniących się od siebie zarówno formą, jak i poruszaną problematyką. Rozpoczyna ją wymiana kilku listów, które szybko urywają się i ustępują miejsca tekstom pisanym przez główną bohaterkę – zarówno poemat, jak i fragment prozatorski, traktują o jednej z wizji kobiety. Jej majaki określić można jedynie jako „skrajny przypadek lubieżnej fantazji” – jak stwierdza powieściowy Freud – pełne erotycznych scen, często rozgrywających się na tle wydarzeń okrutnych bądź nierealistycznych.

Kolejną część historii czytelnik poznaje z perspektywy Zygmunta Freuda. Jest to studium choroby Elisabeth, przeznaczone do zaprezentowania innym naukowcom. Następny rozdział ukazuje dalsze życie Frau Erdman, a tradycyjna narracja przeplatana jest fragmentami epistolarnymi. Na scenę wkracza więcej postaci drugoplanowych, choć ich udział w historii jest marginalny. Pełnią one rolę rekwizytów, mających obnażyć określone cechy, postawy czy wybory bohaterki – ale tylko ona została w pełni zarysowana przez autora.

Zaskakują ostatnie części książki – tak różne od wcześniejszych. Nie uchodzi zdradzać, o czym traktują, ale trzeba jednak uprzedzić, że nie mają bezpośredniego związku ani z psychoanalizą, ani z Freudem, ani z erotyką. W rozdziale przedostatnim jest to raczej krok w kierunku wizji przejmujących, wręcz bolesnych, ociekających ludzkim okrucieństwem. Thomasowi udał się ten fragment najlepiej ze wszystkich – tyle że znacznie odstaje on w swym nastroju od reszty książki. Samo zakończenie można zaś podsumować jedynie jako dziwaczne, będące krokiem w jeszcze inną stronę.

Istnieje rzecz jasna powiązanie fabularne między początkiem, środkiem a końcem „Białego hotelu”, który najkrócej można określić jako historię życia Elisabeth. Problemem jest jednak to, że trudno zrozumieć, co tak właściwie autor próbował swym utworem przekazać, czemu służyć miało przeskakiwanie między kolejnymi formami i rozdźwięk między wątkiem poruszanym przez pierwsze i ostatnie rozdziały. Do tego dodać należy pojawiające się tu i ówdzie elementy fantastyczne, jak dar jasnowidzenia, które komplikują odbiór jeszcze bardziej.

Patrząc na całość powieści, ma się przed oczami przedziwny kolaż – i trudno ocenić go jednoznacznie. Połączenie, jakie serwuje czytelnikom Thomas, jednych zachwyci, innych rozczaruje bądź wprawi w konsternację. W „Białym hotelu” widać ogromny potencjał, docenić trzeba także umiejętność tworzenia zarówno nastroju epatującego zmysłowością, jak i strachem czy bólem. Mnie jednak nie ujął, zapisał się w pamięci jako ciekawostka, która nie potrafiła podążyć w żadnym określonym kierunku i koniec końców – nie przekazała żadnej ważnej myśli.

  • Tytuł: Biały hotel (The White Hotel)
  • Autor: D.M. Thomas
  • Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
  • Rok wydania: 2012
  • Liczba stron: 312
  • ISBN: 978-83-7839-119-7


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka oraz Portalowi Lubimy Czytać.

  • Książka raczej nie dla mnie, nie mój klimat, chociaż ostatnio czytałam artykuły Freuda.:)

    • Jak lubisz Freuda, to polecam obejrzeć „Niebezpieczną metodę”. :) A książkę powyższą raczej można sobie odpuścić.

  • Lubię sobie czasem sięgnąć po książki spoza mainstreamu, dziwne, psychodeliczne, niezrozumiałe. Tej nie znam, nie wiem, czy wpisałaby się w wąski stumyczek takich, które mnie porwały. Granica między takimi, które do mnie trafiają, a tymi, po których mam wrażenie, że autor sili się na dziwność, jest dość płynna…

    • Też lubię dziwną prozę współczesną, a przynajmniej niektóre pozycje. Uwielbiam np. Iana McEwana – a każda jego książka jest albo dziwna, albo bardzo dziwna. (Polecam! :))
      Powyższej pozycji jednak nie udało się do mnie dotrzeć, niestety.