Henryk VII na tronie — „Biała księżniczka”, Philippa Gregory

By | 16 lipca 2014

„Biała księżniczka”, Philippa GregoryPostacie władców nieodmiennie fascynują nie tylko miłośników dawnych dziejów. Charyzmatyczni królowie, żądni posłuchu tyrani, wpływowe monarchinie, książęta otoczeni wianuszkiem wielbicielek, roztaczające czar księżniczki — archetypicznych rządców znajdziemy w kulturze bez liku. Niezależnie jednak od pokładów zapału i poświęconego czasu, nigdy nie poznamy prawdy o postaciach historycznych. Kroniki i inne źródła współczesne czasom panowania zawsze będą stronnicze; może pisane pod dyktando panującego (lub jego następcy), może zabarwione poglądami dzierżącego pióro. Zarówno badacze, jak i twórcy kultury zafascynowani fikcją historyczną, a wreszcie my — odbiorcy — skazani jesteśmy na niedopowiedzenia i próbę wypełnienia białych plam czy to spekulacjami, czy to fantazją. Philippa Gregory stara się łączyć obydwie koncepcje w jedno; czerpie z własnej wiedzy i doświadczeń naukowych, wyciąga logiczne wnioski, stara się zrozumieć tok myślenia ludzi epoki, a zarazem pozwala ponieść się pisarskiemu natchnieniu i kreuje bohaterów, którzy mają przyciągnąć uwagę czytelnika i wzbudzić emocje podczas lektury.

„Biała księżniczka” to już piąty tom cyklu opisującego Wojnę Kuzynów, przez potomnych ochrzczoną mianem Wojny Dwu Róż. Wydawałoby się, że po tym, jak Henryk Tudor wywalczył pod Bosworth koronę, zabił Ryszarda III i koronował się jako Henryk VII, w Anglii wreszcie zapanuje pokój. Wśród żywych nie pozostał już żaden z synów Ryszarda Plantageneta, a zakończeniu rodowych waśni sprzyjać powinien także ożenek nowego monarchy, który pojmuje za żonę Elżbietę York, najstarszą córkę Edwarda IV i Elżbiety Woodville. Wraże dynastie ostatecznie jednoczą się, na świat przychodzą także potomkowie pary królewskiej, w tym upragnieni synowie. Tudor nie potrafi jednak cieszyć się z trudem zdobytym tronem; wszędzie węszy spiski, a w każdym młodziku spokrewnionym z Yorkami upatruje rywala. Czarę goryczy przepełniają coraz częstsze pogłoski o Ryszardzie, młodszym synu Edwarda IV, który rzekomo wcale nie zginął w Tower wraz ze swym bratem, tylko wciąż żyje i gromadzi armię popleczników, mającą obalić uzurpatora Henryka. Anglia po raz kolejny staje u progu krwawego konfliktu.

Pierwszych skrzypiec w „Białej księżniczce” nie gra wcale tytułowa postać, co wyróżnia tę powieść na tle wcześniejszych książek Philippy Gregory. Choć autorka ponownie zdecydowała się na narrację pierwszoosobową, tym razem prowadzoną z punktu widzenia Elżbiety York, centralnym bohaterem i siłą sprawczą w utworze pozostaje Henryk VII, ciekawie zobrazowany jako paranoik i tchórz. W porównaniu do kobiet przedstawionych na kartach „Władczyni rzek”, „Białej królowej”, „Czerwonej królowej” czy „Twórcy Córki Królów” żona Tudora wypada niezwykle bezbarwnie i biernie. Nie obwiniałabym za ten stan rzeczy pozycji na dworze czy epoki, ponieważ jej matka czy babka żyjące w tych samych czasach, przedstawione w poprzednich częściach cyklu, wykazywały znacznie więcej inicjatywy, a ich przemyślenia nierzadko bywały angażujące dla odbiorcy. Ignorancja księżniczki z rodu Yorków, często nieświadomej, co rozgrywa się na jej oczach, razi i irytuje. Nawet jeśli taki był zamysł autorki, nie potrafię wyzbyć się żalu, że to nie Elżbieta Woodville jest ponownie główną bohaterką. To właśnie dylematy królowej wdowy wydają się o wiele ciekawsze — jej perspektywy nie będzie nam jednak dane w pełni poznać.

Warto natomiast docenić wkład Gregory w próbę zinterpretowania jednego z najbardziej tajemniczych, a zarazem najciekawszych wydarzeń w historii Anglii — losów Książąt z Tower. Wątek, zapoczątkowany w „Białej królowej”, znajduje rozwinięcie i finał na kartach „Białej księżniczki”. Choć pewnikiem nigdy nie dowiemy się, co tak naprawdę spotkało Edwarda V i Ryszarda Shrewsbury, rozwiązanie proponowane przez pisarkę jest w wystarczającym stopniu przekonujące. Nie pada co prawda żaden definitywny osąd, ale za godną docenienia trzeba uznać samą próbę łaskawszego przedstawienia Ryszarda III i zrehabilitowania nielubianego przez wielu monarchy, którego wizerunek w kulturze na wieki zdeterminował dramat Williama Szekspira. Pozostałe wątki powieści nie prezentują się równie atrakcyjnie. Wiernych czytelników prozy Brytyjki może razić powtarzalność dworskich wydarzeń — po raz kolejny przyjdzie nam być świadkami królewskiego ślubu, koronacji, narodzin potomków; niczym nowym nie zaskoczą opisy wielu obyczajów epoki, znane zarówno z innych powieści z serii o Wojnie Dwu Róż, jak i cyklu tudorowskiego.

„Biała księżniczka” to przede wszystkim powieść dla fanów, wytrwale śledzących losy kolejnych pokoleń Yorków i Lancasterów. Nowi czytelnicy łatwo mogliby pogubić się w skomplikowanej genealogii, przytłoczeni nadreprezentacją Henryków, Edwardów i Ryszardów. Miłośnicy fikcji historycznej w wydaniu Gregory nie powinni jednak narzekać — otrzymają ciąg dalszy wizji, którą zdążyli polubić na przestrzeni poprzednich czterech tomów. Na horyzoncie majaczy zaś finalny wolumin, poświęcony postaci Małgorzaty Pole. Czy pisarka zdoła nas w nim czymkolwiek zaskoczyć? W końcu w „Białej księżniczce” opisano już wczesne lata życia hrabiny Salisbury, a w cyklu tudorowskim — jej uwięzienie w Tower i śmierć. Trudno zgadnąć, ale Philippa Gregory wciąż cieszy się u mnie na tyle dużym kredytem zaufania, że nie omieszkam przekonać się o tym na własnej skórze.

-
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Książnica oraz Portalowi LubimyCzytać.

  • Bacha85

    Moje zetknięcie z tą autorką nie było najlepsze… zniechęciłam się, choć Twoja recenzja przywróciła mi nieco chęci by bliżej tę panią poznać :)

    • http://oceansoul.waw.pl/ Oceansoul

      Z tego, co pamiętam, to czytałaś jakąś młodzieżówkę? Jeśli tak, to chyba nie warto się zrażać. :)

  • Megapodius

    Mnie do Phililpy Gregory zniechęciły „Kochanice Króla” Zarowno w wersji filmowej jak i ksiązkowej. Jej książki o Wojnie Lancasterówi Yorko mimo wszystko planuję przeczytać, jednak zawsze w nieokreślonej przyszłości