Godna kontynuacja, czyli o darwinistach i chrzęstach w Istambule — „Behemot”, Scott Westerfeld

By | 29 listopada 2011

Środkowe tomy trylogii jawią się zwykle jako te najtrudniejsze – autor musi utrzymać zainteresowanie czytelnika, którego udało mu się zaciekawić pierwszą częścią, a równocześnie zachować to, co najistotniejsze i najbardziej przez odbiorców oczekiwane na spektakularny finał. Jak więc sprawić, by kontynuacja nie wydała się pisana na siłę, by trzymała w napięciu, rozwijała zapoczątkowane już wątki, a zarazem zaostrzała apetyt na część ostatnią? Idealny przepis zna z pewnością Scott Westerfeld, którego „Behemot” nie jest ani o krztynę słabszy od bardzo dobrego „Lewiatana”.

Akcja pierwszego tomu toczyła się w głównej mierze w przestworzach oraz mroźnej Szwajcarii. Kontynuacja serwuje czytelnikom zmiany klimatyczne i niemalże w całości rozgrywa się w rządzonym przez sułtana Osmana I Istambule, mieście niezwykle barwnym i gwarnym, w którym mieszają się ze sobą smaki przypraw i nastroje społeczne. W etnicznym tyglu o uwagę sułtanatu walczyć będą zarówno przeciwnicy, jak i zwolennicy przystąpienia Imperium Osmańskiego do I wojny światowej, stawka jest zaś zbyt cenna, by darwiniści, chrzęsty lub ormiańscy rewolucjoniści nie skorzystali ze wszystkich dostępnych im opcji, byle tylko postawić na swoim. Nie bez znaczenia okażą się rzecz jasna decyzje i postępki dwójki dobrze już znanych bohaterów, Alka i Deryn, którzy po uszy uwikłają się w międzypaństwowy konflikt.

Jako że od wydarzeń opisanych w „Lewiatanie” nie upłynęło zbyt wiele czasu, protagoniści nie zdążyli ulec żadnym zmianom. To wciąż sprytni i impulsywni nastolatkowie, w których poczynaniach więcej jest szczęśliwych zbiegów okoliczności i podejmowanych pod wpływem chwili decyzji, niż misternego, rozsądnego planowania. O ile książę Alek od czasu do czasu rozważa długofalowe skutki swoich poczynań, które dotknąć mogą nie tylko jego najbliższych, ale i całe państwa, o tyle Deryn kieruje się porywami serca częściej, niż sugerowałby rozsądek. Ale czyż nie takimi prawami rządzi się młodość? I choć autor wciąż pozwala swoim postaciom wychodzić z większości sytuacji obronną rękę, nie boi się od czasu do czasu skonfrontować ich z poważniejszym tematem, jak zdrada stanu, pozostawienie towarzysza własnemu losowi czy śmierć najbliższych.

„Behemot”, Scott Westerfeld

Ganić i chwalić trzeba dokładnie to samo, co w „Lewiatanie”. Na komplementy zasługuje barwny i żywy język Westerfelda, dotrzymujący kroku jego wyobraźni. Jeśli komuś się wydawało, że wodorowy wieloryb, nietoperze strzałkowe czy cyklop pożoga są szczytem możliwości autora, srodze się mylił. Istambuł wykreowany w „Behemocie” łączy w cudowny sposób osiągnięcia naukowe darwinistów i chrzęstów z egzotycznym dobytkiem kulturowym, co zapowiada spotkanie z istnymi perełkami technologicznymi. Nie zabrakło także kolejnych wynalazków wśród antagonistycznych wojennych frakcji, które wystawiają przeciwko sobie porażające – dosłownie i w przenośni – urządzenie słynnego Nikoli Tesli oraz bestię, jakiej świat jeszcze nie widział – tytułowego behemota. Fani steampunku czy też jednej z jego gałęzi, dieselpunku, będą z pewnością wniebowzięci.

Jeśli zaś krytykować, to tylko uporczywą naiwność postaci oraz ich coraz większy wpływ na światową politykę i losy narodów, który wydaje się bardziej nieprawdopodobny od mówiących jaszczurek kurierskich. Alek i Deryn wodzą za nos wszystkich, od kapitana okrętu po samego sułtana, a rola postaci drugoplanowych na przebieg wydarzeń jest w tomie drugim jeszcze mniejsza niż w pierwszym. Szkoda tym bardziej, że Westerfeld prezentuje galerię pełną interesujących indywiduów, których losy chętnie poznałoby się głębiej i szerzej – tymczasem zaś trzeba obejść się smakiem.

„Behemot” to godna kontynuacja „Lewiatana”, która trzyma w napięciu od pierwszego rozdziału aż po brawurowy finał. Jest solidną powieścią przygodową, zręcznie korzystającą z szerokiej gamy opcji, jaką daje historia alternatywna, pobudzającą wyobraźnię – choć w tym niemała zasługa także klimatycznych ilustracji Keitha Thompsona – i ukazującą piękno prawdziwej przyjaźni. Szkoda jedynie, że na zakończenie trylogii przyjdzie czytelnikom poczekać aż do maja 2012 roku, kiedy to ma ukazać się „Goliat”. Zaręczam jednak – warto czekać!


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu REBIS oraz Portalowi LubimyCzytać.

7 thoughts on “Godna kontynuacja, czyli o darwinistach i chrzęstach w Istambule — „Behemot”, Scott Westerfeld

  1. Moreni

    I trafiam sobie na Twoja recenzję właśnie w chwili, kiedy toczę ciężki bój z sumieniem, czy korzystając z dnia darmowej przesyłki, zamówić sobie nadprogramowo „Lewiatana”. Czy to znak?^^

    Reply
  2. Oceansoul Post author

    Zamawiaj, zmawiaj, to znak, którego nie można przeoczyć! Najlepiej „Lewiatana” od razu z „Behemotem”! ^^

    Swoją drogą, też walczę ze sobą, czy nie skorzystać z darmowej wysyłki… :D

    Reply
  3. Moreni

    Poszłam za głosem znaku.^^ Co prawda tylko z „Lewiatanem”, ale i tak już się nie mogę doczekać paczki.:)

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *