U progu zagłady — „ßehemot”, Peter Watts

By | 26 kwietnia 2013

Długo wyczekiwane zwieńczenie trylogii o Ryfterach wreszcie nadeszło, a Peter Watts po raz kolejny udowadnia, że każdy fan hard science fiction powinien obowiązkowo zapoznać się z jego twórczością. Na kartach „ßehemota” należy więc spodziewać się jeszcze jednej porcji tego, za co polubiliśmy poprzednie tomy — naukowych zjawisk, szczególnie z zakresu biologii i cybernetyki, którym pisarz potrafi nadać realistyczny szlif, pogłębionej psychologii targanych traumami postaci, pesymistycznego nastroju oraz ludzkości stojącej po raz wtóry u progu zagłady.

Pięć lat temu zniszczyła świat. Teraz robi wszystko żeby go ocalić. Lenie Clarke nie jest już tą Lenie, którą znaliśmy — nie przypomina ani zagubionej ofiary z „Rozgwiazdy”, ani zwiastuna zemsty z „Wiru”. Nabrała rozwagi, ostrożności, empatii, a przy tym nie potrafi uwolnić się od wyrzutów sumienia. Zmienił się też Ken Lubin i to nie on gra główne psychopatyczne skrzypce w tym tomie. Ma godnego następcę — Achillesa Desjardinsa, z jednej strony sadystycznego maniaka, z drugiej wyrachowanego i zdolnego intelektualistę. Oczywiście nie można zapomnieć o wiekowym nanoorganizmie ßehemocie, zbierającym coraz większe żniwo. A jakby tego było mało — dochodzi także Seppuku. Ludzkość nie jest już nigdzie bezpieczna, nawet w głębinach oceanu.

Trzecia część trylogii Ryferów stara się być złotym środkiem między tym, co oferowały dwa poprzednie, tak różne od siebie tomy. Pierwsza połowa, „ß-Max”, przypomina „Rozgwiazdę”, a czytelnik wraz z bohaterami powraca w oceaniczne odmęty. Druga połowa, „Seppuku”, to z kolei reminiscencja z podróży po zniszczonej powierzchni, dobrze znanej nam z „Wiru”. Ta zmiana scenerii nie wyszła jednak powieści na dobre, a w konsekwencji do końca nie udaje się jej wykreować spójnej atmosfery — zabrakło zarówno przytłaczającej klaustrofobii głębin, jak i wszechogarniającej zagłady postapokaliptycznych krajobrazów. To największa wada „ßehemota”.

Do najmocniejszych stron powieści należy z kolei zaliczyć kreacje bohaterów — Watts jak zwykle wnikliwie drąży ich psychikę, nie oszczędza ich, wywołuje różnorakie emocje i sprawdza, jak daleko będą w stanie się posunąć. Wybierając na protagonistów jednostki szczególne, nieprzystające społecznie i w jakiś sposób skrzywdzone, ma zadanie ułatwione i utrudnione jednocześnie. Z jednej strony takie skrajne osobowości przyciągają uwagę czytelnika, z drugiej autor zawsze musi uważać, by nie przeszarżować i nie popaść w przesadę. Z tego zadania kanadyjski pisarz wybrnął bezbłędnie.

Fabularnie nie uświadczymy większych zaskoczeń, co można poczytywać w kategoriach tak wad, jak i zalet; „ßehemot” jest logicznym kontynuatorem wątków zapoczątkowanych w „Rozgwieździe” i „Wirze”, chwilami brakuje więc suspensu i zaskoczeń. Także zakończenie, choć dopracowane, nie pozostawia równie mocnego wrażenia co pamiętne zwieńczenie pierwszej części trylogii. W zamian otrzymujemy jednak spójny tom zamykający całą opowieść.

Niestety, po raz kolejny kuleje polskie wydanie powieści — zdaje się jednak, że o fatalnej interpunkcji, literówkach, a od czasu do czasu także poważniejszych błędach językowych — wspominać mogę w każdej recenzji pozycji wydawanej przez Ars Machinę, a zmian ku lepszemu nie widać. Pocieszeniem dla nieczytających w oryginale (trylogię Ryfterów można bowiem w pełni legalnie przeczytać po angielsku na stronie autora albo pobrać ją na czytnik) jest jedynie spójna, oszczędna i pasująca do charakteru utworu oprawa graficzna.

Nikogo, kto miał już styczność z prozą Petera Wattsa, raczej nie trzeba namawiać do lektury — miłośnicy poprzednich dzieł Kanadyjczyka pewnie już dawno temu zaopatrzyli się w „ßehemota”. Niezdecydowanych muszę uprzedzić: taki typ prozy po prostu trzeba lubić. Watts to oszczędny stylista, a w jego science fiction nacisk położony jest na pierwszy z gatunkowych członów. Dodajmy do tego wszechogarniający pesymizm i aspołecznych bohaterów-wykolejeńców, a otrzymamy uproszczony, acz dość trafny obraz trylogii Ryfterów.

  • Tytuł: ßehemot (ßehemoth: ß-Max / ßehemoth: Seppuku)
  • Autor: Peter Watts
  • Cykl: Ryfterzy
  • Wydawnictwo: Ars Machina
  • Rok wydania: 2013
  • Liczba stron: 530
  • ISBN: 978-83-63523-04-6


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Ars Machina oraz Portalowi Insimilion.

4 thoughts on “U progu zagłady — „ßehemot”, Peter Watts

  1. Viginti Tres

    Nie lubię czytać recenzji, jeśli daną książkę właśnie zaczęłam, nawet nie ze względu na ewentualne spoilery, ale żeby nie sugerować się we wnioskach. Tym razem przeczytałam, a to dlatego, że chyba potrzebuję motywacji… Prawdopodobnie nie powinnam się do tego przyznawać, ale wiesz pewnie, jak to teraz u mnie z fantastyką. No i cóż, liczę na tę dobrą psychologię, o której wspominasz. Szkoda tylko, że w kwestii wydania nic nie uległo zmianie, te ich błędy bywają strasznie drażniące.

    Reply
    1. Oceansoul Post author

      Też mnie strasznie denerwuje ta ‚polityka wydawnicza’, czy jak to nazwać, zwłaszcza że wydawnictwo od dobrych kilku książek wie, co robią nie tak (m.in. i ode mnie). Ale widocznie lubią bylejakość i narzekania recenzentów nic w tej kwestii nie zmienią – doprawdy nie umiem inaczej uzasadnić żenującej korekty przy n-tej wydawanej książce…
      A psychologicznie Watts wciąż daje radę, choć mimo wszystko z mojego punktu widzenia „Rozgwiazda” była najlepsza pod tym względem, „Wir” ciut słabszy, a „Behemot” – jeszcze odrobinę słabszy.

  2. Agnieszka

    Po „Rozgwieździe” już wiedziałam, że skończę tę trylogię. I choć pierwszy tom podziałał na mnie dość mocno swoją klaustrofobiczną atmosferą, to ciągnie mnie, żeby czytać dalej. Jednocześnie jakoś tak się ucieszyłam, że czytam niemieckie wydanie, BEZ literówek i językowego niechlujstwa, bo coś takiego już niejednokrotnie sprawiło, że lekturę porzuciłam, nawet jeśli treść była niezła.

    Reply
    1. Oceansoul Post author

      Swoją drogą, w Niemczech Watts też jest stosunkowo popularny? U nas na rynku sporo zamieszania narobiło zwłaszcza „Ślepowidzenie”, rzadko się zdarza, by w tak krótkim czasie trzecie wydanie tego typu książki szykowano, a tu proszę, jakby jakaś straszna moda na autora (w stosunku do jego niszowości, oczywiście) nastała.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *