Loading...
Literatura

Opowieść o potępionych – „Bar dla potępionych”

Powieść grozy nie jest w żadnym razie gatunkiem nowym, jej korzenie sięgają XVIII wieku i nurtu zwanego gotycyzmem. Także w XIX wieku miała się dobrze, na dowód czego można wymienić nazwiska takich twórców, jak Howarda Phillipsa Lovecrafta, Brama Stokera czy Mary Shelley. Współcześnie jednak rzadko uważa się horrory za typ utworów, które przodowałyby literacko – zwykle balansują na granicy kiczu lub dobrego smaku. Nie oznacza to, że warto się do nich zrażać, zdarzają się bowiem książki, które nie obrażają inteligencji czytelnika i można się przy nich świetnie bawić. Jak przy „Barze dla potępionych” Kealana Patricka Burke’a.

Nie jest to debiut irlandzkiego pisarza, jednak pierwsza jego powieść na polskim rynku. Akcja rozgrywa się w lokacji dość typowej dla gatunku – oto zapomniana przez wszystkich mieścina, wszechobecna szaruga, mgła, deszcz. Drzwi skrzypią, podłoga z desek ugina się pod stopami. W barze „U Eddiego” tylko stali bywalcy – zrezygnowany szeryf, miejscowy dziwak, femme fatale, tajemniczy starzec, narwany dzieciak, niemy wielkolud i barmanka o strzaskanych marzeniach. Oraz ksiądz, persona odrażająca, pogardzana, a zarazem budząca lęk i pociągająca za sznurki. Co tydzień kapłan wręcza któremuś z mieszkańców Milestone kluczyki do samochodu i wyznacza nową ofiarę. Do czasu, aż w barze nie pojawią się nieproszeni goście i rozpoczną lawinę nieprzewidzianych wypadków, prowadzących do nieuchronnej katastrofy…

Od pierwszej strony wyczuwa się gęstą atmosferę przebijającą z kart książki. Burke potrafi utrzymać zarówno tajemniczy nastrój, jak i przyciągnąć czytelniczą uwagę. Z gracją i lekkością włada charakterystycznym stylem – prostym, rzeczowym, pozbawionym ozdobników. Surowym i oschłym, niestroniącym od cynizmu, wulgaryzmów czy czarnego humoru, idealnie oddającym charakter pierwszoosobowego narratora, a zarazem głównego bohatera, szeryfa Toma. Małym zgrzytem są na tym tle fragmenty pisane w formie trzecioosobowej, które wybijają czytelnika z rytmu. Rzadko kiedy takie losowe łączenie narratora wszechwiedzącego z pierwszoosobowym wypada przekonująco – „Bar dla potępionych” nie zalicza się do nielicznych wyjątków.

Pod względem fabularnym lepiej prezentuje się początek niż koniec powieści. Szczególnie otwierająca scena w barze przedstawiająca większość bohaterów może przypaść do gustu. Z czasem poznajemy zaś coraz więcej tajemnic skrywanych przez postacie. Jednakże poszczególne wątki nie do końca się ze sobą łączą, a po zakończeniu lektury pozostaje wiele pytań, na które odpowiedzi nie udzielono – i nietrudno oprzeć się wrażeniu, jakby o niektórych z nich autor zdążył zapomnieć po drodze.

Świetnie broni się za to nastrój grozy. W książce znalazło się co prawda kilka drastycznych scen, które zamiast strachu wywołują obrzydzenie, ale na szczęście nie ma ich wiele. Większość koszmarów, które dręczą bohaterów, to mniejsze czy większe napady szaleństwa, niepewność, traumy z przeszłości, trudne relacje z rodziną, a wreszcie – wyrzuty sumienia. Potępienie i odkupienie, wina i grzech to kwestie, które można uznać za temat przewodni powieści, a zarówno wizja autora, jak i jej przedstawienie, są godne uwagi.

Fani literatury grozy powinni zapamiętać nazwisko Kealana Patricka Burke’a i rozejrzeć się za „Barem dla potępionych” na półce księgarni czy biblioteki. Pozostali czytelnicy mogą spróbować zapoznać się z powieścią, zwłaszcza że kolejne rozdziały pochłania się niezwykle szybko, a spora jest szansa, że będą dobrze się bawić – o ile nie przeszkadzają im białe plamy w wiedzy i świadomość, że większość nietypowych zjawisk można uzasadnić jedynie zdawkowym „bo tak”.

  • Tytuł: Bar dla potępionych (Currency of Souls)
  • Autor: Kealan Patrick Burke
  • Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
  • Seria wydawnicza: Strefa mroku
  • Rok wydania: 2011
  • Liczba stron: 320
  • ISBN: 978-83-7648-977-3


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka oraz Portalowi Bestiariusz.

  • viv

    Choć groza to póki co nie moja ulubiona konwencja, ta książka intryguje mnie odkąd zobaczyłam ją w zapowiedziach Prószyńskiego, dlatego zawsze z ciekawością czytam recenzje Baru. Czyli można, ale nie trzeba? Dla nastroju warto, ale aż tyle nie stracę, jeśli nie przeczytam :) W sumie to dobra wiadomość – półki już się uginają od tego, co warto zdecydowanie ;)

  • Jak wpadnie Ci kiedyś w ręce przy okazji, to zajrzeć można. :) Ale w gruncie rzeczy – jest też mnóstwo lepszych pozycji, jeśli nie jest się zapalonym fanem grozy.