Avangarda 2014 ― czyli dlaczego warto chodzić na konwenty

By | 10 sierpnia 2014

Próbowałam sobie dzisiaj przypomnieć, czy zdarzyło mi się już pisać relację z obecności na konwencie. Zaliczyłam ich w życiu trochę, w tym dwa Polcony (łódzki i warszawski), Copernicon, dwie Avangardy, Zjavę… I może jeszcze jakiś, o którym w tej chwili nie pamiętam. Tymczasem po tych wszystkich wypadach śladu na blogu właściwie nie ma. Pisałam rzecz jasna o zeszłorocznej Nidzicy, ale Nidzica to ze wszystkich zjazdów jednoczących fantastów zdecydowanie zlot najmniej typowy i odbiegający od pozostałych. W tym roku dla odmiany napiszę więc o Avangardzie, konkretnie o jej 9. edycji. Edycji zdecydowanie kameralnej, ale wartej uwagi i czyniącej mój weekend absolutnie rewelacyjnym.

1. Odwrotność kolejkonu.

Jeśli pamiętacie narzekania na zeszłoroczny Polcon organizowany przez stowarzyszenie Avangarda i z tego powodu zraziliście się do warszawskich konwentów ― była to decyzja zbyt rychła. Tegoroczna Avangarda pod względem frekwencji była odwrotnością masowych spędów pokroju Polconów czy Pyrkonów, co dało się zauważyć szczególnie w czwartek, kiedy to w kolejce do akredytacji nie spędziłam ani jednej minuty. Z tego powodu ubolewali z całą pewnością wystawcy oraz niektórzy twórcy programu, liczący na znacznie większą falę kupujących czy słuchaczy. Za wszystkich konwentowiczów nie wypada mi się oczywiście wypowiadać, ale mnie dużo bardziej cieszy taka sytuacja niż jej odwrotność ― lubię spotkania kameralne, na których nie trzeba przebijać się przez tłum, szczególnie w letnich upalnych porach, a na wybraną prelekcję można po prostu pójść bez konieczności koczowania wcześniej pod salą (jak miało to miejsce m.in. na zeszłorocznym Polconie)

2. Naukowo, nawet bardzo.

Od zeszłego roku, jeśli mnie pamięć nie myli, czyli od zmiany miejsca całego wydarzenia z kampusu SGGW na kampus Politechniki, oprócz prelekcji tradycyjnych podczas konwentu organizowane są też prelekcje w bloku naukowym (a wstęp na nie jest całkowicie darmowy). Cieszy mnie bardzo ten stan rzeczy, gdyż mam w sobie coś, co określić mogę jako ogólne zamiłowanie do wiedzy, także z tych dziedzin, które są mi dość obce. Podczas każdego konwentu próbuję więc jak najbardziej skorzystać na obecności znawców różnych tematów. Prym wiedzie rzecz jasna literatura, o której wciąż wiem o wiele mniej niż bym chciała (choć z roku na rok, miejmy nadzieję, mimo wszystko coraz więcej). W tym roku postawiłam m.in. na prelekcje o dystopiach, gotycyzmie, metafizyce darwinowskiej w science fiction, popkulturowym wizerunku królowej Wiktorii czy płynnych granicach między literaturą fantastyczną a głównonurtową. Wychodziłam umiarkowanie zadowolona bądź całkiem usatysfakcjonowana, co poczytuję konwentowi za plus.

3. Konkursy tak bardzo towarzyskie.

Może zaskoczę teraz niektórych z Was, ale na tegorocznej Avangardzie pierwszy raz zdarzyło mi się wziąć udział w konkursie. Pierwszy ― i nie ostatni, taką mam nadzieję. Konkursem, który skłonił mnie do spróbowania się w tej konwentowej formie spędzania wolnego czasu, był Disney Challenge organizowany przez Myszę z bloga Mysza Movie. Co może być dość nietypowe, na konkurs szłam przede wszystkim nie po to, by oddać się rywalizacji, a w celach towarzyskich, by poznać Myszę i resztę ekipy podcastu Myszmasz. Cel mogę chyba uznać za zrealizowany w stu jeden procentach. Sam konkurs okazał się zaś świetną zabawą w gronie osób, które nie patrzą na ciebie dziwnie, gdy śpiewasz kolejne piosenki z disneyowskich animacji i to w dwóch wersjach językowych na przemian, co niezwykle doceniam, gdyż takie spotkania nie zdarzają się codziennie, przynajmniej w moim świecie. No i hej, zajęłam drugie miejsce!

4. Fanty!

O dziwo, tym razem obyło się bez wielkiego polowania na autografy ― z przyczyn prozaicznych, czyli braku obecności autorów, od których podpisu jeszcze nie mam. Jedyny wyjątek to dedykacja wewnątrz „Pokoju światów” Pawła Majki, czyli debiutanckiej pozycji nowo powstałego wydawnictwa Genius Creations, które zainteresowało mnie swoją ofertą i filozofią wydawniczą. Z pewnością będę im kibicować i śledzić ich dalsze losy. Dwie inne duże zdobycze ― „Sto dni bez słońca” Wita Szostaka oraz „Aryskotraci” na DVD to efekt wspomnianego wyżej konkursu disneyowskiego, a dokładniej wydanie konwentowej waluty na kolejną pozycję z Kontrapunktów oraz nagroda wręczona przez Myszę.

Nie da się ukryć, że jak na moje możliwości są to zdobycze wyjątkowo skromne, a wszyscy spodziewali się pewnie, że przytacham do domu kolejne dzikie kilogramy książek, ale niestety coraz bardziej we znaki daje mi się ograniczona pojemność półek i regałów. Takie to ciężkie jest życie geeka-zakupoholika!

Avangarda 2014

Jeśli miałabym podsumować cztery dni spędzone na Avangardzie, to mogłabym powiedzieć tylko jedno ― było warto, do tego stopnia, że najprawdopodobniej nie będzie to mój ostatni konwent tego sezonu (na co zapowiadało się choćby jeszcze tydzień wcześniej). Zderzenie z codziennością, które niechybnie nastąpi jutro z rana, pewnikiem okaże się trudne, szczególnie gdy o siódmej rano zadzwoni budzik, ale to tradycyjna cena za dobrą zabawę, czyż nie? Dobrze jednak przypomnieć sobie, że gdzieś tam (i czasem jest to całkiem bliskie gdzieś tam) żyje sporo osób podzielających moje zamiłowania, z którymi porozumienie przychodzi bez najmniejszego trudu. I z tą myślą dziś Was zostawiam.

14 thoughts on “Avangarda 2014 ― czyli dlaczego warto chodzić na konwenty

  1. Agata

    Nawet nie wiedziałam, że taki konwent się odbywa :/ Słaby geek ze mnie. Gratuluję drugiego miejsca!!

    Reply
    1. Ewa Serenity Iwaniec

      Szkoda wielka :/ No ale cóż, widzimy się zatem zapewne w przyszłym roku na Pyrkonie :)

    2. Oceansoul

      Po tym, co słyszałam na temat ostatniego Pyrkonu, to nie wiem, czy w ogóle chcę tam pojechać. Ale zobaczymy, do wiosny daleka droga. ;)

  2. Dzikowy

    Dzięki za miłe słowa. Szkoda, że tak mało uwag, bo na te jestem szczególnie łasy (jak tu wprowadzać poprawki bez nich?). Kon nie był specjalnie kameralny – ponad 1350 zaakredytowanych uczestników stanowi średnią dla Avangard 6-8. Do tej liczby dodaj 250 darmowych i pewną liczbę tych, którzy nawet „plasterka” nie pobrali.

    Dzikowy

    Reply
    1. Oceansoul

      Podejrzewam, że to poczucie kameralności wynika u mnie przede wszystkim z porównania z zeszłorocznym Polconem, jak i z większego rozproszenia uczestników po terenie konwentu niż miało to miejsce na ostatnich dwóch Avangardach na SGGW, przez co np. na korytarzach było zauważalnie luźniej. Na niektórych prelekcjach też było dziwnie pusto (albo to ja pojawiłam się na kilku niszowych).

  3. Megapodius

    Zgadzam się. Było wyjątkowo kameralnie i trudno bylo zauważyć taką liczbę osób, jak miała tam być. Trochę ciekawych rzeczy było też na stoisku antykwariatu. Do takich rzeczy zaliczam polską satyrę Science fiction z roku 1930 kupioną za 3 złote. Mam takie pytanie: czy ta prelekcja o granicach międy literaturą fantastyczną a głownonurtową to byla ta w sobotę o 16:00? Jeśli tak, to o czym byla pierwsza połowa.? Niesety byla to jedna z sytuacj kiedy chodziłem międy kilokma prelekcjami i bylem tylko na częsci z każdej. Niesety nie moglem już zostać na konkursy. Gratuluję nagrody.

    Reply
    1. Oceansoul

      Tak, to była ta w sobotę. Nie pamiętam dokładnego rozkładu na połowy, ale było o tym, co sprawia, że utwór jest lub nie jest sf; o nachodzących na siebie okręgach różnorakich gatunków; o pojawieniu się samego pojęcia sf i jego długiej niesławie; o braku powszechnie akceptowalnej definicji i wyraźnych granic między fantastyką a mainstreamem; o postrzeganiu pisarzy z ‚pogranicza’.

  4. Agnes K.

    Dziękuję za ten wpis, bo mnie utwierdza, by na jakiś taki spęd pojechać – najbliższy Polcon mam na oku. Jeśli tylko niania do dzieci się znajdzie, to jadę.

    Reply
  5. Osoba

    Szczerze, dla mnie ta cała Avangarda była jakby dla 12-latków, a nie dla dorosłych osób mającymi po 20 parę lat. Jedynie co mi pasowało, to były książki, ale przecież można je wszędzie znaleźć, wystarczy wejść do pierwszej lepszej księgarni i na sprzedaż były fajne zergarki specyficznie zrobione. Chodził jakiś pajac przebrany za czarodzieja, jakieś dziecinne gry planszowe które były od metra… Były jakieś konwenty ale też bardziej dla młodszej młodzieży, obiło mi się o oczy np. o wampirach, wilkołakach w literaturze, litości! Co było bardziej na poziomie, to już było płatne. Przyszło więcej obdarciuchów, ubrani na czarno, brudni, zapuszczeni, ale przynajmniej dziewczyny były normalnie ubrane i zadbane. To jest Politechnika Warszawska, jakiś poziom musi utrzymać!

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *