Author Archives: Oceansoul

TOP 5: Seriale, które wiedziały, kiedy się skończyć

Nawet jeśli nie jesteście maniakalnymi miłośnikami telewizyjnych produkcji w odcinkach, nawet jeśli nie należycie do żadnego fandomu, nie powracacie regularnie do ulubionych tytułów i nie prowadzicie kalendarza, który wyświetlałby listę premier danego dnia czy tygodnia ― to o ile nie żyliście przez ostatnie 10 lat pod kamieniem, pewnie obejrzeliście jakieś seriale. Z ogromnym prawdopodobieństwem trafiliście więc na takie, które nie wiedziały, kiedy i/lub jak się skończyć. Albo ciągnęły się w nieskończoność, zamieniając się powoli, acz sukcesywnie w parodię samych siebie, albo zostały zakończone wcześniej, niż początkowo planowano, a scenarzyści nie stanęli na wysokości zadania (lub nie otrzymali takiej szansy), przez co otrzymaliśmy zakończenie urwane (albo i z wrednym cliffhangerem, zapowiadającym mający nigdy nie powstać kolejny sezon), zamiast satysfakcji wywołujące u widza jedynie frustrację. Ale dziś nie będzie ani o tych pierwszych, ani o tych drugich. Dziś będzie o wybitnie rzadkich serialowych przypadkach, kiedy twórcy wiedzieli, jak i kiedy zakończyć swój serial. O tych nielicznych produkcjach, które od początku zdają się zmierzać do finału (nawet jeśli to tylko pozory), a ich ostatnie odcinki nie wywołują u widza poczucia zmarnowanego czasu, energii i zaangażowania. Co oczywiście nie znaczy, że jest to toplista moich ukochanych seriali. Na takową pewnie przyjdzie jeszcze trochę poczekać. ;)

TOP 5: Seriale, które wiedziały, kiedy się skończyć

1. Battlestar: Galactica

Zaczynamy kontrowersyjnie ― bowiem z tego, co wiem, zakończenie tego właśnie serialu spotkało się z krytyką sporej rzeszy fanów. A ja byłam zachwycona. Oczywiście istnieje możliwość (pewnie całkiem spora), że kolejne meandry fabularne wymyślano w biegu i wraz z zamówieniami następnych sezonów, że wcale nie taki był początkowy pomysł na serial. Dla mnie jednak punkt końcowy jest spójny z tym, co pokazywano mi przez wcześniejsze kilkadziesiąt odcinków. Łączy się w mojej głowie w jedną całość. To też jeden z powodów, dla którego BSG to mój absolutnie ukochany serial i nie zanosi się na to, by miał zostać zdetronizowany ― gdyż jako jedyny spośród wszystkich pretendentów do tego miana, prócz wielu innych zalet, miał także tę ― wiedział, kiedy i jak się skończyć. Co sprawia, że z tym większym smutkiem wspominam urwaną po pierwszym sezonie Capricę, która na sensowne zakończenie nie miała szans.

Battlestar: Galactica

2. The 4400

Oprócz tego, że pragnę się w tym miejscu porozpływać nad tym, jak dobrze zakończono ten serial ― chciałabym o nim przy okazji przypomnieć. Nie mogę się bowiem oprzeć wrażeniu, że to produkcja mało znana, nawet wśród fanów seriali, której nie towarzyszy żaden widoczny fandom. A przecież to The 4400 pokazywało ludzi z mocami na długo przed Heroes czy Misfits, a także wprowadziło motyw nagłego zniknięcia losowego odsetka populacji zanim zrobili to popularni ostatnio The Leftovers. Oczywiście, nie oznacza to, że The 4400 było szalenie nowatorskie ― ale nie da się zaprzeczyć, że po dziesięciu latach, jakie mijają od premiery, wciąż pozostaje co najmniej godne uwagi. Można by zarzucić serialowi, że w pierwszych dwóch sezonach akcja toczyła się trochę niemrawo, ale już od sezonu trzeciego to doskonałe, trzymające w napięciu sf z fantastycznymi zwrotami akcji i tym typem bohaterów, który tak szalenie lubię ― czyli bardzo niejednoznacznymi postaciami, gdzie trudno komukolwiek kibicować od początku do końca. Choć fani protestowali przeciwko kończeniu serialu po czwartym sezonie (trudno się dziwić, skoro poziom wciąż rósł), twórcy pozostali nieugięci. I jestem im za to niezwykle wdzięczna.

The 4400

3. Spartacus

Spartacus jest serialem, który od samego początku umiejętnie rozpisywano na sezony; to także jedna z nielicznych produkcji, w przypadku których to ostatni sezon uważam za najlepszy ze wszystkich czterech (tak, wliczam prequel do sezonów, proszę się nie kłócić z tą logiką). W dodatku doczekał się on idealnego zwieńczenia, ani nie nazbyt pospiesznego, ani nie nadmiernie odwleczonego. I choć z różnych względów nigdy nie będzie to produkcja wymieniana wśród moich najukochańszych, to daleka jestem również od krytykowania jej za to, czym nigdy być nie chciała czy nie próbowała. Z kolei w swojej kategorii rozrywkowości przez cały czas emisji radziła sobie wyśmienicie i pewnie jeszcze długo pozostanie najciekawszą propozycją od stacji Starz. Tym większy plus dla stacji, że nie zdecydowała się na rozwlekanie akcji, tak by ich flagowy tytuł mógł pożyć w paśmie przez kilka sezonów dłużej.

Spartacus

4. The Tudors

Okay, ktoś mógłby mi powiedzieć, że moment zakończenia tego serialu był z góry oczywisty ― umiera Henryk VIII, kończymy serial poświęcony jego osobie. Ale to wcale nie jest takie proste. Weźmy choćby The Borgias, późniejszy serial stacji Showtime, urwany tak naprawdę w pół słowa, w momencie całkowicie losowym. Czy na szybko domykany Rome od HBO, który spokojnie mógłby doczekać się jeszcze sezonu czy dwóch. Tymczasem w The Tudors opowiedziano historię, którą opowiedzieć chciano, dbając o zakończenie wszystkich wątków i stałe tempo całej opowieści. Oczywiście moja miłość do tego tytułu nie wynika wyłącznie ze zgrabnego finału, ale to zawsze jeden z tych elementów, które silnie rzutują na ostatecznie wrażenia. To także kryterium niezbędne serialowi do tego, bym miała ochotę powtórnie go obejrzeć ― w końcu jaki jest sens ponownego katowania się nietrafionym zakończeniem, o którym wie się z góry?

The Tudors

5. ???

To nie jest celowy zabieg. Po prostu, z ręką na sercu, nie jestem w stanie umieścić na tej liście piątego tytułu. Wydaje mi się, że obejrzałam już całkiem sporo seriali (choć oczywiście znacznie więcej tytułów mam dopiero w planach), ale wśród nich udało mi się znaleźć tylko cztery (!) zakończone jak dla mnie w idealnym momencie. Co z pozostałymi? Odrzucamy miniseriale i inne z założenia jednosezonowe produkcje. Odrzucamy tytuły wciąż kręcone, ponieważ nawet jeśli w tej chwili wydają się rokować jak najlepiej, to nigdy nie można być pewnym tego, jak skończą. Wówczas zostajemy z ogromną rzeszą seriali zbyt długich i garstką seriali zbyt krótkich. No i czterema powyższymi tytułami. Co ciekawe, wszystkie wymienione przeze mnie produkcje liczyły sobie cztery sezony. Przypadek? A może odkryłam właśnie liczbę idealną…?

Skoro więc moja lista kończy się na czterech ― czekam na Wasze propozycje. Musi przecież istnieć choćby jeszcze kilka seriali zakończonych ani nie nazbyt wcześnie, ani nie zbyt późno, prawda? Po prostu miałam pecha i jeszcze na nie nie trafiłam. Liczę więc na to, że będziecie w stanie polecić mi choć jeden tytuł, którego finał uważacie za idealnie wyliczony!

Serialowy październik

Zacznijmy od kilku słów wyjaśnień. Wyjaśnień dość głupich, dodajmy. Otóż bardzo dawno nie pisałam. Mimo to, w mojej głowie wrzesień i październik obfitowały w długie i ciekawe wpisy. Wpisy nigdy nienapisane. Ewentualnie napisane w jednej dziesiątej albo odnotowane jako hasło w jednej z notatek. Oczywiście mogłabym zrzucić ich faktyczny brak na niedobór czasu czy lenistwo, ale to nie jest cała prawda. Tak naprawdę powstrzymuje mnie przede wszystkim narastające niezadowolenie, czy to nad niewystarczająco wyczerpanym tematem, czy też niedostatecznym researchem. Wymyślam jakiś temat, zaczynam pisać… I bam, stwierdzam, że jednak nie widziałam/czytałam jeszcze tego, jeszcze tamtego, więc postanawiam dokończyć wpis po zapoznaniu się z potrzebnymi mi tytułami. A potem do tego nie dochodzi ― bo na przykład wpada mi do głowy coś innego. I tak ciągle…

Dlatego też ― dziś nie będzie ambitnie. Nie będzie odkrywczo. Ale skoro mam już tego bloga, i ktoś tu może jeszcze czasem zagląda, to zamiast rozrzucać swoje trzyzdaniowe opinie po fanpage’u, po prostu zbiorę je tutaj. Czyli pokrótce przyjrzę się temu, co dobrego przyniosły seriale w październiku. A przynajmniej te nieliczne tytuły, które postanowiłam śledzić.

Co widziałam w październiku?

Downton Abbey

Downton Abbey (sezon 5, odcinki 1-6)

Nie wierzę, że to już piąty sezon. Byłam przekonana, że Julian Fellowes zakończy go po trzecim, góra czwartym sezonie. Tymczasem nie zanosi się nawet na to, by piąty miał być ostatnim. Od dwóch lat podsumowuję ten serial jednym zdaniem: „To moja ulubiona telenowela”. Nie da się ukryć, że z sezonu na sezon wątków typowo telenowelowych jest coraz więcej i więcej. Niechciane ciąże, zaginieni ukochani, tajemnice, które i tak prędzej czy później wyjdą na jaw, problemy z adoratorami. Brakuje już tylko amnezji. Nie zmienia to jednak faktu, że całość ogląda mi się tak cudownie przyjemnie, że regularnie rozpoczynam swój serialowy tydzień właśnie od tego tytułu. I proszę o więcej. Choć muszę też przyznać, że niektóre wątki szalenie mnie denerwują. Na pocieszenie ― postaci mamy na tyle dużo, ze te irytujące mają dla siebie raptem kilka minut w każdym tygodniu. Da się przeżyć.

Once Upon A Time

Once Upon A Time (sezon 4, odcinki 1-5)

Czyli sezon pod znakiem Frozen. Postacie z animacji Disneya przeniesiono na mały ekran wyjątkowo zgrabnie i uroczo, a aktorskie wersje Anny, Elsy i Kristoffa wypadają nad wyraz sympatycznie. Ale. Jak na razie zupełnie nie kupuję głównej złej sezonu, czyli tej ‘prawdziwej’ Królowej Śniegu, potężniejszej od Elsy. Gra ją co prawda Elizabeth Mitchell (kolejna osoba z dawnej obsady Lost w OUAT – checked), którą na ekranie bardzo lubię, ale mam wrażenie, że twórcom skończyły się motywacje dla czarnych charakterów najdalej po Piotrusiu Panie. Wątek główny tego sezonu nie wciągnął mnie jak na razie zupełnie. Serial oglądam jednak z przyjemnością, ponieważ przy tylu bohaterach każdy powinien znaleźć kogoś dla siebie. W moim przypadku niezmiennie jest to Rumpelstiltskin; jego wątek w tym sezonie zdaje się być powiązany… z „Fantazją”. A konkretniej jej najsłynniejszym fragmentem, czyli „Uczniem czarnoksiężnika”. Wiem, że wielu fanów jest sceptycznie nastawionych do tego pomysłu ― ale mnie się jak na razie podoba. Poza tym bardzo się cieszę, że scenarzyści nie poszli na łatwiznę i nie wepchnęli Reginy ponownie w ramy „tej złej”, a zamiast tego ukazują ją pełną rozterek, raz bliżej rozwiązań szlachetnych, raz bliżej nikczemnych. Czwarty sezon wciąż jednak wymaga pewnych udoskonaleń i mam nadzieję, że jego dalsza część okaże się lepsza.

Postanowiłam też ― wreszcie! po roku opóźnienia! ― nadrobić jednosezonowego spin-offa, Once Upon A Time in Wonderland. W planach wiecznie przekładanych miałam go od dłuższego czasu, ale wystarczyło, by w czwartym sezonie OUAT na pięć minut pojawił się na ekranie Will Scarlet/Knave of Hearts. I już wiedziałam, że muszę rzucić wszystko i obejrzeć OUATIW teraz-zaraz, gdzie Knave jest jedną z głównych postaci. O Wonderland postaram się jednak napisać kiedyś oddzielny tekst, gdy już skończę całość, tak więc dość już o nim. Ale bawię się przednio.

Gotham

Gotham (sezon 1, odcinki 1-6)

Och, mam taki duży problem z Gotham. Po pilocie nie narzekałam, nawet na te bijące po oczach zbyt liczne aluzje do Batmanowego uniwersum nie powiedziałam złego słowa. Chciałam kochać ten serial wraz z jego absurdami i nielogicznościami, upajając się klimatem samej wizji miasta, groteską, pewną oldschoolowością. Komiksy znam co prawda strasznie słabo, ale serialowe Gotham zdawało mi się właśnie takim idealnym miastem, gdzie za –naście lat pojawić by się mógł Batman. I wtedy dostałam w twarz proceduralem. Nudnym, nieangażującym proceduralem, przez który przez pół godziny odcinka zastanawiam się, czemu muszę to oglądać. Ale przez pozostałe dziesięć siedzę niczym urzeczona, obserwując poczynania drugoplanowych postaci z Pingwinem na czele. No bo Pingwin! Pingwin jest w tym serialu przecudowny! Zagrany i napisany w taki sposób, że gdy znika z ekranu, cały czas doskwiera mi jego brak. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest tak, że nie podobają mi się inni bohaterowie (no dobra, Barbara Kean jest niesłychanie irytująca, ale to jedyny wyjątek). To po prostu wątki kolejnych śledztw Gordona i Bullocka nie wciągają, a że wraz z kolejnymi odcinkami coraz mocniej oddalamy się od punktu startowego, czyli zabójstwa Wayne’ów, to i mnie coraz mniej zależy. Wciąż mam jednak nadzieję, że z czasem będzie lepiej, a finał powali mnie na kolana.

Sleepy Hollow

Sleepy Hollow (sezon 2, odcinki 1-6)

Miałam pewne wątpliwości, czy powracać do tej produkcji. Otóż, prawda jest taka, że fabuła tego serialu tak naprawdę nie bardzo mnie interesuje. Jego demoniczno-biblijna otoczka nie ma zbyt wiele sensu, a i ja nieszczególnie pilnie ją śledzę i gdyby ktoś zapytał mnie, co w ogólnym rozrachunku tak naprawdę próbują osiągnąć poszczególni bohaterowie ― mogłabym nie wiedzieć. Ale oglądam. Oglądam, gdyż uwielbiam relację Ichaboda Crane’a i Abby Mills, uwielbiam sposób, w jaki Tom Mison odgrywa swojego bohatera (ten akcent! ta maniera w głosie!) oraz dialogi, jakie piszą dla niego scenarzyści (te przecudne angielskie słowa, niewidywane na co dzień!; w dodatku często skonfrontowane z potoczną, współczesną angielszczyzną jego interlokutorów). Od drugiego sezonu bardzo lubię także nową postać, Nicka Hawleya, który przywodzi mi na myśl bardziej cwaną wariację Nathana Drake’a. I tak naprawdę to wystarczające powody, by Sleepy Hollow oglądać dalej. Choćby jako serial do kotleta.

Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D.

Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D. (sezon 2, odcinki 1-6)

O, nawet nie wiecie, jak wielkim zaskoczeniem jest dla mnie drugi sezon Agents of S.H.I.E.L.D. No dobra, może wiecie, gdyż nie po raz pierwszy wyrażam tę opinię. Ale mój szok jest tak ogromny, że po prostu nie mogę przestać! Nie pamiętam, kiedy ostatni raz serial, który oglądałam z obowiązku (wiecie, Marvel Universe, te sprawy), postanowił zmienić się w jedną z ulubionych i najbardziej wyczekiwanych produkcji tygodnia. Tu po prostu wydarzyło się coś niewiarygodnego! Na przykład ― znani bohaterowie stali się sensowni. Dobrze napisani. Ciekawi. Nieirytujący. Do tego dołożono nowych bohaterów. Również niedenerwujących. Owszem, niektórzy z nich nie dostali jak na razie wiele czasu ekranowego, ale to, co dostali, wykorzystali naprawdę dobrze. Inna jest także konstrukcja fabuły, która węzłami posuwa się do przodu, ale wygląda na to, że zmierza do jakiegoś punktu. Nie ma już bzdurnych spraw odcinka, pojawiają się za to wydarzenia, które łączą się ze sobą i do czegoś prowadzą. Co za ulga. Tak więc to jest chyba ten moment, kiedy mogę ― wreszcie! ― pozwolić sobie na nutę optymizmu. I przestać dziwić się za każdym razem, gdy kolejny odcinek nie jest fatalny i oglądam go z przyjemnością.

Arrow

Arrow (sezon 3, odcinki 1-4)

Ktoś powinien mnie kiedyś zapytać ― czemu w ogóle jeszcze oglądam ten serial, skoro konsekwentnie na niego narzekam. Byłoby to całkiem zasadne pytanie. Pierwszy sezon oglądałam dlatego, że zaczęłam; oraz z niedoboru seriali komiksowych w tamtym okresie. Drugi ― gdyż był lepszy niż pierwszy, a Slade Wilson okazał się całkiem niezłym głównym złym sezonu. Trzeci zaś oglądam dlatego, że do stałej obsady powrócił John Barrowman. Poza tym, cóż, chyba trochę przywykłam do niektórych wad tej produkcji. Choć nie wszystkich ― Laurel wciąż jest jedną z najbardziej denerwujących ekranowych postaci, jakie miałam okazje kiedykolwiek oglądać. Retrospekcje Olivera są zaś w tym sezonie słabsze niż kiedykolwiek i byłoby miło, gdyby serial przestał udawać, że kogokolwiek w ogóle obchodzi Queen w Hong Kongu. No dobra, mnie nie obchodzi ani trochę. Zdecydowanie wolę Arrowa śmigającego po dachach Starling City.

Spostrzeżenie dodatkowe ― im więcej osób wie o tożsamości superbohatera, nieważne, czy mowa o filmie, serialu czy komiksie, tym fajniej. Jakoś strasznie drażnią mnie wieczne tajemnice i robienie z postaci drugoplanowych idiotów. W Arrow na szczęście jest pod tym względem coraz lepiej, a i The Flash (o którym więcej poniżej) zaczął całkiem nieźle. Tak trzymać.

The Flash

The Flash (sezon 1, odcinki 1-4)

Nowy serial superbohaterski CW to takie skrzyżowanie jeża z wężem, w tym przypadku ― Arrow ze Spider-Manem. Luźniejsza konwencja to oczywisty plus, ale już powtarzane po raz n-ty ograne klisze, z „moja przyjaciółka, w której się podkochuję od zawsze, ma chłopaka, a jej ojciec dziwnym przypadkiem jest policjantem, który będzie ścigał tych samych przestępców co ja” na czele. Czy ja już to gdzieś widziałam? Zbyt wiele razy ― a w tym przypadku nie ma w tym ani oryginalnego szlifu, ani powalającego na kolana wykonania. W dodatku od posypanych cukrem i/lub patosem dialogów zbyt często zgrzytają zęby, choć gwoli sprawiedliwości muszę przyznać, że wraz z kolejnymi odcinkami zdaje się być lepiej niż w pilocie. Ostatni epizod, z gościnną wizytą Felicity, był chyba najlepszy z dotychczasowych czterech ― ponieważ w większym stopniu koncentrował się na postaciach niż na wtórnym śledztwie odcinka. Tak więc na razie jeszcze się z tym tytułem nie żegnam, ale niczego nie obiecuję.

Plus, tak trochę obok tematu, zawsze bawi mnie trochę fakt, gdy jeden serial, celowo lub nie, zatrudnia kilku członków obsady innego. O mojej ukochanej parze Lost ― OUAT już wspominałam. Arrow zatrudnia tych, którym skończyła się praca na planie Spartacusa. Z kolei The Flash postanowił przypomnieć nam o obsadzie Prison Break (w czym Arrow czasem również pomaga). A ja lubię widok znajomych twarzy!

Czego nie widziałam w październiku?

Constantine Reign Gracepoint

Constantine (sezon 1, odcinek 1)

Ja wiem, że pilot wyciekł dawno temu i wszyscy już go widzieli. A potem widzieli go jeszcze raz, w uaktualnionej wersji. A się wzbraniam. Jakoś zupełnie nie czuję tego bohatera. Nie żebym czytała jakieś komiksy ― ale większości innych również nie miałam w ręku i jakoś czułam się bardziej przekonana do ich serialowych adaptacji. Poza tym, w mojej wypchanej ramówce brakuje już miejsca na przeciętne produkcje. O ile więc nikt nie przekona mnie, że Constantine jest wybitny i naprawdę warto dać mu szansę, z oglądaniem, przynajmniej na razie, zamierzam się wstrzymać.

Reign (sezon 2, odcinki 1-5)

Pamiętam, że zanim serial ruszył, cieszyła mnie perspektywa kolejnego serialu historycznego, w dodatku osadzonego w jednym z moich ulubionych okresów. Sama postać Marii Stuart to także świetny materiał na protagonistkę. Oczywiście niczego takiego od CW nie dostałam, a Reign to raczej wariacja na temat The Vampire Diaries czy innej młodzieżowej produkcji z trójkątem miłosnym na pierwszym planie, tyle że ubrana w ładne kostiumy. Historyczność jest tu na poziomie ujemnym i albo się to kupuje, albo nie. Pierwszy sezon oglądałam głównie jako serial do puzzli (tak, bo widzicie ― kiedy układam puzzle, lubię, gdy w tle leci coś możliwie najmniej wymagającego), ale że aktualnie takowego nie potrzebuję, za drugi sezon nawet się nie zabrałam. I pewnie już się nie zabiorę.

Gracepoint (sezon 1, odcinki 2-5)

Okay, pierwszy odcinek widziałam. Pozostałe też planowałam, ale wciąż jeszcze się nie zmusiłam. Tak, nie zmusiłam. Widzicie ― Gracepoint to amerykański remake Broadchurch. Broadchurch nakręcili Brytyjczycy, raptem w zeszłym roku, a ja widziałam go tego lata. W głównej roli występował David Tennant mówiący ze szkockim akcentem. W Gracepoint w głównej roli występuje David Tennant mówiący z amerykańskim akcentem. Amerykański akcent nie ma tego uroku, co szkocki, ale to nie dlatego mam problem z Gracepoint. Mam problem, ponieważ wytężając umysł najmocniej, jak się da, nie pojmuję, po co Amerykanom remake nowego brytyjskiego serialu. W którym scena po scenie będą robić to samo, tylko gorzej. Ale twórcy zarzekali się, że wraz z kolejnymi odcinkami różnic będzie więcej, a nawet zakończenie wymyślili nowe. Może więc się zmuszę do oglądania. Czego się nie robi dla Davida Tennanta…

The Affair American Horror Story A to Z

The Affair (sezon 1, odcinki 1-3)

Ominęły mnie zapowiedzi tego serialu, ale gdy tylko się pojawił, zaczął zbierać tak dobre recenzje, że nie mogłam nie zwrócić na niego uwagi. Opinie zaufanych blogerów to jednak nie jedyny powód mojego zainteresowania ― drugim jest stacja Showtime, której już zawsze będę wdzięczna za genialne Masters of Sex. The Affair jest więc bardzo wysoko na liście moich serialowych priorytetów. Poczekam jednak na cały sezon, by zafundować sobie seans tych 10 odcinków jeden po drugim. Będą akurat na koniec grudnia, tak więc chyba już wiem, co muszę koniecznie zobaczyć podczas dni wolnych.

American Horror Story (sezon 4, odcinki 1-4)

Każdy sezon American Horror Story można oglądać niezależnie od poprzednich, jak słyszałam. Dlatego też planowałam zacząć od sezonu czwartego, który miał tak cudowne, klimatyczne plakaty, że mogłam wykrzyknąć tylko jedno: „Chcę!”. Ale potem do głosu doszło OCD i uznałam, że nie, że jednak obejrzę od pierwszego sezonu, zwłaszcza że sezony długie nie są. Tak więc w momencie, gdy tylko zwolni się jakieś miejsce w mojej ramówce czasu wolnego, na pewno upchnę tam AHS. Do sezonu czwartego kiedyś więc na pewno dotrę.

A to Z (sezon 1, odcinki 1-5)

Podobał mi się pomysł na serial (jak również tytuły odcinków rozpoczynające się od kolejnych liter alfabetu), podobała mi się obsada (czy ktokolwiek z widzów HIMYM nie pokochał Cristin Milioti od pierwszego wejrzenia?), ale zanim zdążyłam podjąć decyzję, czy na pewno chcę go oglądać i czy mam teraz na to czas ― został skasowany. Mogę więc odetchnąć z ulgą, że jednak nie zaczęłam, gdyż nie ma wielu bardziej frustrujących rzeczy, niż anulowanie serialu, który zdążyło się polubić. A tak, nie mam przynajmniej tego problemu. Żegnaj, A to Z.

***

Nie ukrywam, nie sądziłam, że aż tak się rozpiszę. A tu proszę, pięć stron! Teraz tylko muszę spróbować dokończyć któryś z mnóstwa rozgrzebanych tekstów, najlepiej szybciej niż za kolejny miesiąc. Well, we’ll see about that.

Co jednak ważniejsze ― koniecznie dajcie mi znać, co przegapiłam w świecie seriali. W tym sezonie wybitnie mało premier przyciągnęło mój wzrok, a przy większości produkcji powracających trzyma mnie wyłącznie sentyment albo jakiś jeden fajny element czy lubiany aktor. Jeśli więc chcecie polecić mi coś wyjątkowego ― śmiało! W przerwie zimowej powinno zwolnić mi się miejsce na jakieś dodatkowe tytuły.

I wody spadły na ziemię — „Noe”

Niedzielne popołudnie spędziłam z Noem. Zaczęło się od komiksu, skończyło na filmie. Jeśli moje zainteresowanie postacią biblijną wyda się któremuś ze znających mnie czytelników nieco dziwne ― przyznaję od razu, to wszystko wina Darrena Aronofsky’ego, reżysera i współscenarzysty filmu, a zarazem współautora komiksu. Do tej pory Aronofsky był dla mnie twórcą boleśnie opowiadającym o ludziach stopniowo pożeranych przez własną słabość, a każdorazowy seans „Requiem dla snu” czy „Czarnego łabędzia” przeżywałam bardzo mocno, w ciągłym napięciu, jednocześnie z pewną grozą obserwując te drobne rysy na ludzkiej psychice ― często rysy dziwnie znajome ― z wolna powiększające się, by ostatecznie doprowadzić jednostkę do zguby. Tego samego tonu spodziewałam się więc w tym przypadku ― bohatera targanego wątpliwościami, wewnętrznie skonfliktowanego, budzącego współczucie, ale i dziwnie znajomego. A dostałam… dostałam zaledwie próbę powiedzenia tego, ale niekoniecznie udaną.

noe-komiksy

Zacznijmy jednak od czterotomowej powieści graficznej, powstałej, jak głosi blurb, na podstawie pierwszego szkicu scenariusza napisanego przez Aronofsky’ego i jego wieloletniego współpracownika Ariego Handela, producenta „Źródła”, „Zapaśnika” i „Czarnego łabędzia”. Rysunkami zajął się kanadyjski artysta Niko Henrichon, którego znawcy komiksów kojarzą pewnie z oprawy graficznej „Lwów z Bagdadu”. Fabuła, co nikogo nie zaskoczy, koncentruje się na historii biblijnego potopu. Noego i jego rodzinę poznajemy na długie lata przed ulewnymi deszczami, w czasach suszy, kiedy jałowa ziemia, wyniszczona przez chciwość i niegodziwość ludzi, niemalże nie rodzi już owoców. Ród Noego, wywodzący się od Setha, najmłodszego z synów Adama i Ewy, pozostaje ostatnią ostoją dobroci ― ukazano go w kontrze do wszystkich pozostałych ludzi, potomków Kaina, zamieszkujących miasto Bab-ilim. Zepsucie trawiące tę społeczność objawia się na kartach komiksu przede wszystkim brakiem szacunku wobec zwierząt i ojczystej planety (a więc darów od Boga), jedzeniem mięsa, polowaniem i niewiarą w miłosierdzie Stwórcy, który skazał ich na życie w okrutnych warunkach. Karą za to, co uczynili Ziemi, ma być potop ― ukazujący się Noemu w snach i wizjach.

Fabuła podąża powszechnie znanymi torami, ale uzupełnia ją kilka autorskich pomysłów. Najciekawszym jest obecność sześciorękich gigantów, Strażników, którzy niegdyś zstąpili na Ziemię, by ulitować się nad losem ludzi wygnanych z Edenu, narażając się przez to Boży gniew i utratę skrzydeł, potem zaś zostali przez człowieka zniewoleni i w większości zgładzeni. Wątek Strażników dużo lepiej został ukazany w komiksie; w filmie zarówno strona fabularna, jak i wizualna, bardzo mnie rozczarowały ― wielkie kamienne postaci, na dodatek eksplodujące niczym u Baya czy Emmericha, zdecydowanie nie są tym, czego oczekiwałam po lekturze powieści graficznej, koncentrującej się raczej na wątpliwościach tych istot i ich trudnych losach, a nie przydatności bojowej.

noe1

Skoro zaś przy rysunkach jesteśmy ― oprawa graficzna na od pierwszej chwili bardzo przypadła mi do gustu, głównie z uwagi na paletę barw, krajobrazy i dość duże kadry. Zwłaszcza te zajmujące całą stronę (a niekiedy i dwie) prezentują się imponująco. Wspaniałe są choćby sceny, gdy poszczególne gromady zwierząt zdążają na arkę. Duże wrażenie robią też kadry opowiadające historię stworzenia świata, zstąpienia Strażników na Ziemię czy też katastroficzny potop i ukazanie ulewnych deszczów. Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, do byłyby to sylwetki ludzi ― niekiedy na zbliżeniach wydają się nienaturalne, z kolei mimika często jest albo nieobecna, albo wyjątkowo koślawa. Do tego część twarzy ― postaci kobiecych i młodych mężczyzn ― wygląda właściwie identycznie i różnią je jedynie fryzury. Koniec końców jednak na rysunki patrzyło mi się przyjemnie, a ładne kadry zdecydowanie przeważały nad tymi mniej udanymi.

Szkoda, że film nie powtórzył komiksowej estetyki. Mamy tu zupełnie inne barwy, choćby dużo żywych zieleni (piękne skądinąd krajobrazy Islandii), nieobecnych właściwie na kartach powieści graficznej, czy wspomniany kuriozalny wygląd gigantów. Przekonują jedynie sceny pojawienia się par zwierząt na arce, ale trwają raptem kilka chwil. Samym zdjęciom nie mam nic do zarzucenia ― odpowiadał za nie Matthew Libatique, który pracował przy większości filmów Aronofsky’ego ― ale zupełnie nie tego oczekiwałam po lekturze pierwowzoru, zwłaszcza w czasach, gdy ekranizacje komiksów lubią rozpieszczać czytelników kadrami przeniesionymi wprost z tomów, czy choćby umiejętnym odtworzeniem tego samego klimatu w adaptacji.

noe2

Porzućmy jednak wizualia, skupmy się na postaciach. To zresztą mój największy problem tak w przypadku filmu (w większej mierze), jak i komiksu. Noe, nasz protagonista, w filmie z twarzą Russella Crowe’a, to człowiek owładnięty wizją wypełniania boskiej misji, aż do granic szaleństwa. Mam nadzieję, że nie będzie to spoiler, jeśli zdradzę, iż w wersji Aronofsky’ego Noe ma za zadanie ocalić przed zagładą wyłącznie zwierzęta. Choć początkowo planuje zapewnić ciągłość także gatunkowi ludzkiemu, znaleźć żony dla synów i zabrać godnych tego ludzi z rodu Kaina, to na widok niegodziwości w Bab-ilim zmienia zdanie i stwierdza, że wolą Boga jest ocalenie z kataklizmu wyłącznie ziemskiej fauny. Prowadzi to do konfliktu z bliskimi, zwłaszcza środkowym synem Chamem, którzy są przeciwnego zdania.

Patrząc z perspektywy wartości wyznawanych przez bohatera, Noe parokrotnie staje przed niezwykle trudnymi wyborami ― decyduje nie tylko o losie anonimowych tysięcy, lecz także o życiu swoich najbliższych, jednocześnie przez cały czas będąc przekonanym o ważkiej roli, jaką powierzył mu Bóg i nie kwestionując poleceń Stwórcy (czy też swojej interpretacji tychże). Dla reżysera było to ogromne pole do popisu, otwierało przed nim możliwość ukazania jednostki muszącej wybierać mniejsze zło, ale pozostało zupełnie niewykorzystane. Filmowy Noe jest nawiedzonym bucem ― bo tak; scenarzyści nie usiłują nawet bronić jego racji, pokazać go w pozytywnym świetle, a to, co na swoją obronę ma do powiedzenia sama postać, jest całkowicie nieprzekonujące. Ale nawet takie podejście dałoby się obronić; gdyby tak fabuła poszła o krok dalej i ostatecznie miast czynić z Noego natchnionego proroka zaoferowała nam po prostu fanatyka, ekoterrorystę i szaleńca, do którego tak naprawdę nie przemawia żadne bóstwo… Niestety, o takim obrazoburstwie w mainstreamowym kinie można sobie tylko pomarzyć.

noe3

Aktorom w tym filmie po prostu nie chce się grać. W tym niegraniu najlepiej mimo wszystko wypada Russell Crowe, w którym można dopatrzeć się jego poprzednich kreacji, z „Gladiatorem” na czele; patrzenie na pozostałych sprawia więcej bólu niż przyjemności. Jennifer Connelly jako żona protagonisty jest nieznośnie pretensjonalna, zaś wcielająca się w przybraną córkę Noego Emma Watson razi groteskową, przerysowaną mimiką. Logan Lerman (Cham, teoretycznie ten najciekawszy z synów; pozostali dwaj w filmie przemykają gdzieś w tle, ale ze scenariusza najwyraźniej ich wykreślono) na ekranie po prostu jest, ale ogranicza się głównie do wytrzeszczania oczu. Znając tę dwójkę z innych ról, aż trudno w to uwierzyć, zwłaszcza gdy w pamięci mam choćby ich występ w „Charliem”. Ani aktorom, ani postaciom nie pomagają proste, łopatologiczne dialogi. To, co nieźle sprawdzało się w komiksowych dymkach, na dużym ekranie niekoniecznie ma rację bytu.

Wyjątkowo narzekam, pora więc na kilka cieplejszych słów na koniec. Czy raczej o sugestię, by się moimi utyskiwaniami nie w pełni przejmować. Komiks jest tak naprawdę całkiem niezły ― głównie z uwagi na budowanie klimatu, kolorystykę czy niektóre kadry ― i szczerze wierzę, że warto dać mu szansę. Gorzej w przypadku filmu; zekranizowany „Noe: Wybrany przez Boga” nie sprostał moim oczekiwaniom, zwłaszcza w warstwie psychologicznej. Tym większe rozczarowanie, że dotyczy jednego z moich ulubionych reżyserów/scenarzystów. Nawet muzyka Clinta Mansella wyjątkowo nie zapadała w pamięć ― co stwierdzam po raz pierwszy w przypadku ścieżki dźwiękowej autorstwa brytyjskiego kompozytora. Umówmy się więc tak: sięgniecie po pierwszy tom komiksu Aronofsky’ego, Handela i Henrichona — a potem zdecydujecie, co robić dalej. Tak żeby nie było na mnie.

Noe: Wybrany przez Boga

PS Ten film miał też wersję z polskim dubbingiem! Tak, nie pytajcie…

  • Tytuł: Noe (Noah), tomy 1-4
  • Autor: Darren Aronofsky, Ari Handel (scenariusz), Niko Henrichon (rysunki)
  • Wydawnictwo: Sine Qua Non
  • Rok wydania: 2013-2014
  • Liczba stron: 192
  • ISBN: 978-83-7924-080-7; 978-83-7924-122-4; 978-83-7924-151-4; 978-83-7924-174-3
  • Tytuł: Noe: Wybrany przez Boga (Noah)
  • Reżyseria: Darren Aronofsky
  • Scenariusz: Darren Aronofsky, Ari Handel
  • W rolach głównych: Russell Crowe, Jennifer Connelly, Emma Watson, Logan Lerman, Ray Winstone
  • Rok produkcji: 2014
  • Czas trwania: 2 godz. 18 min.

Źródło komiksowych kadrów: materiały promocyjne Wydawnictwa Sine Qua Non.

Kulturalna prokrastynacja

Porozmawiajmy dziś o zwyczajach związanych z konsumowaniem kultury — czy może raczej o jednym z nich, z tej prostej przyczyny, że jestem w stanie wyodrębnić i opisać u siebie zbyt wiele dziwnych zachowań, by dało się im przyglądać jednocześnie bez popadania w zbytni chaos. Wszystko w swoim czasie. Na początek postanowiłam więc zgłębić coś, co określam mianem kulturalnej prokrastynacji.

O co w ogóle chodzi? O ten dziwny stan odwlekania czy to czytania, czy to oglądania (czy to grania) z przyczyn wszelakich, niezwiązanych jednak z jakością samego dzieła. To byłoby zresztą całkiem logiczne wytłumaczenie zwłoki, a mnie tymczasem chodzi o powody nie tak oczywiste czy proste do wyjaśnienia. Albo i wręcz niewyjaśnialne.

Tak dobre, że musi poczekać

Znacie to? Dotyczy szczególnie seriali czy też cykli filmowych, growych bądź książkowych. W najprostszej swej postaci sprowadza się do sytuacji, kiedy zaczynamy się z czymś zapoznawać, po czym doświadczamy efektu WOW. Jakie to świetne! Genialne wręcz! Dawno (a może nawet nigdy?) nie widziałam niczego równie wciągającego/oryginalnego/wyśmienitego. Tymczasem wszystko ma swój koniec. Nieważne, że książka składa się z dziesięciu tomów, serial z ośmiu sezonów, a gra ma pięć kolejnych sequeli. Nieważne, że kolejne odsłony wciąż tworzone są na bieżąco — kiedyś jednak przyjdzie taki moment, że ich nie będzie! Skończą się, czy to definitywnie, czy choćby na pewien czas, by powrócić dopiero po dłuższej przerwie.

Zaczynam więc zwalniać tempo konsumpcji, mniej lub bardziej świadomie. Nie rzucam się od razu na kolejne części czy odcinki. Idealnym przykładem tej mojej absurdalnej prokrastynacji jest oglądanie Doctora Who — serialu zdawałoby się tak długiego i nieskończonego, że nijak nie powinnam obawiać się, że zaraz mi go zabraknie. Tymczasem od ponad pół roku tkwię niemalże w tym samym punkcie, czyli pierwszej połowie trzeciego sezonu. I to nie jest tak, że w ogóle się na jakiś czas od serialu odcinam. O nie, wręcz krążę wokół niego, wypełniając ten czas odwlekania materiałami powiązanymi. Zaczęło się od oglądania dodatków z blu-rayowego wydania, a że jest ich tam mnóstwo, to wciąż zostało mi jeszcze kilka epizodów DW: Confidential dotyczących drugiego sezonu do nadrobienia (to taki cykl odcinków specjalnych towarzyszących odcinkom zwykłym, składający się z różnorakich making of, materiałów zza kulis czy wypowiedzi twórców). Potem stwierdziłam, że nie uchodzi nie oglądać równolegle także spin-offów – tym sposobem rozgrzebałam dodatkowo pierwszy sezon Torchwood (nie mam pojęcia, czemu kilka osób mnie przed tym serialem ostrzegało; to oczywiście nie to samo co DW, ale frajdę z oglądania jak najbardziej odczuwam). Jeśli zaś dany serial, który pragniemy sobie odwlec w czasie, akurat nie ma spin-offów ani dodatków, zawsze zostaje opcja powtarzania fragmentów, które już znamy. Tym sposobem dwukrotnie widziałam już dwugodzinny finał drugiego sezonu, a i do niektórych innych epizodów z pewnością powrócę. Nie ma w tym zbyt wiele sensu, prawda? Chyba lepiej — a przynajmniej logiczniej — byłoby obejrzeć wreszcie dostępną całość, a dopiero potem zabrać się za ewentualne powtórki.

Innym przykładem takiej prokrastynacji, uprawianej przeze mnie już dobre trzy lata, jak nie dłużej, jest seria gier Uncharted. Chwilowo istnieją jedynie trzy części, ja przeszłam całą pierwszą i ponad pół drugiej. Tymczasem już wiadomo, że część czwarta jako jeden z flagowych tytułów Sony trafi jedynie na PS4, którego w najbliższym czasie raczej nie planuję kupować. Siłą rzeczy muszę więc dawkować sobie to, co mam, w czym pomaga mi też fakt, że mimo dość długich przerw w graniu nie mam nigdy problemów, by do Uncharted wrócić. W przypadku innych gier często to tak nie działa, bo albo nie pamiętam, co się działo, albo nie mogę przyzwyczaić się do sterowania, albo mam ochotę zacząć od początku, zamiast iść dalej. A tu po prostu odpalam ostatniego save’a i zaczynam grać, bez problemu odtwarzając sobie w głowie to, co działo się wcześniej. Gdyby nie ten dziwny zbieg okoliczności, pewnie skończyłabym drugą część już dawno temu, z obawy przed własną sklerozą.

Oczywiście można by na to wszystko odpowiedzieć — no tak, ale jest tyle świetnych dzieł do poznania, że nie ma potrzeby martwić się na zapasem faktem, iż skończy nam się gra X, a serial Y nie otrzyma zamówienia na kolejny sezon, ponieważ na ich miejsce wskoczą bez problemu dziesiątki innych tytułów, w tym, kto wie, może i jakiś równie dobry (albo lepszy)? Pełna zgoda. Ba, sama to często powtarzam innym i najczęściej również przyjmuję ten sposób rozumowania. W kilku wyjątkowych przypadkach racjonalność mnie jednak zawodzi i nie umiem się z tego wytłumaczyć nawet przed sobą, a co dopiero przed innymi.

W oczekiwaniu na całość

Nie wiem, czy to nie moja największa zmora – o tyle inna od pierwszej, że dotyczy pozycji, których nie zaczęłam jeszcze poznawać, ale jak najbardziej spotkanie z nimi planuję. Kiedyś, w dalekiej przyszłości. Często są to dzieła mające spore szanse, by mi się spodobać, i to na tyle, że czekanie na ciąg dalszy nie byłoby dla mnie niczym prostym i przyjemnym. Dobrze pamiętam, jaką udręką stanowiło oglądanie niektórych seriali na bieżąco, by ostatecznie skończyły się sześć lat później, niż zaczynałam z nimi przygodę. O książkowych cyklach ciągnących się przez dekady nie wspominając. To oczywiście wina mojego braku cierpliwości i niechęci do czekania — jak kiedyś wspominałam, należę do tych niecierpliwców, którym trudno wysiedzieć przez godzinę, jeśli muszą czekać na coś, czego wyjątkowo pragną. Lepiej nie wspominać więc o miesiącach czy latach!

Idealnym przykładem takiej prokrastynacji jest dla mnie powieściowy cykl George’a R.R. Martina (a przy okazji także serial HBO). Nie zliczę, ile już osób polecało mi Grę o tron albo dopytywało, czemu jeszcze jej nie czytałam, przecież „to czytają wszyscy”. Wytłumaczenie jest proste – perspektywa czekania kilku (albo i kilkunastu) lat na zakończenie wciągającej historii skutecznie mnie odstrasza. Chcę mieć pod ręką całość, bym to ja mogła decydować o tym, w jakim tempie będę się z dziełem zapoznawać, biorąc pod uwagę przeróżne czynniki. A jeśli wtedy to ja postanowię zwlekać — trudno, moje prawo.

Zresztą, kultura nie zając, nie ucieknie. Książki nie znikną z półek (może wręcz doczekają się kolejnych, ładniejszych wydań?), a serial z nośników. Wraz z latami nie staną się też gorsze czy mniej warte uwagi – a jeśli jednak jakimś trafem to nastąpi (historia zna już wiele przypadków, gdy części końcowe nie dorastały do początkowych), to może i lepiej w ogóle jakiejś serii nie zaczynać, niż potem się z nią rozstawać albo przeżyć rozczarowanie? Ale istnieje też gorsza strona zwlekania, szczególnie w przypadkach pozycji niezwykle popularnych w danej chwili. Omija mnie wtedy bieżący dyskurs, który zawsze jest czymś ciekawym; nie spekuluję nad dalszymi losami bohaterów, nie emocjonuję się odcinkami serialu na bieżąco, a często wręcz muszę unikać niektórych dyskusji czy zakątków sieci, by nie nadziać się na nisko latające spoilery. To cena, którą trzeba zapłacić. Czy warto? Jeszcze nie wiem, ale jeśli dojdę już do jakichś wniosków, nie omieszkam się nimi podzielić.

Tak znane, że może jeszcze poczekać

Jako że o swoich listach wstydu cały czas planuję napisać osobny wpis, dziś tylko napomknę o ich związku z kulturalną prokrastynacją, co będzie zarazem wytłumaczeniem faktu ich dość powolnego zmniejszania się. Konsumpcja kultury to rzecz jasna wieczne wybory – czasu jest niewiele, trzeba więc nieustannie podejmować trudne decyzje. Jeśli nie mam ochoty na żaden konkretny tytuł, staję często przed wyborem: coś bieżącego, dopiero co wydanego, czy może godny nadrobienia klasyk. I zadziwiająco często wygrywa coś nowego, zwłaszcza gdy mowa o pojedynczych tytułach, zamkniętych całościach. Powód jest prosty – skoro i tak to kultowe, uznane dzieło czeka już na mnie kilka lat czy dekad, może poczekać jeszcze trochę. A tak przynajmniej będę na bieżąco z tym, o czym teraz najwięcej się mówi czy pisze. Oczywiście w świecie idealnym dawałbym radę zachowywać zdrową równowagę między jednymi a drugimi przypadkami – i przyznaję, że staram się jak mogę, ale ostatecznie pokonuje mnie deficyt czasu.

Dlatego też mam ogromną kinematograficzną lukę obejmującą lata 80. czy 90. Dlatego nie czytałam klasyki fantastyki. Dlatego większość oglądanych przeze mnie seriali to produkcje z ostatnich dziesięciu lat. Kultury jest po prostu tak dużo, że pogodzenie starego i nowego nie należy do zadań łatwych. Ale z tych trzech różnych prokrastynacji to ta ostatnia jest tą, z którą planuję najaktywniej walczyć.

A jak to jest u Was?

Wyspowiadałam się, teraz pora na Was – czy to, co napisałam, ma dla Was jakikolwiek sens? Możecie się pod czymkolwiek podpisać? A może moje konsumpcyjne dylematy są Wam zupełnie obce? Sama nie wiem, która opcja zdziwiłaby mnie bardziej. ;)

O moich geekowskich korzeniach, czyli gościnny występ w Myszmaszu

Pamiętacie moją wizytę w podcaście Kapryfolium? Pisałam wówczas, że pierwszą przygodę z nagrywaniem wspominam szalenie dobrze. Ba, nawet późniejsze odsłuchiwanie własnego głosu zniosłam lepiej, niż śmiałam przypuszczać. Bycie podcastowym gościem okazało się na tyle wspaniałym doświadczeniem, że nie zastanawiałam się ani minuty, kiedy dostałam propozycję udziału w Myszmaszu – a dodajmy, że było to bardzo spontaniczne „nagrywamy za dwie godziny, chcesz wpaść?”.

Myszmasz

Aby myszmaszowej tradycji stało się zadość, najpierw opowiadam o swoich geekowskich korzeniach i przebytej drodze w świecie fantastyki, która doprowadziła mnie do obecnego punktu. Zdradzam także, co ze świata popkultury zabrałabym ze sobą na bezludną wyspę. Potem przechodzimy do omawiania ostatnio pochłoniętych książek bądź filmów, a na koniec relacjonujemy konwent Avangarda znacznie szerzej, niż ja zrobiłam to we wczorajszym wpisie. Oto pełen rozkład jazdy:

00:01:35 – geekowskie korzenie Oceansoul
00:15:00 – „Składany nóż” i „Młot” – powieści K.J. Parker
00:23:15 – cykl „Temeraire” Naomi Novik
00:33:50 – film „Mad Max: pod Kopułą Gromu”
00:40:33 – film „Epicentrum”
00:51:30 – podsumowanie Avangardy 9 [wrażenia ogólne i konkursy]
01:05:35 – podsumowanie Avangardy 9 [prelekcje]
01:14:55 – podsumowanie Avangardy 9 [LARPy]
(o książkach i filmach mówimy bezspoilerowo, więc nie ma się czego bać)

Jeśli macie ochotę przesłuchać odcinek – a gorąco do tego zachęcam – kliknijcie w ten oto link, by przejść na stronę podcastu. Czekam na Wasze wrażenia w komentarzach tutaj bądź na Myszmaszu, koniecznie dajcie znać! Zachęcam Was też do regularnego słuchania kolejnych audycji, a także do odwiedzania bloga Myszy, jeśli jakimś cudem jeszcze go nie czytacie. Miłego popkulturalnego wieczoru!

Avangarda 2014 ― czyli dlaczego warto chodzić na konwenty

Próbowałam sobie dzisiaj przypomnieć, czy zdarzyło mi się już pisać relację z obecności na konwencie. Zaliczyłam ich w życiu trochę, w tym dwa Polcony (łódzki i warszawski), Copernicon, dwie Avangardy, Zjavę… I może jeszcze jakiś, o którym w tej chwili nie pamiętam. Tymczasem po tych wszystkich wypadach śladu na blogu właściwie nie ma. Pisałam rzecz jasna o zeszłorocznej Nidzicy, ale Nidzica to ze wszystkich zjazdów jednoczących fantastów zdecydowanie zlot najmniej typowy i odbiegający od pozostałych. W tym roku dla odmiany napiszę więc o Avangardzie, konkretnie o jej 9. edycji. Edycji zdecydowanie kameralnej, ale wartej uwagi i czyniącej mój weekend absolutnie rewelacyjnym.

1. Odwrotność kolejkonu.

Jeśli pamiętacie narzekania na zeszłoroczny Polcon organizowany przez stowarzyszenie Avangarda i z tego powodu zraziliście się do warszawskich konwentów ― była to decyzja zbyt rychła. Tegoroczna Avangarda pod względem frekwencji była odwrotnością masowych spędów pokroju Polconów czy Pyrkonów, co dało się zauważyć szczególnie w czwartek, kiedy to w kolejce do akredytacji nie spędziłam ani jednej minuty. Z tego powodu ubolewali z całą pewnością wystawcy oraz niektórzy twórcy programu, liczący na znacznie większą falę kupujących czy słuchaczy. Za wszystkich konwentowiczów nie wypada mi się oczywiście wypowiadać, ale mnie dużo bardziej cieszy taka sytuacja niż jej odwrotność ― lubię spotkania kameralne, na których nie trzeba przebijać się przez tłum, szczególnie w letnich upalnych porach, a na wybraną prelekcję można po prostu pójść bez konieczności koczowania wcześniej pod salą (jak miało to miejsce m.in. na zeszłorocznym Polconie)

2. Naukowo, nawet bardzo.

Od zeszłego roku, jeśli mnie pamięć nie myli, czyli od zmiany miejsca całego wydarzenia z kampusu SGGW na kampus Politechniki, oprócz prelekcji tradycyjnych podczas konwentu organizowane są też prelekcje w bloku naukowym (a wstęp na nie jest całkowicie darmowy). Cieszy mnie bardzo ten stan rzeczy, gdyż mam w sobie coś, co określić mogę jako ogólne zamiłowanie do wiedzy, także z tych dziedzin, które są mi dość obce. Podczas każdego konwentu próbuję więc jak najbardziej skorzystać na obecności znawców różnych tematów. Prym wiedzie rzecz jasna literatura, o której wciąż wiem o wiele mniej niż bym chciała (choć z roku na rok, miejmy nadzieję, mimo wszystko coraz więcej). W tym roku postawiłam m.in. na prelekcje o dystopiach, gotycyzmie, metafizyce darwinowskiej w science fiction, popkulturowym wizerunku królowej Wiktorii czy płynnych granicach między literaturą fantastyczną a głównonurtową. Wychodziłam umiarkowanie zadowolona bądź całkiem usatysfakcjonowana, co poczytuję konwentowi za plus.

3. Konkursy tak bardzo towarzyskie.

Może zaskoczę teraz niektórych z Was, ale na tegorocznej Avangardzie pierwszy raz zdarzyło mi się wziąć udział w konkursie. Pierwszy ― i nie ostatni, taką mam nadzieję. Konkursem, który skłonił mnie do spróbowania się w tej konwentowej formie spędzania wolnego czasu, był Disney Challenge organizowany przez Myszę z bloga Mysza Movie. Co może być dość nietypowe, na konkurs szłam przede wszystkim nie po to, by oddać się rywalizacji, a w celach towarzyskich, by poznać Myszę i resztę ekipy podcastu Myszmasz. Cel mogę chyba uznać za zrealizowany w stu jeden procentach. Sam konkurs okazał się zaś świetną zabawą w gronie osób, które nie patrzą na ciebie dziwnie, gdy śpiewasz kolejne piosenki z disneyowskich animacji i to w dwóch wersjach językowych na przemian, co niezwykle doceniam, gdyż takie spotkania nie zdarzają się codziennie, przynajmniej w moim świecie. No i hej, zajęłam drugie miejsce!

4. Fanty!

O dziwo, tym razem obyło się bez wielkiego polowania na autografy ― z przyczyn prozaicznych, czyli braku obecności autorów, od których podpisu jeszcze nie mam. Jedyny wyjątek to dedykacja wewnątrz „Pokoju światów” Pawła Majki, czyli debiutanckiej pozycji nowo powstałego wydawnictwa Genius Creations, które zainteresowało mnie swoją ofertą i filozofią wydawniczą. Z pewnością będę im kibicować i śledzić ich dalsze losy. Dwie inne duże zdobycze ― „Sto dni bez słońca” Wita Szostaka oraz „Aryskotraci” na DVD to efekt wspomnianego wyżej konkursu disneyowskiego, a dokładniej wydanie konwentowej waluty na kolejną pozycję z Kontrapunktów oraz nagroda wręczona przez Myszę.

Nie da się ukryć, że jak na moje możliwości są to zdobycze wyjątkowo skromne, a wszyscy spodziewali się pewnie, że przytacham do domu kolejne dzikie kilogramy książek, ale niestety coraz bardziej we znaki daje mi się ograniczona pojemność półek i regałów. Takie to ciężkie jest życie geeka-zakupoholika!

Avangarda 2014

Jeśli miałabym podsumować cztery dni spędzone na Avangardzie, to mogłabym powiedzieć tylko jedno ― było warto, do tego stopnia, że najprawdopodobniej nie będzie to mój ostatni konwent tego sezonu (na co zapowiadało się choćby jeszcze tydzień wcześniej). Zderzenie z codziennością, które niechybnie nastąpi jutro z rana, pewnikiem okaże się trudne, szczególnie gdy o siódmej rano zadzwoni budzik, ale to tradycyjna cena za dobrą zabawę, czyż nie? Dobrze jednak przypomnieć sobie, że gdzieś tam (i czasem jest to całkiem bliskie gdzieś tam) żyje sporo osób podzielających moje zamiłowania, z którymi porozumienie przychodzi bez najmniejszego trudu. I z tą myślą dziś Was zostawiam.

Gdzie się podziały tamte dystopie…

Oto próba zrozumienia przeze mnie kolejnej mody w kulturze zakończyła się niepowodzeniem. Po romansach z wampirami, wilkołakami i innym paranormalnym tałatajstwem w segmencie YA przyszedł boom na dystopie, a de facto na pozbawione sensu konstrukty polityczne i bohaterki nieco bardziej skore do działań, gdy los rzuci je w centrum wydarzeń, niż panny wzdychające do istot z kłami, ale niewiele mniej denerwujące. Wydaje się to jakimś niewielkim krokiem naprzód… Czy na pewno? Tak naprawdę powinno być mi absolutnie wszystko jedno, gdyż najwyraźniej po prostu nie jestem targetem tego typu opowiastek, ale nie potrafię nie odczuwać smutku, gdy na Goodreads, z którego rekomendacji zdarzało mi się niekiedy korzystać, „Igrzyska śmierci” czy „Niezgodna” wygrywają w cuglach z „Rokiem 1984” Orwella, „Nowym wspaniałym światem” Huxleya czy „451° Fahrenheita” Bradbury’ego w głosowaniu na najlepszą powieść dystopijną.

Choć z doświadczenia wiem, że z wszelakimi modami jest mi z reguły nie po drodze, chęć śledzenia głośnych tematów wciąż wygrywa. Odkąd rok temu z trudem uporałam się z prozą Suzanne Collins mam już jednak nauczkę, by po tego typu książki nawet nie sięgać, niezależnie od tego, ile zachwytów u innych mogą wzbudzać. Do filmów podchodzę jednak nieco inaczej, z dwóch powodów. Pierwszym jest wyeliminowanie tego, co w powieściach z reguły najbardziej kuleje, czyli denerwującej pierwszoosobowej narracji, kiepskiego stylu i miłosnych rozterek wypełniających rozmyślania postaci, przez co stają się zdecydowane bardziej strawne. Drugim ― atrakcyjna strona wizualna i obecność mile widzianych twarzy na ekranie. Dlatego też obejrzałam „Niezgodną” („Divergent”) ― ekranizację pierwszego tomu serii Veroniki Roth, który to cykl, jak mogę stwierdzić po seansie, zgodziłabym się przeczytać jedynie na torturach.

Film oglądało się tym przyjemniej, im bardziej wyłączyło się mózg i skoncentrowało wyłącznie na ładnych obrazkach. Przemykał przed oczami bez bólu, ale to właściwie tyle dobrego, ile mogę na jego temat powiedzieć. Nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic przeciwko czystej rozrywce czy kinu popcornowemu ― czy na tym jednak mają polegać współczesne dystopie? Zawsze wydawało mi się, że jednym z zadań tego nurtu było właśnie skłanianie do myślenia, zadawanie trafnych pytań, diagnozowanie kondycji społeczeństwa czy krytyka polityczna. Tymczasem podstawy, na których oparto konstrukcję świata przedstawionego w rzeczonej „Niezgodnej”, są tak bardzo pozbawione sensu, iż nie próbują nawet zatuszować faktu, że stanowią jedynie pretekst ku temu, by kolejna ładna i nieco zagubiona nastolatka mogła dołączyć do grupy buntowników w fajnych ciuchach i znaleźć sobie chłopaka. Fabuła składa się ze wszystkich możliwych klisz, jakie tylko udało się w nią wkomponować, a każdą z pojawiających się na ekranie postaci można by opisać jedną cechą charakteru, w porywach dwoma. Całość trafnie i zwięźle podsumowuje Screen Junkies, zobaczcie sami:

Jak wyczytałam w internecie, brak dokładnych granic wyznaczających wiek owych „młodych dorosłych”, do których adresowane są kolejne płytkie bestsellery, czy to filmowe, czy książkowe, ale ponoć można przyjąć, że są to osoby między 16. a 21. rokiem życia. Podejrzewam, że nawet w wieku lat szesnastu miałabym problem, by łykać z zachwytem tego typu twory i cieszę się, że miałam szansę wzrastać na prawdziwych dystopiach, niebędących w istocie zakamuflowanymi marzeniami nieszczęśliwie zakochanych nastolatek. A przecież istnieją mądre i dobre jakościowo dzieła kultury skierowane do młodego odbiorcy! Kiedyś były to choćby „Buszujący w zbożu” czy „Władca much”, a z nowszych propozycji ― np. „The Perks of Being a Wallflower” (u nas jako „Charlie”). Ale moda to moda ― rządzi się swoimi niezrozumiałymi prawami i jedyne co można zrobić, to trzymać się z daleka, czekając, aż minie.

Robot Ex Machina — „Roboty i Imperium”, Isaac Asimov

„Roboty i Imperium”, Isaac AsimovOstatni tom tetralogii o robotach dzieli od pierwszego trzydzieści jeden lat. Jest to różnica widoczna zarówno w stylu Asimova, teraz bardziej rozbudowanym i opisowym, jak i ― przede wszystkim ― w treści. W przypadku „Robotów i Imperium” nie mamy już do czynienia z wysuniętym na pierwszy plan śledztwem; zamiast tego pisarz rozwinął temat zarysowany w trzeciej części, „Robotach z planety świtu” ― kwestię kolonizacji Galaktyki w dwóch konkurencyjnych wizjach, Ziemian i Przestrzeńców.

To nie koniec różnic. W poprzednich powieściach Asimov koncentrował się na przedstawianiu społeczeństw zamieszkiwanych przez ludzi i roboty, różniących się od siebie pod względem liczebności obu grup i wzajemnych proporcji. Ziemia, Solaria i Aurora wizualizowały zarazem koncepcje różnych dróg, jakimi zgodnie z wyobrażeniami autora mogłaby podążyć ludzkość, której udało się rozwinąć robotykę. Tymczasem w innych flagowych cyklach pisarza, „Fundacji” i „Imperium Galaktycznym”, sytuacja we wszechświecie rysuje się zupełnie inaczej. Jak doszło do tego, że Ziemianie podbili setki tysięcy planet, a roboty we wszechświecie straciły na znaczeniu i spadły do roli mniejszość? Odpowiedzi na te pytania udzielić miały „Roboty i Imperium” ― tom stanowiący spoiwo łączące wszystkie trzy serie w całość.

Tym razem powieść Asimova wypada znacznie lepiej w skali makro niż mikro. Przemiany społeczne czy polityczne to najmocniejszy punkt „Robotów i Imperium”, ciekawszy od perypetii Gladii Delmarre, która ku rozczarowaniu fanów Elijaha Baleya zastąpiła detektywa na stanowisku głównego ludzkiego bohatera. Ziemianin nie żyje od blisko dwóch wieków, a jego obecność na kartach książki objawia się jedynie za pośrednictwem wspomnień innych postaci. U boku Gladii, znanej czytelnikom z „Nagiego słońca” i „Robotów z planety świtu”, nie zabrakło słynnych robotów ― Daneela Olivawa i Giskarda Reventlova. Z uwagi na zmianę punktów nacisku fabuła tomu nie koncentruje się na kryminalnej zagadce, a na politycznej intrydze, w którą zamieszane są władze Aurory, z Keldenem Amadiro na czele, oraz D.G. Baley, potomek Elijaha w siódmym pokoleniu, jeden z nowych osadników.

Prawdziwą rewolucją, ważniejszą nawet od zmiany losów ludzkości, Galaktyki czy przyszłego Imperium, jest próba głębszej interpretacji trzech praw robotyki. Warto przyjrzeć się rozważaniom Daneela dotyczącym możliwości ustanowienia prawa zerowego ― nad pojedynczą osobę, której życie i bezpieczeństwo stanowiło do tej pory dla każdego robota wartość nadrzędną i niekwestionowaną, powinno przedkładać się dobro ludzkości. W prostej linii prowadzi to roboty do podejmowania decyzji o przyszłości Ziemian; do ustalania, co będzie dla nich najlepsze. W konsekwencji czytelnik musi pogodzić się z częstymi rozwiązaniami a’la Robot Ex Machina. Znajdowanie nagłych rozwiązań przez roboty dodatkowo pogłębiają nadzwyczajne umiejętności Giskarda, pozwalające mu na subtelne kontrolowanie działań dowolnego bohatera i manipulowanie jego pamięcią. W teorii wygląda to na ciekawą koncepcję, w praktyce jednak zbyt często powoduje, że fabularne problemy znajdują finał w sposób szybki i prosty do przewidzenia.

Mile zaskakuje z kolei pojawienie się robotów mogących stanowić zagrożenie dla człowieka. Choć do tej pory wydawało się to niemożliwe, a próby mające zdyskredytować konstrukcję pozytonowego mózgu, podejmowane przez Baleya we wcześniejszych powieściach z cyklu, kończyły się niepowodzeniem, dotychczasowy porządek ulega zmianie. Asimov zdecydował się wreszcie na ten kontrowersyjny krok i powołał do życia maszyny potrafiące uznać ludzi za nie-ludzi, a tym samym ominąć reguły wynikające z trzech praw robotyki. To jeden z najciekawszych aspektów „Robotów i Imperium”, który z pewnością nie pozostanie bez znaczenia dla dalszej koegzystencji tych dwóch grup społecznych.

Czwarty tom serii to godne uwagi zwieńczenie tetralogii, a zarazem najbardziej wywrotowa z opowieści o robotach, uderzająca w status quo. Szkoda, że sam przebieg wydarzeń nie okazał się równie interesujący co rozważania dotyczące robotyki, przyszłości ludzkości czy podboju Galaktyki. Miło było jednak spotkać po raz kolejny starych znajomych i powrócić na Ziemię w towarzystwie Daneela i Giskarda ― do czego wszystkich fanów twórczości pisarza szczerze zachęcam.

  • Tytuł: Roboty i Imperium (Robots and Empire)
  • Autor: Autor: Isaac Asimov
  • Cykl: Roboty
  • Wydawnictwo: REBIS
  • Rok wydania: 2014
  • Liczba stron: 364
  • ISBN: 978-83-7301-386-5


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu REBIS oraz Portalowi LubimyCzytać.

Henryk VII na tronie — „Biała księżniczka”, Philippa Gregory

„Biała księżniczka”, Philippa GregoryPostacie władców nieodmiennie fascynują nie tylko miłośników dawnych dziejów. Charyzmatyczni królowie, żądni posłuchu tyrani, wpływowe monarchinie, książęta otoczeni wianuszkiem wielbicielek, roztaczające czar księżniczki — archetypicznych rządców znajdziemy w kulturze bez liku. Niezależnie jednak od pokładów zapału i poświęconego czasu, nigdy nie poznamy prawdy o postaciach historycznych. Kroniki i inne źródła współczesne czasom panowania zawsze będą stronnicze; może pisane pod dyktando panującego (lub jego następcy), może zabarwione poglądami dzierżącego pióro. Zarówno badacze, jak i twórcy kultury zafascynowani fikcją historyczną, a wreszcie my — odbiorcy — skazani jesteśmy na niedopowiedzenia i próbę wypełnienia białych plam czy to spekulacjami, czy to fantazją. Philippa Gregory stara się łączyć obydwie koncepcje w jedno; czerpie z własnej wiedzy i doświadczeń naukowych, wyciąga logiczne wnioski, stara się zrozumieć tok myślenia ludzi epoki, a zarazem pozwala ponieść się pisarskiemu natchnieniu i kreuje bohaterów, którzy mają przyciągnąć uwagę czytelnika i wzbudzić emocje podczas lektury.

„Biała księżniczka” to już piąty tom cyklu opisującego Wojnę Kuzynów, przez potomnych ochrzczoną mianem Wojny Dwu Róż. Wydawałoby się, że po tym, jak Henryk Tudor wywalczył pod Bosworth koronę, zabił Ryszarda III i koronował się jako Henryk VII, w Anglii wreszcie zapanuje pokój. Wśród żywych nie pozostał już żaden z synów Ryszarda Plantageneta, a zakończeniu rodowych waśni sprzyjać powinien także ożenek nowego monarchy, który pojmuje za żonę Elżbietę York, najstarszą córkę Edwarda IV i Elżbiety Woodville. Wraże dynastie ostatecznie jednoczą się, na świat przychodzą także potomkowie pary królewskiej, w tym upragnieni synowie. Tudor nie potrafi jednak cieszyć się z trudem zdobytym tronem; wszędzie węszy spiski, a w każdym młodziku spokrewnionym z Yorkami upatruje rywala. Czarę goryczy przepełniają coraz częstsze pogłoski o Ryszardzie, młodszym synu Edwarda IV, który rzekomo wcale nie zginął w Tower wraz ze swym bratem, tylko wciąż żyje i gromadzi armię popleczników, mającą obalić uzurpatora Henryka. Anglia po raz kolejny staje u progu krwawego konfliktu.

Pierwszych skrzypiec w „Białej księżniczce” nie gra wcale tytułowa postać, co wyróżnia tę powieść na tle wcześniejszych książek Philippy Gregory. Choć autorka ponownie zdecydowała się na narrację pierwszoosobową, tym razem prowadzoną z punktu widzenia Elżbiety York, centralnym bohaterem i siłą sprawczą w utworze pozostaje Henryk VII, ciekawie zobrazowany jako paranoik i tchórz. W porównaniu do kobiet przedstawionych na kartach „Władczyni rzek”, „Białej królowej”, „Czerwonej królowej” czy „Twórcy Córki Królów” żona Tudora wypada niezwykle bezbarwnie i biernie. Nie obwiniałabym za ten stan rzeczy pozycji na dworze czy epoki, ponieważ jej matka czy babka żyjące w tych samych czasach, przedstawione w poprzednich częściach cyklu, wykazywały znacznie więcej inicjatywy, a ich przemyślenia nierzadko bywały angażujące dla odbiorcy. Ignorancja księżniczki z rodu Yorków, często nieświadomej, co rozgrywa się na jej oczach, razi i irytuje. Nawet jeśli taki był zamysł autorki, nie potrafię wyzbyć się żalu, że to nie Elżbieta Woodville jest ponownie główną bohaterką. To właśnie dylematy królowej wdowy wydają się o wiele ciekawsze — jej perspektywy nie będzie nam jednak dane w pełni poznać.

Warto natomiast docenić wkład Gregory w próbę zinterpretowania jednego z najbardziej tajemniczych, a zarazem najciekawszych wydarzeń w historii Anglii — losów Książąt z Tower. Wątek, zapoczątkowany w „Białej królowej”, znajduje rozwinięcie i finał na kartach „Białej księżniczki”. Choć pewnikiem nigdy nie dowiemy się, co tak naprawdę spotkało Edwarda V i Ryszarda Shrewsbury, rozwiązanie proponowane przez pisarkę jest w wystarczającym stopniu przekonujące. Nie pada co prawda żaden definitywny osąd, ale za godną docenienia trzeba uznać samą próbę łaskawszego przedstawienia Ryszarda III i zrehabilitowania nielubianego przez wielu monarchy, którego wizerunek w kulturze na wieki zdeterminował dramat Williama Szekspira. Pozostałe wątki powieści nie prezentują się równie atrakcyjnie. Wiernych czytelników prozy Brytyjki może razić powtarzalność dworskich wydarzeń — po raz kolejny przyjdzie nam być świadkami królewskiego ślubu, koronacji, narodzin potomków; niczym nowym nie zaskoczą opisy wielu obyczajów epoki, znane zarówno z innych powieści z serii o Wojnie Dwu Róż, jak i cyklu tudorowskiego.

„Biała księżniczka” to przede wszystkim powieść dla fanów, wytrwale śledzących losy kolejnych pokoleń Yorków i Lancasterów. Nowi czytelnicy łatwo mogliby pogubić się w skomplikowanej genealogii, przytłoczeni nadreprezentacją Henryków, Edwardów i Ryszardów. Miłośnicy fikcji historycznej w wydaniu Gregory nie powinni jednak narzekać — otrzymają ciąg dalszy wizji, którą zdążyli polubić na przestrzeni poprzednich czterech tomów. Na horyzoncie majaczy zaś finalny wolumin, poświęcony postaci Małgorzaty Pole. Czy pisarka zdoła nas w nim czymkolwiek zaskoczyć? W końcu w „Białej księżniczce” opisano już wczesne lata życia hrabiny Salisbury, a w cyklu tudorowskim — jej uwięzienie w Tower i śmierć. Trudno zgadnąć, ale Philippa Gregory wciąż cieszy się u mnie na tyle dużym kredytem zaufania, że nie omieszkam przekonać się o tym na własnej skórze.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Książnica oraz Portalowi LubimyCzytać.

Strona 4 z 33« Pierwsza...23456...102030...Ostatnia »