Author Archives: Oceansoul

O bezsenności i pisaniu

Dlaczego, dlaczego najlepsze pomysły przychodzą mi do głowy tuż przed zaśnięciem? Wtedy, kiedy nie mam najmniejszej ochoty, by wstać, zapalić światło i spisać to, co uparcie dobija się do mojej świadomości. Rano zazwyczaj albo w ogóle o tym nie pamiętam, albo zostają mi w głowie same urywki, które nie chcą już przyjąć tak ładnego kształtu, jaki miały ostatniej nocy.

Wówczas najbardziej żałuję, że nie posiadam urządzenia, które mogłoby spisywać to, o czym w danej chwili myślę. Bez konieczności ubierania tego przeze mnie w słowa, po prostu wydobywać esencję z czystego strumienia myśli przepływającego przez moją głowę, samodzielnie układać w zdania. Działającego w każdej chwili – gdy idę ulicą, jadę autobusem, nudzę się na wykładzie. Zanim zasnę i gdy śpię. Czytanie tego o poranku z pewnością byłoby interesujące. Ciekawe też, ile kartek zapisywałabym tym myśleniem każdego dnia.
A gdybym miała je w tej chwili… Pewnie oddelegowałabym je do pisania pracy licencjackiej. Zawsze wydawało mi się, że w pisaniu najtrudniejsze są początki; gdy zaś one powstaną, dalej „pisze się” samo. Im dłużej jednak się nad tym zastanawiam, tym bardziej jestem pewna – najtrudniejsze są końce. Złym końcem można zepsuć najlepszy twór, zniweczyć cały wcześniejszy wysiłek. Koniec najdłużej zostaje w pamięci, ba, dobry koniec zatrze złe wspomnienia po kiepskim początku czy środku, ale nigdy odwrotnie.

I tym sposobem znów dałam się ponieść dygresjom. Początek ma się nijak do zakończenia, a ostatni akapit w połowie zmienił swój temat. Cóż, ostatnio słowa rządzą mną, nie ja nimi. Niech się więc cieszą, póki mogą, ja się jeszcze odegram.

O sitach i pisaniu

Tak, dobrze podejrzewacie, w tym wpisie będę tłumaczyć się z łamanych obietnic, z milczenia i z ciągłych przerw w publikowaniu nowych tekstów. Ale to też dla mnie możliwość dokonania pewnej introspekcji i ubrania w słowa myśli od pewnego czasu krążących mi po głowie.

Sito. Potworna, potworna rzecz! Gdy na początku marca planowałam kolejne wpisy, miałam kilka szkiców, drugie tyle pomysłów. A zostało z nich… No, mało co z nich zostało. Nie, nie z winy mojej krótkiej pamięci, a przynajmniej nie wyłącznie z jej winy. Po prostu koncepcje, które jeszcze wczoraj uznawałam za dobre, dziś już mi się nie podobają. Wynika z tego, iż pisać powinnam od razu, gdy tylko pojawi się idea – w przeciwnym wypadku szanse na powrót do niej są raczej mizerne. Z drugiej zaś strony, co da spisanie i opublikowanie czegoś, co szybko przestanie mi się podobać? Tego nie wiem, ale liczę, że coś zawsze da, w najgorszym razie wprawę w formułowaniu myśli, kolejne zadrukowane kartki. Gdybym w to nie wierzyła, pisanie całkowicie straciłoby sens, a do tego dopuścić nie mogę, czy też raczej – nie chcę.

Ostatnio coraz więcej myślę o pisaniu szeroko pojętym. O tym, co tak naprawdę chciałabym robić, oraz o możliwościach, jakie mam albo mogę mieć. Wnioski? Pierwszy to taki, że zdecydowanie za dużo myślę. I za mało robię. Źle dzielę czas – chyba. W końcu wszyscy mają go tyle samo, więc jakim cudem ja miałabym za mało na tyle rzeczy? Oczywiście, jest też opcja, że po prostu zbyt wiele chcę, ale tę odrzucam, jako zbyt ograniczającą i pesymistyczną. Póki co skoncentruję się więc na stopniowej realizacji kolejnych zamierzeń i porządkowaniu planów. Wydaje mi także, że znalazłam niektóre z odpowiedzi, których długo szukałam. Wiem już, dlaczego mój poprzedni projekt powieści przestał mi się podobać i gdzie tkwią błędy. Wiem, co od samego początku robiłam nie tak. I mam nadzieję, że będę potrafiła tę wiedzę wykorzystać.

Póki co – mam nadzieję, że wracam na dobre. Dość tych przerw. Witajcie.

Dragon Age: Awakening — recenzja

Jak można najkrócej opisać Przebudzenie? Otóż, mamy do czynienia z powtórką z Dragon Age: Początek, tyle że skondensowaną i okrojoną, dzięki czemu ukończenie dodatku zajmuje nie prawie sto godzin, ale nieco ponad dwadzieścia. Przez cały ten czas towarzyszy nam wrażenie déja vu – przecież to wszystko już było! Czyż jednak najbardziej nie lubimy tego, co dobrze znamy Twierdząco na to pytanie z pewnością odpowiedzieliby miłośnicy kolejnych edycji programów rozrywkowych albo ci, którzy rokrocznie oglądają w święta te same filmy. Jak jednak zapatrują się na tę kwestię gracze? Z jednej strony wciąż wspominają stare, dobre czasy i z rozrzewnieniem wzdychają do kilku(nasto)letnich produkcji, z drugiej – pomstują na wtórność i schematyczność nowych gier. Niezależnie zaś od obranego punktu widzenia z pewnością znajdą w Przebudzeniu multum powodów do narzekań.

Zacznijmy od strony fabularnej i wspomnianego déja vu. Oto mamy samotnego bohatera stojącego naprzeciw sił zła, które sieją niepokój na ziemiach Fereldenu. Alter ego gracza wyrusza więc do ludzkiej metropolii, krasnoludzkiego miasta i elfiego lasu w poszukiwaniu sojuszników (tym razem – towarzyszy gotowych dołączyć do Szarych Strażników i stanąć oko w oko z Mrocznymi Pomiotami), przy okazji zbierając grosiwo jako chłopiec na posyłki wszystkich dookoła: straży miejskiej, przemytników, rolników, kupców, wdów i sierot. Dodawać nie trzeba, iż los arlatu Amarantu zależy wyłącznie od poczynań tej wybitnej jednostki i prowadzonego przezeń oddzialiku, a czworo śmiałków lepiej poradzi sobie z hordą nacierających monstrów niż cały garnizon żołnierzy. Brzmi znajomo?

A to nie koniec analogii. Nie obędzie się choćby bez trafienia do Pustki czy konieczności uwalniania się z celi. Nie zamierzam psuć nikomu radości z odkrywania fabuły, ale wierzcie na słowo, także podczas niektórych potyczek skojarzenia z Początkiem nasuną się same. Z jedną różnicą – starcia są znacznie łatwiejsze. Ci, którzy wcześniej wybrali normalny poziom trudności, teraz mogą iść upiec ciasto, podczas gdy ich drużyna sama będzie rozgramiać wraże oddziały. W trakcie jednokrotnego przejścia dodatku ani razu nie zginęła moja postać główna, zaś opcję wczytywania gry wykorzystywałam tylko wtedy, gdy uruchamiałam Przebudzenie kolejnego dnia – a jest to niezwykle dziwne, zważywszy na to, ile kłopotu sprawiły mi niektóre walki w Początku.

Oczywiście, nic nie stoi na przeszkodzie, by zagrać na Koszmarze, ale dla prawdziwych wyjadaczy także wtedy będzie zbyt łatwo. Winą za taki stan rzeczy należy obarczyć szereg nowych, potężnych umiejętności, których mogą nauczyć się bohaterowie. Zgodnie z obietnicami twórców poprawiono nieco zbalansowanie poszczególnych klas – co sprowadziło się do przydzielenia magom mało przydatnych zaklęć i zwiększenia możliwości łotrzyków oraz wojowników. Skorzystał na tym przede wszystkim złodziej, który teraz jest w stanie zabić co słabszych wrogów jednym specjalnym atakiem wymierzonym w plecy przeciwnika.

Także nowe talenty służą niemalże wyłącznie polepszeniu zdolności bojowych – dwa spośród trzech drzewek odpowiadają za zwiększenie ilości życia oraz many bądź wytrzymałości, zależnie od klasy. Trzeci dodaje umiejętność rzemieślniczą, jaką jest samodzielne wykuwanie run. Ci, którzy nie lubią bawić się w zrób-to-sam, mogą zadowolić się gotowymi umagicznieniami, kupowanymi w sklepie lub też znajdowanymi przy ciałach pokonanych wrogów. Pochwalić należy za to nowe specjalizacje – każda z nich jest godna uwagi i oferuje interesujące (oraz, oczywiście, ułatwiające rozgrywkę) profity. Wzrasta też liczba dostępnych kombinacji, gdyż od tej pory postać może nauczyć się trzech dowolnych profesji.

Niesprawiedliwością byłoby jednak rzec, iż Przebudzenie to wyłącznie kalka Początku. Nie zabrakło drobnych zmian – jak choćby możliwości dowodzenia Twierdzą Czuwania czy decydowania o losach wyjętych spod prawa poddanych. Ładniej wygląda to na papierze aniżeli w samej grze. Ulepszanie fortecy nie jest nawet w połowie tak rozbudowane, jak w Neverwinter Nights 2, a bronienie jej przed siłami wroga to nic innego, jak mozolne wybijanie wszystkich przeciwników. O podejmowaniu strategicznych wyborów można zapomnieć, żołnierze to tylko statyści, którzy bardziej przeszkadzają niż pomagają, a z Pomiotami i tak musi rozprawić się nasza drużyna.

Pozostańmy przy decyzjach. Tych w Przebudzeniu mamy o wiele mniej, niż można by oczekiwać. Wyrwanie się ze schematu „kluczowe zadanie – pomoc stronie A lub stronie B” trudno uznać za plus, gdy w zamian otrzymujemy jedną słuszną drogę. Wątek główny prowadzi nas prosto do celu, i choć możemy wybrać kolejność, w jakiej odwiedzamy poszczególne lokacje, to na nic innego wpływu nie mamy. Sytuację usiłują ratować misje poboczne – niektóre wykluczają się wzajemnie, w innych nasze decyzje nie są bezwartościowe i ich skutki zaważą w niewielkim stopniu na dalszym przebiegu gry. Tego typu zadań jest jednak stanowczo zbyt mało i w ostatecznym rozrachunku giną one w zalewie questów polegających wyłącznie na przynoszeniu komuś czegoś bądź pozbyciu się grupy przeciwników.

Bez większego znaczenia dla aspektu fabularnego pozostaje także wybór początkowy, czyli importowanie postaci z Początku bądź stworzenie nowego bohatera, Szarego Strażnika z Orlais. Poza niektórymi kwestiami dialogowymi, sprowadzającymi się odpowiednio do: „Pokonałeś Arcydemona! Możesz mi pomóc?” lub „Nie mam zaufania do obcych! Ale… może jednak mi pomożesz?”, różnic nie uświadczymy. Także decyzje podjęte podczas kampanii podstawowej nie odcisną piętna na rozgrywce w Przebudzeniu – ot, niekiedy zamiast osoby X spotkamy osobę Y, ale niczego innego to nie zmienia.
Mieszane uczucia budzą we mnie nowi towarzysze. Z jednej strony trudno im cokolwiek zarzucić – mamy wygadanego maga, zrzędliwą wiedźmę z lasu, zgorzkniałego przedstawiciela upadłego rodu szlacheckiego, nieco nijaką krasnoludkę z Legionu Umarłych oraz ducha z Pustki, który wbrew swej woli znalazł się w cudzym ciele. No i Oghrena, starego kompana, postać najbarwniejszą, rozdartą między rodziną a ciągotami do prowadzenia awanturniczego trybu życia. Pozostali, choć początkowo mogą wydawać się nietuzinkowymi osobowościami, są płascy i jednowymiarowi, a ich charakter da się oddać jednym zdaniem. Każdy ma jakiś problem, który oczywiście pomożemy rozwiązać, ale ich rozterki nie budzą głębszych emocji. Rozmów z towarzyszami jest o wiele za mało, by zdążyć się z nimi zżyć czy zaprzyjaźnić, a o rozwinięciu jakichkolwiek bliższych relacji nie może być mowy – twórcy gry nie wprowadzili możliwości romansowania. Poziom trzymają jedynie uszczypliwe wymiany zdań między kompanami, szczególnie dialogi Oghrena i Andersa.

Od strony wizualnej nic się nie zmieniło. Nowe lokacje mogą się podobać, zwłaszcza posępne Czarne Mokradła. Poszczególne mapy są nieco większe od pojedynczych obszarów z Początku, ale co z tego, jeśli jest ich dużo mniej – przykładowo, las nie składa się z kilku części, a z jednej. Ucieszy to wszystkich, którym zbrzydł częsty widok ekranu ładowania, ale moim zdaniem lepiej poczekać parę chwil dłużej, a w zamian otrzymać rozleglejszy obszar do badania. Z kolei muzyce niczego zarzucić nie mogę – prócz starych motywów w głośnikach rozbrzmiewają też nowe kompozycje, utrzymane w podobnym klimacie. Tradycyjnie, utwory dopasowują się do przebiegu akcji, te bardziej dynamiczne i podniosłe towarzyszą nam podczas bitew czy obrony twierdzy, zaś spokojniejsze – gdy wędrujemy po mieście lub lesie, nienękani przez wrogów.

Nie zrozumcie mnie opacznie – Przebudzenie nie jest grą złą, a jedynie do bólu wtórną. Zamiast wprowadzić jakiekolwiek innowacje, uczyniono kilka kroków w tył w stosunku do tego, co oferował Początek. Dodatek z pewnością nie przebudzi tych, którzy zasnęli z nudów podczas próby ukończenia kampanii podstawowej. Fanom Dragon Age’a powinien się jednak spodobać – w końcu to kilkanaście godzin więcej tego samego, w towarzystwie nowych kompanów oraz w nieco zmienionej scenerii.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Electronic Arts Polska oraz Twierdzy Insimilion.

O wizjach fantasmagorycznych — „Alice in Wonderland”

Kilka słów wstępu – ostatni akapit tego tekstu można uznać za zawierający spoilery. Co prawda, jeśli ktoś czytał książkę oraz widział zwiastun filmu/czytał opis dystrybutora, nie powinien być niczym zaskoczony, no ale gdyby ktoś jednak unikał nawet takich informacji, to ostrzegam.

Jak wie już pewnie większość świata, w dniu wczorajszym obejrzałam wreszcie Alicję w Krainie Czarów. Co tu dużo mówić – film trzyma poziom książkowego pierwowzoru jeśli o poziom zakręconych wizji chodzi i, choć nie nazwałabym go w żadnym razie adaptacją, a co najwyżej obrazem inspirowanym, duchem wierny jest prozie Lewisa Carrolla. Ortodoksyjni czytelnicy poczują się pewnie oburzeni – no bo jak to, nie dość, że tytułowej Alicji daleko do małego dziewczęcia z kart powieści, to jeszcze wątki z Przygód w Krainie Czarów i Po drugiej stronie lustra zostały wymieszane, pocięte i posklejane na nowo; właściwie można by rzec, iż znane z obydwu utworów postacie wrzucono do świata wzorowanego na tym, który opisał Carroll, ale przedstawiono je w zupełnie nowej opowieści.

Co więc łączy wizję Tima Burtona z wizją Lewisa Carrolla, i dlaczego ja, zwykle żarliwie broniąca wszelkich odstępstw od literackich pierwowzorów, nie tylko nie krytykuję Alicji, ale jestem nią wręcz zachwycona? Otóż, łączy je tytułowa fantasmagoria, oniryczność, podsumowywane przez mniej wysublimowanych użytkowników Filmwebu jako „tam wszyscy zachowują się jak najarani”. Ale sporo w tym racji – w końcu gdzie indziej możemy spotkać galerię tak barwnych i przesiąkniętych szaleństwem postaci? I to szaleństwem w różnych stężeniach i odcieniach – począwszy od świadomego po części własnego wariactwa Kapelusznika, przez sprawiającego wrażenie niczego nieświadomego Marcowego Zająca czy ogarniętą manią wielkości (oraz, oczywiście, manią ścinania głów) Czerwoną Królową, po Białą Królową, której spojrzenie oraz przedziwne ruchy przywodzą na myśl osobę pod ciągłym wpływem środków odurzających.

Drugim największym plusem filmu jest gros nawiązań, które z pewnością wyłapią oczy i uszy czujnych czytelników. Mamy więc kapelusznikowe „Dlaczego kruk jest podobny do biurka?” (trzymam się w swoim tekście tłumaczenia z książki, nie z filmu, które uważam za dużo mniej udane), motyw przemalowywania na czerwono białych róż, grę w krokieta z użyciem jeża i flaminga oraz – co mnie najbardziej urzekło – nagromadzenie przedziwnych słów, które przeciętnej osobie niewiele mówią. Ale kontaminacji, za pomocą których Carroll stworzył najbardziej znany wiersz absurdalny, zabraknąć nie mogło! W końcu jak inaczej opowiadać o Dżabbersmoku*, jak tylko tak:

Było smaszno, a jaszmije smukwijne
Świdrokrętnie na zegwniku wężały,
Peliczaple stały smutcholijne
I zbłąkinie rykoświstąkały.

Ach, Dżabbersmoka strzeż się, strzeż!
Szponów jak kły i tnących szczęk!
Drżyj, gdy nadpełga Banderzwierz
Lub Dżubdżub ptakojęk!

W dłoń ujął migbłystalny miecz,
Za swym pogromnym wrogiem mknie…
Stłumiwszy gniew, wśród Tumtum drzew
W zadumie ukrył się.

Gdy w czarsmutśleniu cichym stał,
Płomiennooki Dżabbersmok
Zagrzmudnił pośród srożnych skał,
Sapgulcząc poprzez mrok!

Raz-dwa! Raz-dwa! I ciach! I ciach!
Miecz migbłystalny świstotnie!
Łeb uciął mu, wziął i co tchu
Galumfująco mknie.

Cudobry mój; uściśnij mnie,
Gdy Dżabbersmoka ściął twój cios!
O wielny dniu! Kalej! Kalu!
Śmieselił się rad w głos.

Było smaszno, a jaszmije smukwijne
Świdrokrętnie na zegwniku wężały,
Peliczaple stały smutcholijne
I zbłąkinie rykoświstąkały.

Wiersz ten, pojawiający się w Alicji po drugiej stronie lustra, stanowi pomost między wersją literacką a filmową. To, o czym Carroll jedynie napomknął, jak Banderzwierz, Dżubdżub czy miecz migbłystalny, a wreszcie sama walka z Dżabbersmokiem, stało się osią fabularną scenariusza. Może to i lepiej, że tak zdecydowano, miast silić się na odwzorowanie wcześniejszych przygód małej Alicji, których i tak nie dałoby się zmieścić w dwugodzinnym filmie. Jednak założenie, że wydarzenia znane z powieści należą do przeszłości, w której to dziewczynka usłyszała opowieść o pokonaniu Dżabbersmoka, co z kolei nastąpiło w przyszłości, rodzi pewną wątpliwość – to przeoczenie czy celowa pętla czasowa? A może po prostu kolejne szaleństwo tej przedziwnej krainy?

*Tytuł oraz wiersz w przekładzie Macieja Słomczyńskiego.

Przychodzą i odchodzą

Odwiedziłam nie tak dawno temu mój stary blog. Początkowo nie czułam niczego prócz ogarniającej mniej zgrozy – wyobrażacie sobie, że jeszcze w roku 2006 napisałam „w każdym bądź razie”?! O interpunkcji nawet nie będę wspominać, bo podczas pobieżnego wertowania notek nie natrafiłam na wpis, w którym wszystkie przecinki postawione by były prawidłowo. No, ale to znak, że w ten czy inny sposób się rozwijam, prawa? Zresztą, wrócę kiedy indziej do tego tematu, ja przecież nie o tym dziś chciałam pisać.

Otóż, przeglądając komentarze, zauważyłam, jak szybko i nagle ludzie znikają. Ja wciąż piszę, ale już od dawna nie czytają tego ci, którzy robili to ponad sześć lat temu. Ba, może sześć lat to faktycznie inna epoka – ale te cztery czy trzy, czasy liceum? A może ludzie napędzani li tylko ciekawością czytali teksty tych, których aktualnie znali, nawet jeśli te teksty nie trafiały w ich gust? Brzmi to trochę bez sensu, ale przecież gdyby trafiały, to nawet utrata kontaktu twarzą w twarz nie powinna niczego w tej materii zmienić. A tymczasem spośród długoletnich czytelników starego bloga na nowy przywędrował ze mną tylko jeden.

Patrząc jednak z drugiej strony, stary blog dość często pełnił funkcję quasi-miniportalu społecznościowego (wtedy też jeszcze nie było mody na fejsbuki, naszeklasy i inne takie), gdzie najpierw dyskutowała społeczność z gimnazjum, a potem z liceum. Może więc po prostu wraz z końcem danego etapu przestała istnieć potrzeba udzielania się w miejscu, gdzie spotyka się znajome osoby i rozwija kontakty z tymi, na których jest się i tak skazanym od poniedziałku do piątku?

Obecnie jest inaczej, gdyż żadna nowa społeczność studencka się nie utworzyła, a przynajmniej nie na czyimkolwiek blogu czy w innym podobnym miejscu. Teraz przychodzi tutaj raczej szeroko pojęta społeczność internetowa, którą łączy tylko fakt znania (czy też „znania”) mnie – a skąd, to już mniej istotne. Czy to lepiej? Moim zdaniem, dużo lepiej. Nie ma bowiem obawy, że po równo dwóch czy trzech latach wszyscy nagle się rozejdą, bo szkoła inna, bo znajomi nowi i na co dzień się już nie widujemy. Bo nie widujemy się przecież i tak. Mam więc nadzieję, że nawet jeśli kiedyś było inaczej, to tym razem wszyscy ci, którzy popychają licznik odwiedzin o kolejny punkt, wchodzą tu, bo po prostu lubią czytać te teksty. A może to w dalszym ciągu jedynie ciekawość? Może nuda? Może chęć sprawienia przyjemności autorce?

Na dobrą sprawę – czemu w ogóle czytamy blogi?

Przechytrzyć studentów

Jeśli kiedykolwiek nie miałabym absolutnie żadnego pomysłu na kolejny wpis, wystarczy, że udam się na uczelnię. A najlepiej na GROPĘ. Temat wówczas znajdzie się sam.

Co zrobić, gdy pragnie się napisać i wydać książkę, istnieje jednak obawa, że nikt nie będzie chciał tego dzieła kupić i przeczytać? Odpowiedź jest prosta – wystarczy zostać wykładowcą i wcisnąć ją swoim studentom. Gwarantuje to coroczną sprzedaż przynajmniej tylu egzemplarzy, ile osób liczy grupa (choć najczęściej jest to kilka grup). I raczej niewielu więcej – w końcu kto inny, na dziewięć piekieł, chciałby posiadać chude, brzydkie coś wydane przez nasz wydział i czytać w wolnym czasie o słowotwórstwie w języku angielskim? Ano nikt.

Oczywiście nie wystarczy książki napisać i wydać. Trzeba jeszcze przechytrzyć studentów. A studenci to sprytne bestie – skoro cała grupa ma mieć książkę pana doktora, którego nikt nie lubi (gdyż przypomina skrzyżowanie goblina ze złym elfem świętego Mikołaja), normą jest, że książkę kupi co drugi student, i to w najlepszym wypadku. W najgorszym będzie jedna na grupę. Norma. Norma, która niekoniecznie odpowiada panu doktorowi. Cóż więc robi nasz szczwany wykładowca? Otóż, wysyła studentów gęsiego do sekretariatu na początku zajęć, by wszyscy zakupili jego dzieło. Którego – cóż za zbieg okoliczności! – jeszcze przerwę temu wcale nie było w sprzedaży i nikt nawet o nich nie słyszał. Magia, panie, magia! Nie ma więc wyjścia – idziemy i kupujemy. Potem zaś pan doktor świdruje wzrokiem każdą ławkę i sprawdza, czy dzieło jego życia spoczywa na blacie. Uśmiecha się. Tak, udało mu się, przechytrzył studentów. Może teraz zaznaczyć dzisiejszą datę na czerwono w kalendarzu. A potem zabrać się do pisania kolejnej książki – aby przechytrzyć studentów także w przyszłym roku.

Zmiany, zmiany, zmiany

Jak pewnie widać, miejsce to przeszło znaczną metamorfozę. Zainspirowana podpatrzonym na stronie Ingmara WordPressem postanowiłam wlepić to cudo i na swojego bloga, a teraz powoli rozgryzam, jak działa i co dzięki niemu mogę mieć. Trochę czasu na tym rozgryzaniu pewnie mi jeszcze zejdzie, ale najważniejsze, że przenoszenie starych materiałów się powiodło i znów mogę pisać. A że, czekając na wprowadzane zmiany, pisałam „do szuflady”, można się teraz spodziewać częstszych aktualizacji i większej liczby marcowych wpisów.

A skoro o przemianach mowa – koniec jak zwykle zbyt krótkich ferii wymusił na mnie drastyczną zmianę trybu życia, czego nie przyjęłam z radością. Zdecydowanie wieczorno-nocny tryb życia służy mi bardziej niż poranno-popołudniowy. Niestety, studia dzienne, jak w sumie nazwa wskazuje, nie sprzyjają sowom, co wymusza wstawanie o świcie i chodzenie półprzytomnym przez pół dnia, z kolei wieczorny przypływ sił i energii uniemożliwia kładzenie się spać o normalnych porach. Teufelskreis!

Wdzięczna jestem za wcielenie w życie apelu o odpędzaniu zimy. Wszyscy najwyraźniej pamiętali o taczkach, śniegu ubywa i mam nadzieję, że nie zobaczę go przez najbliższe kilka miesięcy. Z niecierpliwością wypatruję więc nadejścia wiosny, zaś cwane osiedlowe koty z drwiną spoglądają na mnie z gałęzi drzew.

Feryjnie

Cudownie mieć ferie. Nieco mniej cudownie, gdy nie można po prostu się nimi cieszyć, a niczym miecz Damoklesa na końskim włosiu wisi nade mną przerażająca w swej istocie praca licencjacka, która – choć każdego dnia mam na to nadzieję – sama napisać się nie chce. A i ja się do tego nie kwapię, w końcu to na moich barkach spoczywa obowiązek ocalenia gatunku ludzkiego, a jak wiadomo – są rzeczy ważne i ważniejsze. Nie da się więc porównać konieczności ratowania kolonii przed Zbieraczami z pisaniem jakiejś-tam-pracy.

Z innej beczki – dość zimy! Nawołuję do zbiorowego jej odpędzania lub przynajmniej wywożenia na taczkach całego śniegu w góry. W mieście więcej z niego szkody niż pożytku, a z punktu widzenia rokrocznie zaskoczonego kierowcy to już zdecydowanie klęska żywiołowa. Przynajmniej tak długo, jak zasypuje mi garaż oraz kiedy nie mogę przebić się przez śnieżne muldy na osiedlowych uliczkach. No i ten slalom po jezdni usianej postzimowymi dziurami, przypominającej szwajcarski emmentaler. Dziękuję, postoję.

Pozytywna strona – do rozpoczęcia wakacji jeszcze tylko niecałe pięć miesięcy, czyli już bliżej niż dalej. Nie pozostaje więc nic innego, jak uczepić się kurczowo tej myśli i czekać na ocieplenie.

Dwa najpiękniejsze słowa

„Przez ostatnie kilka dni byłam przekonana, iż najbliższy wpis będzie należeć do tych smutnych. Na przekór sobie powiedziałam więc, że nie ma mowy, i postanowiłam poszukać jakiejś pozytywnej strony godnej wzmianki” – tak też zaczynała się ta notka dziesięć dni temu. Dokończona nie została, gdyż perspektywa kolejnych zaliczeń i egzaminów całkowicie pozbawiła mnie weny literackiej, zastępując ją, nagle i niespodziewanie, weną plastyczną. Ale nie o tym mowa, choć pragnę niniejszym zaznaczyć, iż ochota na pisanie powróciła, przynajmniej chwilowo.

Czy wiecie, jakie są moim zdaniem dwa najpiękniejsze słowa? Nie, nie żadne miłosne wyznania, wzniosłe przyrzeczenia czy wspaniałe obietnice. Nie, nawet nie „tę” i „dokąd”, choć pewnie tego się można było po mnie spodziewać. W mym prywatnym rankingu najpiękniejszych dwóch słów króluje jedna, niezwykle prosta fraza: „ja też”.

Im mniej zaś się spodziewam, że je usłyszę, tym większą radość sprawiają, gdy padną. Potrafią wyrazić zrozumienie, wsparcie, aprobatę, niwelują poczucie osamotnienia czy bycia najdziwniejszą istotą na świecie, jeśli wypowiedziane zostaną w odpowiednim momencie przed odpowiednią osobę. A wszystko to w jednej chwili. Dlatego tak bardzo lubię je słyszeć.

Strona 30 z 33« Pierwsza...1020...2829303132...Ostatnia »