Author Archives: Oceansoul

MacGyver na Czerwonej Planecie — „Marsjanin”, Andy Weir

„Marsjanin”, Andy WeirDo żadnych publikacji literackich nie podchodzę z równym sceptycyzmem, co do tych opublikowanych własnym sumptem przez autora. Choć różne są drogi do self publishingu, jak i różne powody podążania tą właśnie ścieżką, pierwsze skojarzenia nie napawają optymizmem ― jaka jest bowiem szansa, że wszyscy wydawcy jak jeden mąż nie poznali się na talencie debiutującego autora? Na całe szczęście dla czytelnika, wciąż zdarzają się historie o szczęśliwym zakończeniu ― takie jak przypadek Andy’ego Weira, który kosztującym 99 centów ebookiem najpierw przebojem zdobył Amazon, a dopiero później sprzedał prawa za sześciocyfrową kwotę jednej z amerykańskich oficyn. W tej chwili w produkcji jest już filmowa adaptacja, za kamerą której stoi Ridley Scott, a po planie przechadzają się Matt Damon, Jessica Chastain i Chiwetel Ejiofor. Zanim jednak w listopadzie wybierzemy się do kina na „Marsjanina”, przyjrzyjmy się jednej z najgłośniejszych powieści sf ostatnich lat.

Mark Watney, botanik i inżynier, jest jednym z członków trzeciej już załogowej misji na Marsa. Mająca potrwać dwa miesiące ekspedycja kończy się w dniu szóstym, kiedy w wyniku nadspodziewanie silnej burzy piaskowej baza astronautów ulega uszkodzeniu. Pozostałym udaje się ewakuować i odlecieć w kierunku Ziemi, tymczasem Mark, uznany za zmarłego, budzi się sam na obcej planecie, ranny, z niewielką ilością zapasów żywności, zdewastowanym Habem i brakiem łączności z Houston. A to dopiero początek ciągu pechowych zdarzeń i wcale nie najgorszy dzień, jaki czeka go na Czerwonej Planecie. Zdany tylko na siebie, na swoją pomysłowość i determinację, musi znaleźć sposób, by za pomocą bardzo ograniczonych środków zapewnić sobie jakiekolwiek szanse na przetrwanie kolejnych czterech lat, kiedy zgodnie z harmonogramem powinien przylecieć Ares 4.

Większą część książki stanowi pisany przez Marka dziennik, utrzymany w potocznym, nieformalnym stylu. Opisując kolejne dni, Watney często żartuje, czasem przeklina, nie stroni od kolokwializmów. Weir umiejętnie utrzymuje napięcie, gdy wymaga tego fabuła, potrafi też nie zanudzić czytelnika naukowymi aspektami, od których roi się w „Marsjaninie”, każąc swojemu protagoniście tłumaczyć wszelkie zawiłości, tak jakby przemawiał do laików. Autor, zadeklarowany fan „Doctora Who”, od lat interesuje się fizyką, astronomią i historią podróży kosmicznych ― i to widać w powieści od pierwszej strony. Co więcej, swoim geekowskim zapałem potrafi zarazić odbiorcę, także tego o wiele mniej biegłego w tajnikach nauki. Oczywiście, jak to zwykle w przypadku fikcji bywa, licentia poetica pozwala miejscami także na daleko idące uproszczenia niezbędne do podtrzymania dramaturgii, poczynając choćby od punktu wyjścia, czyli całkowitej utraty łączności na skutek zmiecenia jednej anteny przez burzę. Niekiedy boleją nad tym specjaliści, ale nawet oni zwykli w swych opiniach chwalić Weira za możliwe do przełknięcia techniczne ustępstwa.

Dużo mniej prawdopodobnie wypada w mojej laickiej ocenie warstwa psychologiczna. Trudno mi uwierzyć w nieskalany żadnymi wypadkami hart ducha Watneya i wieczne dowcipkowanie, utrzymujące się nawet w najbardziej tragicznych sytuacjach. Nie zrozumcie mnie źle ― nie chodzi o niedostatek filozoficznych przemówień w obliczu nieuchronnej śmierci czy o utrzymanie powieści w poważnym tonie od pierwszej do ostatniej strony; nie kupuję jednak niczym niezmąconego humoru, braku obaw czy przemyśleń „a co by było, gdyby…”. Brak psychologicznej głębi nie dotyczy tylko protagonisty. Również po sylwetkach pojawiających się w dalszej części książki pracowników NASA oraz pozostałych członków marsjańskiej wyprawy Weir prześlizguje się z wyraźnym brakiem pisarskiej wprawy. Postacie są schematyczne, wpisane w filmowe stereotypy, jak gdyby autor chciał od razu sprzedać gotowy scenariusz Michaelowi Bayowi.

Pod względem stylistycznym najsłabiej wypadają fragmenty pisane z perspektywy trzeciej osoby. Sporo w nich dialogów z nachalną ekspozycją, często prowadzonych w wyraźnie nienaturalny sposób. Także z narracją przetykającą wypowiedzi bohaterów autor miejscami wyraźnie sobie nie radzi. Na całe szczęście spoiwem książki pozostaje dziennik Watneya ― i choć ze swoimi prostymi zdaniami w żadnym momencie nie stanowi literackiej uczty, to potrafi trzymać czytelnika przy lekturze do białego rana. Mimo że „Marsjanin” bywa hollywoodzko przewidywalny, czytelnik wciąż jest ciekaw, jakim problemom tym razem będzie musiał stawić czoło Mark i czy faktycznie taśma klejąca jest jedną z najprzydatniejszych rzeczy, jakie można mieć ze sobą na innej planecie. Jeśli więc przymknie się oko na niedoskonałości, w kategorii bezpretensjonalnego, stricte rozrywkowego science fiction debiutancka powieść amerykańskiego pisarza wypada co najmniej przyzwoicie. Czy to faktycznie „Robinson Crusoe” na Marsie? Raczej połączenie „Apollo 13” i „Cast Away” ze swadą „MacGyvera”.

  • Tytuł: Marsjanin (The Martian)
  • Autor: Andy Weir
  • Wydawnictwo: Akurat
  • Rok wydania: 2014
  • Liczba stron: 384
  • ISBN: 978-83-7758-817-8

Podsumowanie roku 2014 ― seriale, gry i blog

Wiecie co? Robienie podsumowań bez statystyk i dokładnych spisów, które mogę sobie przejrzeć w trakcie pisania, jednak nie jest takie proste. Na szczęście wiem już, co zrobić, by ułatwić sobie życie w przyszłym roku, a i w tym jakoś sobie poradzimy. W ostatnim z podsumowań przyjrzę się grom, w które grałam, serialom, które obejrzałam, a do tego także blogowi i życiu zawodowemu.

SERIALOWE PODSUMOWANIE ROKU 2014

1. Seriale premierowe z 2014 roku

Z nowościami nie jestem na bieżąco. Nie jest mi z tego powodu ani przykro, ani radośnie. Z jednej strony nie chcę ryzykować rozpoczynaniem seriali, które zaraz skasują albo szybko okażą się rozczarowaniem. Nie mogę też przesadzić z liczbą równocześnie rozgrzebanych tytułów, czasem jednak lepiej nadrobić coś z produkcji już zakończonych. Z drugiej strony ― miło brać udział w aktualnie prowadzonych dyskusjach i ekscytować się wraz z innymi premierami kolejnych epizodów, dlatego i tak co roku wybieram choć jeden tytuł do oglądania na bieżąco.

2014seriale1

Z tytułów emitowanych przez cały sezon dołączyłam w tym roku do listy tylko dwa: Gotham i The Flash (o pierwszych wrażeniach z obu wspominałam w październiku). Jak na razie zdecydowanie żaden z nich nie powalił mnie na kolana. The Flash to po prostu kolejna sztampowa głupotka od stacji The CW, z ładnymi ludźmi i niewielką dozą sensu, ale na tyle sympatyczna, że spełnia rolę serialu do kotleta. Z kolei Gotham ― w stosunku do którego miałam ogromne oczekiwania ― choć jest serialem w mojej ocenie znacznie lepszym, okazał się równocześnie sporym rozczarowaniem. Wciąż mam jednak nadzieję, że twórcy pójdą w dobrym kierunku i skoncentrują się na tych postaciach, które są tego najbardziej warte (Pingwin <3).

Z krótszych produkcji ― nadrobiłam emitowany w maju i czerwcu Penny Dreadful. Także ten serial szalenie mnie rozczarował, bo choć aktorstwo i oprawa audiowizualna trzymają wysoki poziom, tak scenariusz na niektóre postacie zupełnie nie miał pomysłu, a przed samym końcem sezonu postanowił przy okazji ponapoczynać kolejne wątki, niekoniecznie z sensem. Tytuł trafił więc na moją listę porzuconych, podobnie zresztą jak zupełnie nieprzemawiający do mnie True Detective, nieporywający Intelligence i przeraźliwie nudny Outlander. Mam nadzieję, że pozostałe seriale z 2014 roku, a jest ich sporo, które wynotowałam na liście do nadrobienia, przyciągną mnie do siebie na dłużej.

2014seriale2

Z tegorocznych seriali już zakończonych obejrzałam dwie produkcje. W czerwcu czteroodcinkowy miniserial Fleming: The Man Who Would Be Bond, biograficzny dramat z Dominikiem Cooperem w roli tytułowej i innymi znanymi brytyjskimi twarzami na drugim planie. Jeśli lubicie biografie i Brytyjczyków, to warto sięgnąć, nawet jeśli nie oglądacie Bondów (jak na przykład ja). Pod koniec roku obejrzałam zaś Gracepoint, czyli amerykański remake Broadchurch, ponownie z Davidem Tennantem w roli głównej. I wiecie co? Oglądanie jeszcze raz tego samego, tyle że zatracającego ducha oryginału i ze straszliwie głupio zmodyfikowanym zakończeniem było jedną z najgorszych tegorocznych decyzji. Na całe szczęście, już za parę dni będę mogła pocieszać się drugim sezonem jedynego słusznego Broadchurch.

2. Seriale z lat wcześniejszych oglądane na bieżąco

Mój zestaw seriali oglądanych na bieżąco jest ostatnio coraz bardziej uszczuplony. Z 2010 roku został mi Sherlock i Downton Abbey (o ile akurat są na antenie), z 2011 Once Upon A Time i Grimm, z 2012 Arrow, z 2013 Masters of Sex (drugi sezon na szczęście był równie doskonały co pierwszy), Sleepy Hollow (kolejny z seriali do kotleta; sensu w tym bowiem za grosz, ale Ichabod Crane wciąż taki uroczy) i Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D. (drugi sezon Agentów to oficjalnie największe serialowe zaskoczenie tego roku). W marcu, po dziewięciu sezonach, zakończyło się z kolei How I Met Your Mother ― serial, przy którym zdecydowanie zbyt długo tkwiłam i powinnam była porzucić go po góra piątej serii, zamiast z uporem oglądać do końca.
2014seriale3

Nadrobiłam wspomniane wyżej Broadchurch z 2013 roku (dwa dni bardzo intensywnego oglądania; ale co zrobić, to po prostu doskonały serial ― nie wiem, czy nie najlepszy, jaki w tym roku obejrzałam) oraz House of Cards, niekwestionowany zwycięzca w kategorii największy serialowy opad szczęki za pierwszy odcinek drugiego sezonu. W obu przypadkach z niecierpliwością czekam na kolejne sezony.

Do tego udało mi się napocząć Wallandera (obejrzałam 4 z 9 odcinków), ale jako że każdy odcinek stanowi oddzielną sprawę, a czwartego ― ostatniego rzekomo ― sezonu i tak jeszcze nie ma, to nigdzie mi się nie spieszy. Nie spieszy mi się także z Doctorem Who; po roku oglądania zakończyłam czwarty sezon i następujące po nim odcinki specjalne. Tak, jeśli 2014 rok należał na moich ekranach do jednej tylko osoby, to bez wątpienia był to David Tennant. Jego też obarczam winą za to, że kompletnie nie potrafię się zebrać do oglądania kolejnych sezonów Doctora z innymi aktorami.

2014seriale4

3. Seriale z lat wcześniejszych, które już się zakończyły

Zamiast Doctora oglądam więc Torchwood, czyli spin-off z kapitanem Jackiem Harknessem. Co prawda sezon czwarty skończyłam już w 2015 roku, ale zdecydowaną większość odcinków widziałam jednak jeszcze w poprzednim roku. Dziwny jest to serial, nieprzypominający niczego, co widziałam wcześniej ― mamy tu bowiem dwa dłuższe sezony z formułą potwora tygodnia, pozwalające nam stopniowo poznawać bohaterów, z lepszymi lub gorszymi fabułami (choć tych lepszych jest na szczęście znacznie więcej, zwłaszcza w drugim sezonie), następnie pięcioodcinkowy sezon trzeci, stanowiący zwartą całość i bardzo, ale to bardzo przypominający klimatem Doctora Who (tyle że w smutniejszym i poważniejszym wydaniu), a na zakończenie sezon czwarty, będący koprodukcją z amerykańską stacją Starz, który w ogóle nie przypomina wcześniejszego Torchwood. Nie zrozumcie mnie źle, fabuła czwartego sezonu wciąga, a znajome twarze zawsze miło powitać na ekranie na dodatkowe dziesięć epizodów, ale tak naprawdę zrobił się z tego serial o CIA, korporacjach i spiskach, a nie o kosmitach, Cardiff i Torchwood. Nie wiem, czy istnieje druga, równie przedziwnie skonstruowana produkcja.

2014seriale5

Cóż poza tym? Nadrobiłam anulowany Camelot (nie był wcale tak tragicznie zły, jak się o nim mówi), recenzowane na blogu Death Comes to Pemberley i Parade’s End, kultowy Firefly (mogę dołączyć do jęków i ubolewań z powodu skasowania), Once Upon A Time in Wonderland (kolejne spore zaskoczenie; miał być słaby, a druga połowa była naprawdę świetna), dwuodcinkowy Neverland (raczej rozczarowujący, ale jeśli lubi się Piotrusia Pana, to i tak trzeba obejrzeć), jeden z pierwszych seriali HBO, Sex and the City (raczej do kotleta) oraz jedną z nielicznych komedii, jaka zatrzymała mnie przy sobie na dłużej, That ’70s Show (mimo sporej sympatii do wczesnych sezonów ― jeśli zrobię kiedykolwiek zestawienie najgorszych zakończeń serialowych, to obiecuję umieścić ten tytuł wysoko na liście).

GROWE PODSUMOWANIE ROKU 2014

Dla tych z Was, którzy kompletnie nie interesują się grami ― dobra wiadomość. 2014 to kolejny rok, gdy grałam bardzo mało, więc i pisać nie mogę zbyt wiele. Co roku obiecuję sobie, że wreszcie się to zmieni, i co roku pamiętam o tym tylko na początku i pod koniec roku. Może to po prostu sezon jesienno-zimowy? Jakoś tak przyjemniej siedzieć przy komputerze czy konsoli, gdy za oknem deszcz czy śnieg, a temperatury nie skłaniają do aktywności na powietrzu. Z kolei wiosną i latem wolałam pobiegać czy popływać, a o graniu zapomniałam kompletnie. Czy jednak jest co wspominać?

Początek roku spędzałam kolejno przy survivalowym Don’t Starve; turowym, bardzo klasycznym RPG Avernum (którego niestety nie skończyłam, a dziś już oczywiście nie pamiętam, co się działo; niestety, ta gra jest po prostu zbyt ogromna); oraz, tradycyjnie, jednej z gier LEGO ― tym razem Marvel Super Heroes. Zajęła mi czas aż do kwietnia, kiedy to wbiłam wreszcie 100% wszystkiego i mogliśmy od siebie odpocząć.

Później nastąpiła wspomniana wiosenno-letnia przerwa, a na jesieni dokończyłam wreszcie drugą część wspaniałego Uncharted, czyli Among Thieves. Mam z tej serii ogromną frajdę ― co więcej, to właśnie ten cykl nauczył mnie, że strzelanie (w dodatku na padzie!) nie jest takie złe, ba, jest nawet całkiem fajne. Przede mną jeszcze trzecia część, ale czuję dziwną potrzebę, by choć trochę ją sobie „oszczędzać” na później. W końcu gdzie ja potem znajdę drugiego takiego Nathana Drake’a!

2014gry

Następnie rozgrzebałam dwa tytuły: na konsoli God of War, które dla gracza niedzielnego, jakim niewątpliwie jestem, bywa frustrująco trudne (ale gdy nie jest frustrujące, to jest z kolei bardzo satysfakcjonujące), a na PC Deus Ex: Human Revolution, które ogółem szalenie mi się podoba, ale mam z nim ten problem, że nie cierpię walk z bossami. Tak generalnie, we wszystkich grach, nie tylko w tej konkretnej. Ale w DE:HR te obowiązkowe walki wkurzają mnie jeszcze bardziej niż zwykle, ponieważ nie dość, że słabo strzelam jako gracz, to jednocześnie słabo strzelam jako postać, gdyż mój Adam Jensen jest uzdolniony w zupełnie innych kierunkach niż walka. Mam nadzieję, że uda mi się jednak ten tytuł dokończyć (i że wrócę do niego zanim znów zapomnę, co się działo wcześniej), ale chwilowo od siebie odpoczywamy.

Pod sam koniec roku wciągnęłam się za to w przygodówki. Kiedyś byłam sporą fanką gatunku, potem jakoś nasze drogi się rozeszły. Zatęskniłam jednak za starym dobrym point&click ― i odgrzebałam kilka leciwych płyt z tytułami, które przechodziłam na tyle dawno, że i tak nie pamiętam rozwiązań zagadek. Na pierwszy ogień poszedł jeden z moich ulubieńców ― Post Mortem. Równolegle poznałam także stosunkowo nowy wynalazek, czyli przygodówki z elementami hidden object games. Wiecie, macie kupę różnorakich przedmiotów na ekranie, a pod spodem spis rzeczy, których szukacie. Do tego dochodzą różne warianty i modyfikacje tego schematu, a także szereg innych zagadek. Nie jest to szczególnie ambitny rodzaj gier, ale odprężam się przy nich równie dobrze co przy układaniu puzzli (co z kolei robię głównie latem; dziwne te moje zależności od pór roku). Na całe szczęście przygodówki to akurat te krótsze z gier, więc na nie pewnie łatwiej będzie mi znaleźć czas także po zakończeniu urlopu. Gorzej z innymi tytułami. Tyle się teraz narzeka, że gry takie niezbyt długie, a ja i tak mam problem z kończeniem napoczętych produkcji.

BLOGOWE (I OSOBISTE) PODSUMOWANIE ROKU 2014

W tym roku na blogu nie pojawiło się szczególnie wiele wpisów. Początek roku był mocny… ale w marcu zmieniło mi się życie w znacznym stopniu i przestałam mieć tyle czasu na pisanie co wcześniej. Tak się bowiem złożyło, że porzuciłam pełnowymiarową działalność freelancerską jako tłumacz i poszłam posiedzieć za biurkiem w korporacji jako analityk. Co jest zresztą dość dobrym wytłumaczeniem mojego zamiłowania do Excela i tych wszystkich statystyk czy wykresów z poprzednich wpisów ― ja się prostu dobrze czuję z danymi, arkuszami kalkulacyjnymi, pivotami i innymi takimi tworami, niezbyt fascynującymi dla większości.

Mniej czasu spędzanego w domu i na obcowaniu z kulturą sprawiło jednak, że przestałam pisać na blogu tak często, jakbym sobie tego życzyła. 22 wpisy w styczniu i 14 wpisów w lutym to raczej szczyt aktywności, którego nigdy już nie przebiję. W czerwcu i październiku nie spłodziłam ani jednej notki, w pozostałych miesiącach było ich od dwóch do sześciu. W sumie rok 2014 zakończyłam z 62 wpisami ― co może i byłoby niezłym wynikiem, ale gdybym pisywała regularnie zamiast zrywami.

Co najchętniej czytaliście? Z całą pewnością nie recenzje, stąd nie muszę mieć do siebie żalu, że nie pojawiło się ich tu zbyt wiele w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Większość wolała wpisy, nazwijmy to, bardziej ogólnej natury.

TOP 20 najchętniej czytanych wpisów w 2014 roku

  1. Biblioteczka 2.0
  2. TOP 5: Filmy o superbohaterach
  3. TOP 5: Choroby w literaturze
  4. Korzenie kultury — „Mitologia Greków i Rzymian”, Zygmunt Kubiak
  5. Świadomość a inteligencja — „Ślepowidzenie”, Peter Watts
  6. Państwo Darcy kilka lat później ― „Death Comes to Pemberley”
  7. TOP 5: Seriale, które wiedziały, kiedy się skończyć
  8. Niech przemówi film niemy ― czyli jak polski dystrybutor zabił „Robaczki z Zaginionej Doliny”
  9. TOP 5: Co mnie wkurza w wydaniach książek
  10. Książki na zesłaniu (+bonus)
  11. Co skrywają półki?
  12. TOP 5: Śpiewające czarne charaktery
  13. Gdzie się podziały tamte dystopie…
  14. Avangarda 2014 ― czyli dlaczego warto chodzić na konwenty
  15. TOP 5: Jak czytać więcej książek
  16. TOP 5: Co mnie wkurza w tłumaczeniu tytułów filmów
  17. TOP 5: Najpierw książka, potem film
  18. Gnani wiatrem zmian ― „Parade’s End” („Koniec defilady”)
  19. Serialowe zapowiedzi na styczeń 2014
  20. TOP 5: Co mnie wkurza na blogach książkowych

Wnioski? Tak. Tegoroczny rekordzista, wpis z aktualnymi zdjęciami mojej biblioteczki, zebrał ponad dwukrotnie więcej odsłon niż kolejna pozycja na liście. W TOP 20 wylądowały jeszcze dwie inne notki ze zdjęciami książek. Dowodzi to jednego: nawet na blogu niegdyś książkowym, a obecnie ogólnokulturalnym, odbiorcy najbardziej lubią oglądać zdjęcia. Nie jest to dla mnie odkryciem dekady, ale i tak proporcje były dość niespodziewane. Co nie zmienia faktu, że w dalszym ciągu nie pójdę drogą publikowania stosików, choć i oglądalność, i liczba wpisów tylko by od tego rosły. Z kolei recenzje są passe (no, chyba że są to niszowe brytyjskie seriale; to akurat fajne, że na listę wskoczyły teksty o Parade’s End i Death Comes to Pemberley), więc niewielką stratą jest to, że coraz rzadziej chce mi się pisać. Z punktu widzenia entuzjazmu odbiorców lepiej tworzyć felietony i robić zestawienia, a najlepiej jeśli są o tym, co mnie wkurza, bo hejt (nawet wyważony i mało hejterski) dziwnym trafem zawsze dobrze się klika. Ale nie bierzcie sobie tych chłodnych wniosków statystycznych do serca, jako i ja nie biorę. To tylko ciekawostki. I tak zasada jest tylko jedna ― piszę o tym, o czym akurat mi się chce. :)

Co prócz bloga? W tym roku przetłumaczyłam dwie książki ― i nie jest wykluczone, że będą to dwie ostatnie książki mojego tłumaczenia. A przynajmniej ostatnie na pewien czas. Nad pierwszą pracowałam jeszcze w styczniu i lutym, nad drugą zaś ― dodatkowo po godzinach, w lipcu i w sierpniu. Na dłuższą metę nie widzę jednak sensu w pracy na dwa etaty, tak więc mała jest szansa na to, że częściej dam się skusić na podobny deal. Ale nigdy nie mówię nigdy.

2014zycie

Nie mam zielonego pojęcia, dokąd zaprowadzi mnie dalsza droga ― i mam w tym momencie myśli różnorakie aspekty życia. Wiem tylko jedno: I just go with the flow. And I enjoy it!

Filmowe podsumowanie 2014

Nie macie jeszcze dość po ostatnich siedmiu stronach literackich podsumowań? Mam nadzieję, że nie ― dziś pora na część drugą, czyli filmy! Kolejny dział, do którego prowadzę na tyle dokładne statystyki, że nie zabraknie ani wykresów, ani zestawień TOP 5. Nie traćmy więc więcej czasu i powspominajmy, co wartego polecenia obejrzałam w 2014 roku.

FILMOWE PODSUMOWANIE ROKU 2014

1. Rozliczenie z planów poczynionych na koniec roku 2013.

Moim pierwszym życzeniem było oglądanie jeszcze większej liczby lepszych filmów. Patrząc na tegoroczną średnią z obejrzanych produkcji (do której przejdziemy później) ― cel uważam za zrealizowany. Chciałam także oglądać więcej filmów starszych, a mniej tych nakręconych w ostatnich latach. W tym przypadku jednak zawaliłam na całej linii. Poszerzanie swojej filmoteki uważam z kolei za połowicznie udane. Warto zaznaczyć, że podjęłam w tym roku jedną z ważniejszych decyzji ― przestałam inwestować w DVD, które jest dla mnie pieśnią przeszłości. W związku z tym sporą część swoich zbiorów wyprzedałam, rozdałam także wszystkie kasety VHS. Filmy i seriale kupuję już tylko na Blu-Rayach. Uzupełniłam swój zbiór filmów superbohaterskich i zaczęłam powoli kompletować kolekcję animacji Disneya. W tym roku powinnam pociągnąć te plany dalej. Jeśli zaś chodzi o dziesięć produkcji, które wyznaczyłam sobie do oglądania w 2014 roku ― obejrzałam z nich raptem połowę. Niedobrze!

2. Garść statystyk.

Inaczej niż w przypadku książek, ten rok filmowy wypadł ciut lepiej niż poprzedni. Nie jest to mój rekord, ale nie mam aktualnie ambicji ― ani możliwości ― by konkurować ze sobą sprzed paru lat. 140 produkcji to niemal dwukrotnie więcej niż przeczytane 71 książek, ale nie ukrywam, że w trakcie tygodnia o wiele łatwiej znaleźć mi czas, a przede wszystkim siłę, na film niż na lekturę.

2014filmy1

Średnio daje mi to ponad 11 filmów na miesiąc. Najsłabiej bez wątpienia wypada marzec ― miesiąc, w którym zaczęłam pracę. Wracałam wówczas do domu tak zmęczona, że od razu kładłam się spać, ewentualnie oglądając wcześniej odcinek serialu. Najlepiej wypadł grudzień, i to nie z uwagi na okres świąteczny (wtedy poświęcałam czas na powtórki), a potrzebę ponadrabiania kilku tytułów, które chodziły za mną od dłuższego czasu. Świetny był także styczeń (wtedy nadrabiam produkcje nominowane do Oscarów czy Złotych Globów) i ten trend pewnie utrzyma się i w tym roku.

2014filmy2

Jeśli chodzi o rodzaj oglądanych produkcji, udało mi się je zróżnicować nieco bardziej niż w zeszłym roku. Spadł udział tytułów fantastycznych, na prowadzenie wysunęły się dramaty. Obejrzałam o wiele mniej produkcji krótkometrażowych, a za to o wiele więcej animacji ― miałam ambitny plan nadrabiania tych ostatnich i większość tytułów z listy udało mi się skreślić. Napiszę o tym szerzej przy innej okazji, ale dziś pochwalę się tylko, że widziałam już choćby prawie wszystkie filmy studia Dreamworks (został mi jeszcze tylko jeden).

2014filmy3

O wiele słabiej wypada zestawienie krajów i lat produkcji. Dominują ― i to znacznie ― filmy amerykańskie. Dopiero pod koniec roku uświadomiłam sobie, że nie widziałam od bardzo dawna żadnego tytułu polskiego, w związku z czym nadrobiłam większość obrazów Wojciecha Smarzowskiego; to była zdecydowanie rewelacyjna decyzja. W przyszłym roku może uda mi się z kolei uzupełnić trochę braki na niwie starszych polskich produkcji. Jeszcze gorzej ma się sprawa z filmami z innych krajów ― cztery filmy produkcji francuskiej (choć tak naprawdę tylko dwa francuskojęzyczne), jeden kanadyjski, jeden japoński, jeden duński i jedna krótkometrażówka z Luksemburga. Zdecydowanie warto popracować nad większą różnorodnością.

2014filmy4

Pod względem czasu produkcji zdecydowaną przewagę mają filmy najnowsze. Na liście odhaczyłam 30 tytułów z 2014 roku i 33 z 2013 roku. Ogółem ponad połowę moich obejrzanych stanowiły filmy powstałe w ciągu ostatnich pięciu lat. Przyzwoicie reprezentowana była także pierwsza dekada XXI wieku; pozostałe ― znacznie słabiej. Szczególnie ubolewam nad niskim udziałem filmów nakręconych przed 1950 rokiem ― zaledwie dwie krótkometrażówki. Kolejny temat do przemyśleń na najbliższy rok.

2014filmy5

Średnia ocena 140 obejrzanych tytułów wyniosła w tym roku 6,96 w skali dziesięciostopniowej (rok temu było to 6,56, więc chyba słusznie pogratulowałam sobie postępów w doborze repertuaru). Mediana, tak jak przy książkach, wyniosła 7. Dziesiątkę przyznałam zaledwie raz, ale dziewiątkę ― aż dwadzieścia razy. Jedynki nie było ani jednej, dwója ― jedna, a trójki ― dwie. Które tytuły zasłużyły na najwyższe, a które na najniższe noty? Tego dowiecie się z kolejnego punktu podsumowań.

3. Naj, naj, naj.

Podobnie jak w przypadku książek, postanowiłam sporządzić trzy listy TOP 5 ― zaskoczenia, rozczarowania i najlepsi z najlepszych (tytuły w kolejności alfabetycznej). Muszę zaznaczyć, że nie chodzi tu o filmy, które ukazały się w minionym roku, a o całokształt tytułów, jakie obejrzałam, więc niech nie dziwi Was spory rozstrzał dat premier. Ale nie ma tego złego! Jak co roku, przy okazji omówień i spekulacji okołooscarowych z całą pewnością wyłonię swoich faworytów roku 2014. Nie ma jednak sensu dublować tych zestawień, a i zbytnio się spieszyć, skoro wielu ważnych tytułów nie miałam jeszcze szans obejrzeć z uwagi na późne daty polskich premier.

TOP 5: Największe zaskoczenia

2014filmy6

Extremely Loud & Incredibly Close / Strasznie głośno, niesamowicie blisko (2011)

Po film sięgnęłam w ramach nadrabiania zaległości oscarowych ― w 2012 roku obraz otrzymał dwie nominacje, w tym dla najlepszego filmu. Przed seansem byłam jednak mocno niepewna: dramat z dzieckiem w roli głównej skupiony na temacie ataków na WTC? Ku swojemu zdumieniu otrzymałam jednak chwytającą za serce, gorzko-słodką opowieść, z zupełnie nieirytującym bohaterem (a dzieci na ekranie dość często bywają irytujące) i świetną postacią drugoplanową graną przez Maxa von Sydowa. Jeśli na poziomie emocji macie gust podobny do mojego, obejrzyjcie koniecznie.

In Bruges / Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj (2008)

Ten film to takie typowe „ni pies, ni wydra” ― łączy w sobie elementy komedii, dramatu, kryminału i sensacji. I robi to w cudowny, magnetyzujący sposób. Po opisie i plakatach (i głupawym polskim tytule) spodziewałam się typowej komedii kryminalnej, tymczasem otrzymałam film zręcznie balansujący na granicy tego, co śmieszne, z tym, co refleksyjne, podlane napięciem i akcją. I te dialogi! Od razu widać, że brytyjskie. Nigdy już nie spojrzę na Brugię w ten sam sposób. Życzę sobie więcej równie błyskotliwych filmowych niespodzianek.

Pride / Dumni i wściekli (2014)

Oglądam znacznie mniej filmów brytyjskich niż bym chciała, ale jeśli już na jakiś trafiam ― to zazwyczaj jest to strzał w dziesiątkę. „Pride” to oparta na faktach historia strajkujących walijskich górników, których postanawia wesprzeć grupa londyńskich homoseksualistów. Środowiska te, wydawałoby się, skrajnie różne, ale znalezienie platformy porozumienia mogłoby pomóc zarówno jednym, jak i drugim, zwłaszcza w obliczu nieprzychylnego rządu Margaret Thatcher. Dla mnie to taki wzorzec komediodramatu, w którym naprzemiennie śmieję się i płaczę.

Rush / Wyścig (2013)

Cofam się w tym momencie aż do stycznia ― dokładnie do drugiego filmu obejrzanego w 2014 roku ― ale mam nadzieję, że jeszcze nie zapomnieliście o „Wyścigu”. Straszliwie pominięty w oscarowych nominacjach, wybitnie zaskoczył mnie tym, jak bardzo temat, o którym nie wiedziałam kompletnie nic, potrafił zainteresować dzięki świetnemu scenariuszowi, aktorstwu i zdjęciom. Jeśli podobnie jak ja pokochaliście „Rush”, to pewnie czekacie również na tegoroczny film Rona Howarda ― „In the Heart of the Sea”, w którym ponownie w głównej roli wystąpi Chris Hemsworth.

X-Men: Days of Future Past / X-Men: Przeszłość, która nadejdzie (2014)

Choć czekałam na ten film z zapartym tchem, to równocześnie strasznie się bałam, że będzie w nim za dużo wszystkiego. Sequel, prequel, interquel i częściowy reboot w jednym? Bardzo wiele rzeczy mogło się nie udać. Choć zebranie zarówno młodszej, jak i starszej obsady na papierze robiło wrażenie, to zmieszczenie tylu postaci w dwugodzinnym materiale także wydawało się karkołomne. Efekt końcowy zapewnił mi jednak wyłącznie czystą radość i masę świetnej zabawy, a pamiętną scenę z Quicksilverem mogłabym oglądać w zapętleniu przez cały dzień. Moim ulubionym filmem z mutantami wciąż pozostaje „First Class”, ale „Days of Future Past” także nie mają się czego wstydzić.

TOP 5: Największe rozczarowania

2014filmy7

300: Rise of an Empire / 300: Początek imperium (2014)

W kategorii najbardziej rozczarowującego sequela dzierży palmę pierwszeństwa (a dodam, że druga część Sin City stanowiła godną konkurencję, więc nie było w tym roku łatwo zdobyć tę nagrodę). Ja naprawdę nie miałam wielkich oczekiwań. Ba, nawet sensu nie oczekiwałam, gdyby zachwyciła mnie warstwa wizualna. Tymczasem dostajemy tak straszliwie rozwodnione popłuczyny po pierwszych „300”, że nawet zagorzali fani Evy Green nie mają jak tej produkcji bronić. Lepiej raz jeszcze obejrzeć historię dzielnych Spartan pod wodzą Gerarda Butlera.

Felix, Net i Nika oraz Teoretycznie Możliwa Katastrofa (2012)

Katastrofa okazała się niestety nie tylko teoretycznie możliwa, ale i faktyczna. Jeśli sądzicie, że w amerykańskich serialach widujecie czasami słabo grające dzieci (kieruję to choćby do narzekających fanów Gotham czy Once Upon A Time) ― to wierzcie mi, tak naprawdę nie widzieliście jeszcze słabo grającego dziecka. Bardzo, ale to bardzo, chciałabym móc powiedzieć o tym filmie cokolwiek dobrego, gdyż szalenie lubię prozę Rafała Kosika, ale uczciwie nie mogę, po prostu nie mogę.

Pompeii / Pompeje (2014)

Och, ten film był po prostu tak szalenie głupi! Może gdybym oglądała go w doborowym towarzystwie, to przynajmniej mogłabym się dobrze bawić. Niestety, oglądałam go sama, z jakąś niespotykaną naiwnością, że może nie będzie tragedii. Była. No dobra, wulkan ładnie wybuchał, ale znoszenie blisko dwóch godzin cielęcego spojrzenia Kita Haringtona i gwałtu na wszelkich znamionach sensu chyba jednak nie było warte tych pięciu minut erupcji. Następnym razem obejrzę lepiej program o wulkanach na Discovery.

Snowpiercer / Snowpiercer: Arka przyszłości (2013)

Może trochę krzywdzę ten film, umieszczając go na tej liście ― w końcu był o klasę lepszy od każdego z pozostałych wymienionych w tym punkcie tytułów ― ale mimo jego średniego, nie zaś żenująco niskiego poziomu, był dla mnie jednym z największych rozczarowań. Głównie dlatego, że to naprawdę mógł być dobry film. Ciekawy koncept wyjściowy z zamkniętą przestrzenią pociągu, genialna jak zawsze Tilda Swinton, ogromnie przeze mnie lubiany Chris Evans… i zero sensu, a do tego porażająco głupie zakończenie. Plus, dodatkowy karny jeżyk dla twórców plakatu z porównaniami do „Matrixa” i „Blade Runnera”.

The Interview / Wywiad ze Słońcem Narodu (2014)

Pierwszy tytuł, jaki umieściłam na tej liście i największa pomyłka roku 2014. Nieskrywany żal mam nie tylko do twórców obrazu, lecz także do wszystkich tych, którzy przyczynili się do powstania wokół niego tego strasznego zamętu. Gdyby nie to, pewnie w ogóle nie przyszłoby mi na myśl, by po niego sięgać. A tak mogłam jedynie utwierdzić się w przekonaniu, że jeśli istnieje na świecie skrajność nieśmieszności, to tworzą ją amerykańskie komedie tego właśnie pokroju. Nie mam pojęcia, komu mógłby się ten film spodobać, ale ja nie polecam go nawet wrogom.

TOP 5: Najlepsze z najlepszych

2014filmy8

Dom zły (2009)

Pierwszy raz w życiu ― o ile pamięć mnie nie zawodzi ― zdarzyło mi się skończyć film, po czym natychmiast odtworzyć go i obejrzeć w całości po raz drugi. Tak, tego samego wieczoru. W przypadku tego tytułu po prostu nie mogłam inaczej. Musiał po prostu ułożyć mi się emocjonalnie w głowie, a przyznaję, że dawno tylu metaforycznych uderzeń czymś ciężkim w głowę nie otrzymałam podczas seansu. Z czterech obejrzanych właściwie dzień po dniu filmów Smarzowskiego to właśnie „Dom zły” zrobił na mnie największe wrażenie (choć podobały mi się wszystkie). Czekam z niecierpliwością na kolejne filmy reżysera, a to chyba jedyny Polak, o którym mogę w tej chwili powiedzieć w ten sposób.

Her / Ona (2013)

Pamiętam, że „Her” była rok temu moim nieodżałowanym oscarowym faworytem. Do dziś wspominam również niebanalną stylistykę i świetnego Joaquina Phoenixa w głównej roli. Choć przez cały rok miałam okazję widzieć wiele świetnych filmów, to nie byłam w stanie zapomnieć o obrazie Spike’a Joneza. Wśród efektownych superprodukcji brakuje często bardziej kameralnego i bliższego dzisiejszemu życiu obrazu przyszłości, w której nie wszystkie kolory zastąpiono błękitami, szarościami i stalą. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji, nadróbcie „Her” koniecznie.

Saving Mr. Banks / Ratując pana Banksa (2013)

Od dłuższego czasu przymierzam się do zakupu jakiegoś ciekawego wydania tego filmu i obejrzenia go po raz drugi. To jedna z tych produkcji, na których płaczę od połowy, ale nie mogę się doczekać, by zafundować sobie te emocje raz jeszcze. Do tego genialna Emma Thompson (a ja w dodatku należę do tych osób, które nie wyobrażają sobie nie uwielbiać Emmy Thompson za całokształt), wspaniałe piosenki, zakorzeniające się w głowie na wiele dni, i ta charakterystyczna, disneyowska magia.

Singin’ in the Rain / Deszczowa piosenka (1952)

To był całkiem niezły rok w kwestii nadrabiania musicali. Co prawda jeszcze kilka karygodnych niedopatrzeń znajduje się na mojej liście wstydu, ale przynajmniej mogłam wykreślić z niej „Deszczową piosenkę”. Film na mojej liście znalazł się nie tylko z uwagi na wspaniałe piosenki, lecz także za bycie fascynującą opowieścią o kinie i humor, który naprawdę mnie bawił ― a jak może wiecie, mnie spora część komedii w ogóle nie bawi, więc to podwójny sukces.

Schindler’s List / Lista Schindlera (1993)

Jedyna dziesiątka tego roku. Klasyka nad klasykami, zdobywca worka nagród i nie wiem czy nie najlepszy film w reżyserii Stevena Spielberga. Do tego jedna z najlepszych ról Liama Neesona i kradnący wszystkie swoje sceny Ralph Fiennes. Chyba także najlepszy film dotyczący wojny, jaki przyszło mi widzieć. (Sporo tu tych „najlepszych”, ale to celowo!). Żałuję mocno, że nie obejrzałam tej produkcji wiele lat wcześniej, ale lepiej późno niż wcale.

***

Przed nami jeszcze jedna część podsumowań, już nie tak dogłębna i szczegółowa. W kolejnym wpisie przyjrzę się serialom i, bardzo pobieżnie, grom (w tych działach już bez wykresów, możecie odetchnąć z ulgą), a potem napiszę kilka słów o blogu i o moim prywatnym roku. Do przeczytania niebawem!

Literackie podsumowanie 2014

Podsumowania! Jeśli jest jakikolwiek powód, który sprawia, że cieszę się z końca roku (a generalnie się nie cieszę ― wiecie, czas ucieka, lata lecą, no z czego tu się cieszyć), to są to właśnie podsumowania! Mogę spędzić jeszcze więcej czasu niż zwykle na analizowaniu liczb, wykresów i tabelek, tworzeniu spisów, snuciu planów, wyłanianiu najlepszych, najsłabszych i innych naj, a potem mogę oczywiście przelać to na papier, choćby ku własnej uciesze. (Choć oczywiście mam nadzieję, że i Wy lubicie podsumowania i spędzicie kilka miłych chwil razem z moim). Nie bez powodu zresztą podsumowania roku mają na tym blogu swój własny tag ― bym mogła łatwo do nich wrócić. Dziś prezentuję część pierwszą ― czyli książki.

LITERACKIE PODSUMOWANIE ROKU 2014

1. Rozliczenie z planów poczynionych na koniec roku 2013.

W zeszłorocznym podsumowaniu literackim wspomniałam o tym, iż w roku kolejnym chciałabym przede wszystkim mniej recenzować. Plan powiódł się w stu procentach ― recenzji książek powstało bardzo mało, ja zaś odpoczęłam nieco od czytania pod dyktando i na czas, a także utwierdziłam się w tym, iż bardziej pasują mi inne formy wyrazu. Rok temu chciałam także poznawać więcej pozycji niebędących nowościami wydawniczymi. W tym przypadku sukces raczej umiarkowany; siedemnaście moich lektur wydano w 2014 roku, a wiele innych niewiele wcześniej; niecałą jedną trzecią tytułów mogę uznać za nie-nowości. Kolejnym pobożnym życzeniem było ograniczenie zakupów. Czy muszę dodawać, że raczej nie w pełni sprostałam zadaniu? I wreszcie dziesięć tytułów wybranych do przeczytania w ciągu dobiegającego właśnie końca roku ― przeczytałam z nich cztery. Chyba jednak muszę inaczej podejść do wyznaczania sobie celów w tym roku…

2. Garść statystyk.

Przeczytałam 71 tytułów, czyli o 14 mniej niż rok temu. Ogółem to dość słaby wynik ― w ciągu ostatnich lat, odkąd prowadzę dokładne spisy, gorzej wypadł jedynie rok 2010, a wtedy zaczęłam czytać książki dopiero w lipcu. Ale nie powinnam być dla siebie zbyt surowa ― to wciąż niezły wynik i wyrobienie normy bodaj 71 statystycznych Polaków. Średnio daje to niecałe sześć książek na miesiąc.

2014ksiazki1

Rozkład miesięczny prezentuje się bardziej regularnie niż w roku ubiegłym. Rekordowy okazał się kwiecień z dziesięcioma lekturami, niezły był też wrzesień z ośmioma. Najsłabiej wypadł styczeń ― początek roku to raptem trzy przeczytane książki. To pewnie dlatego, że w styczniu i lutym przede wszystkim oddawałam się oglądaniu filmów z sezonu oscarowego (i tak będzie pewnie i w tym roku). Także w czerwcu i lipcu nie mam się czym pochwalić; w tym przypadku winny jest sport, ponieważ gdy tylko robi się ciepło, porzucam domowe zacisze, by biegać, pływać i ćwiczyć. Myślę, że to akurat całkiem dobra wymówka.

2014ksiazki2

W tym roku postanowiłam także przyjrzeć się formie wydania czytanych pozycji ― i sprawdzić, jak wygląda w moim przypadku stosunek książek i komiksów papierowych do ebooków czy audiobooków. Najmniej mamy tych ostatnich ― dwie sztuki, czyli niecałe 3%. Zmiany tego wyniku raczej nie przewiduję, ponieważ przy moim obecnym trybie życia i czytania raczej nie ma na nie miejsca. Zupełnie inaczej wygląda sprawa ebooków, które stanowiły 35% moich tegorocznych lektur. Możliwe, że ten odsetek będzie wzrastał, ponieważ najwięcej czasu na czytanie mam ostatnio w autobusach i tramwajach. Z kolei w domu łatwiej mi usiąść do filmu czy serialu.

Cóż znalazło się wśród przeczytanych lektur? Pełen ich spis wraz z linkami do recenzji znajdziecie tutaj. Podobnie jak w zeszłym roku, przyjęłam nieco dziwny podział rodzajowy ― i podobnie jak w zeszłym roku, największy udział przypadł fantastyce. Warta odnotowania jest zwiększona przyswajalność komiksów (gdyby ktoś pytał ― zliczam całe tomy, nie pojedyncze zeszyty). Mam nadzieję, że utrzymam ten poziom także w kolejnych latach, gdyż coraz mocniej wciągam się w świat powieści graficznych. Kosztem fantastyki chciałabym zwiększyć za to liczbę czytanych powieści współczesnych i klasycznych oraz literatury non-fiction.

2014ksiazki3

Przyjrzałam się także pochodzeniu autorów przeze mnie czytanych. Zaskoczenia nie było ― prowadzą Stany Zjednoczone. Cieszy spora liczba polskich tytułów (wśród nich i fantastyka, i klasyka), mamy też kilku Brytyjczyków. Martwi szalenie niski odsetek literatury nieanglojęzycznej. W 2014 przeczytałam po jednej powieści niemieckiej, austriackiej, belgijskiej, irlandzkiej, rosyjskiej i hiszpańskiej, a do tego kilka komiksów francuskojęzycznych (w tym jeden autora pochodzenia serbskiego). Na listę planów na 2015 muszę wpisać popracowanie nad tymi proporcjami.

2014ksiazki4

Nim przejdziemy do omawiania konkretnych tytułów, spójrzmy też ogólnie na jakość tegorocznych lektur. Średnia ocena w skali dziesięciostopniowej wyniosła 7,06, a mediana ― 7. Z doboru jestem więc całkiem kontent. Żadna książka nie otrzymała najwyższych laurów, ale już na solidną dziewiątkę zasłużyło dziewięć pozycji. Nie trafiłam na szczęście na zbyt wiele słabych książek: nie postawiłam żadnej pały ani dwói, a na trójczynę załapał się tylko jeden tytuł.

Pora na ostatnie dane liczbowe. Zakupy. Rozbiłam swoje katalogowanie na książki i komiksy, gdyż tych ostatnich zaczęło w 2014 lawinowo przybywać. W roku 2014 do mojej biblioteczki doszło 95 książek i 36 komiksów. Pozycji zakupionych cyfrowo nie wliczam. Wyników zaś nie komentuję, przecież o moim zakupoholizmie dobrze wiecie już od dawna. Chociaż nie, właściwie to powinnam być z siebie dumna ― w końcu rok temu do moich zbiorów dołączyło 308 (!) pozycji, tak więc poczyniłam mimo wszystko zauważalne postępy. Prawda? Prawda?

2014ksiazki5

3. Naj, naj, naj.

Ci z Was, którzy nie lubią matematyki, mogą już otworzyć oczy ― więcej wykresów i procentów w tym wpisie nie będzie. Pora na kilka zestawień i wyliczanek! Zdecydowałam się na trzy, utrzymane w duchu cyklu TOP 5: największe zaskoczenia, największe rozczarowania oraz najlepsze z najlepszych. Kolejność poszczególnych pozycji alfabetyczna.

TOP 5: Największe zaskoczenia

2014ksiazki6

„1000 lat wkurzania Francuzów”, Stephen Clarke

Są takie książki, w przypadku których wystarczy spojrzeć na tytuł, opis i okładkę, by poczuć chęć natychmiastowego ich kupienia i przeczytania. Tak też było z tym tytułem. Pamiętacie może z młodych lat serię „Strrraszna historia”? „1000 lat wkurzania Francuzów” to oczywiście pozycja pisana dla starszego czytelnika, ale z wyczuwalnym duchem wspomnianego cyklu, opowiadająca o wydarzeniach minionych czasów ze swadą, lekkością i humorem. Książkę Stephana Clarke’a pożerałam łapczywie, ciesząc się z każdej strony opisującej arcyciekawe ― i jakże napięte ― stosunki Anglików i Francuzów. Polecam nie tylko maniakalnym fanom historii.

„Jedwabnik”, Robert Galbraith

Nie jestem koneserką kryminałów. Widać zresztą ze statystyk, że sięgam po nie rzadko. Swego czasu zaczytywałam się co prawda w powieściach Agathy Christie, ale to jeden z nielicznych typów kryminałów, jaki faktycznie lubię. Tym większe zaskoczenie przeżyłam w tym roku, sięgając po powieści J.K. Rowling wydane pod pseudonimem. „Wołanie kukułki” było bardzo sympatyczne, ale to „Jedwabnik” podbił moje serce osadzeniem fabuły w światku literackim i zapadł w pamięć jedną z najbardziej obrazowych scen morderstwa. Nie mogę się też oprzeć wrażeniu, że Rowling pisze z książki na książkę coraz lepiej. Czekam z utęsknieniem na kolejny tom przygód Cormorana Strike’a.

„Niezwykła historia Marvel Comics”, Sean Howe

Większość recenzji, które czytałam przed zakupem tej pozycji, podkreślała, że nie jest to tytuł dla laików. Śmiem się jednak nie zgodzić. A może to tylko ja jestem tym dziwnym wyjątkiem, który z prawdziwą pasją i zainteresowaniem siedział z nosem w książce, ciesząc się z poznawania kolejnych nazwisk i faktów? Dodam też, że nic nie zachęciło mnie do lektury komiksów Marvela równie mocno, co książka Howe’a. Kiedyś, gdy będę już lepiej zaznajomiona z materiałem właściwym, z całą pewnością wrócę do „Niezwykłej historii…”.

„Wśród obcych”, Jo Walton

Może wydać się podejrzane, że właśnie ta pozycja znajduje się na liście zaskoczeń. W końcu „Wśród obcych” zgarnęło jedne z najważniejszych wyróżnień przyznawanych literaturze fantastycznej ― Nebulę, Hugo i British Fantasy Award, a także nominację do World Fantasy Award. Patrząc przez pryzmat mojej wrażliwości, powieść zajmuje w moim sercu tę samą przegródkę, co filmowy „Big Fish” czy Gaimanowski „Gwiezdny pył” ― jest ciepła, choć niepozbawiona momentów gorzkich. Podnosząca na duchu, ale nie cukierkowa. Inne zalety? Na wskroś brytyjska, poświęcona literaturze, w szczególności tej fantastycznej, i jej roli w życiu czytelnika. Czytajcie w ciemno.

„Ziemia obiecana”, Władysław Reymont

Och, jaka to rewelacyjna i wciągająca powieść! Do mnie przemawiająca o wiele silniej niż „Chłopi”, których również doceniam, ale jedynie rozumem. Tymczasem „Ziemię obiecaną” odbieram także emocjami, i to nie tylko z uwagi na umiejscowienie akcji w Łodzi. Niejednoznaczni bohaterowie, zwroty akcji, przeplatające się wątki, gorzkie wnioski i przygnębiająca, życiowa mądrość, która pozostaje dziś równie aktualna, co przeszło sto lat temu. Nawet jeśli nigdy nie lubiliście autorów kojarzonych z lekcjami języka polskiego w szkole, Reymontowi zdecydowanie warto dać szansę.

TOP 5: Największe rozczarowania

2014ksiazki7

„Dzieci Umysłu”, Orson Scott Card

Rozczarowanie ogromne, które doprowadziło do porzucenia lektury przed końcem. A że należę do osób porzucających średnio mniej niż jedną książkę rocznie ― tak, musiało być aż tak źle. Co jest o tyle smutne, że bardzo lubię pierwszą i drugą część cyklu o Enderze. Niestety, wraz z kolejnymi tomami bohaterowie stali się parodiami samych siebie, a autor tak dalece odszedł od tego, co było dobre w jego wcześniejszych książkach, by dać się porwać ideologicznym głupstwom, że „Dziećmi Umysłu” można już tylko napalić w kominku.

„Jeden dzień z panem Julesem”, Diane Broeckhoven

Miało być emocjonalnie i przejmująco, wyszło raczej pretensjonalnie i banalnie. Króciutka opowieść o kobiecie, której mąż niespodziewanie umiera, a ona nie jest gotowa pozwolić mu odejść, miała w założeniu chwytać za serce. Myślę, że dość łatwo mnie wzruszyć i złapać nawet na ograne chwyty, ale przy tej lekturze nie odczułam niczego poza znudzeniem i irytacją. Jedyne pocieszenie? Książkę dodawano do biletu wstępu na jedne z targów książki. Jeśli miała zachęcać do częstszego czytania… chyba nie był to jednak najlepszy wybór.

„Metro 2033”, Dmitry Glukhovsky

Nie ukrywam, że po tylu zachwytach innych czytelników spodziewałam się co najmniej przyzwoitej lektury. Tymczasem dostałam twór przypominający swoją jakością książki pisane na podstawie gier komputerowych, w których ktoś po kolei spisuje, którędy idzie bohater i z kim rozmawia. Nie znalazłam w powieści także żadnej oryginalnej, nowatorskiej myśli, będącej w stanie zatrzymać mnie przy sobie na dłużej. Klimat? Może byłby zaletą, gdyby nie okropny styl autora (ponownie przywodzący na myśl książki z Zapomnianych Krain czy podobny szrot). Dalszych części nie tykam.

„Neuromancer”, William Gibson

Gibson. Cyberpunk. Klasyka. Przez chwilę zdążyłam ubzdurać sobie, że może ja po prostu nie lubię cyberpunku? Potem jednak zagrywałam się w Deus Ex: Human Revolution, więc to jednak nie to. To problem z samym Gibsonem, który pisze w sposób wyjątkowo dla mnie niestrawny. Staram się doceniać to, co uczynił dla literatury czy fantastyki, chylę czoła przed pomysłami i wizjonerstwem. Ale czytać nie mogę, po prostu nie mogę. Jeśli kiedykolwiek dam Gibsonowi drugą szansę, to tylko z uwagi na Wydawnictwo MAG i zapowiadaną serię Artefakty, w której ma się pojawić cała Trylogia Ciągu.

„Niewidzialna korona”, Elżbieta Cherezińska

Nie wiem, czy nie największe zaskoczenie w tym zestawieniu. Przecież pierwsza część, „Korona śniegu i krwi”, otrzymała ode mnie bardzo pozytywną recenzję. Drugi tom kupiłam zaraz po premierze… i od razu po lekturze sprzedałam wraz z jego poprzednikiem. Główna wada? Wtórność, ale to wtórność do sześcianu. Przy każdym rozdziale miałam ochotę walić się grubym woluminem w głowę i krzyczeć: „Przecież ja już to czytałam!”. Może autorka nie miała weny, może to zabieg celowy ― mniejsza z tym. Druga odsłona cyklu o Piastach to kropka w kropkę jeszcze raz te same zagrania stylistyczne i fabularne, ciągnące się przez kolejne osiemset stron. Historię na szczęście znam, wiem, jak cała sprawa się rozwija i kończy, dzięki czemu dalsze pozycje w serii bez żalu mogę odpuścić.

TOP 5: Najlepsze z najlepszych

2014ksiazki8

„451° Fahrenheita”, Ray Bradbury

Klasyka nad klasykami i jedna z najlepszych dystopii, w dodatku podkreślająca siłę i znaczenie literatury. Jeśli podobali się Wam Orwell i Huxley, pokochacie też Bradbury’ego. Tego właśnie oczekuję od dystopii ― uderzenia w czułą nutę, skierowania mnie na drogę pesymistycznych przemyśleń. Wraz z kolejnymi lekturami utwierdzam się także w tym, że spośród licznych podgatunków fantastyki najbliższa moim upodobaniom jest zdecydowanie fantastyka socjologiczna, zwłaszcza ta przygnębiająco prawdziwa.

„Kwiaty dla Algernona”, Daniel Keyes

Językowy majstersztyk i emocjonalna bomba. Pamiętnik poddanego ryzykownemu eksperymentowi Charliego Gordona, który doświadcza stopniowego wzrostu inteligencji, a następnie jej spadku. Niewiele równie przejmujących historii znalazłam w tym roku na kartach literatury. Prawdziwym skandalem jest brak wznowień powieści, która w Stanach Zjednoczonych doczekała się ponad stu wydań, a u nas raptem jednego, w 1996 roku, jest więc właściwie nie do dostania poza bibliotekami czy horrendalnie drogim rynkiem wtórnym. Jeśli jednak macie możliwość, by się z nią zapoznać ― koniecznie to zróbcie.

„Solaris”, Stanisław Lem

Przyznam się Wam do czegoś. Czasami, jeśli zbyt często ktoś mi coś poleca, odwlekam lekturę, zamiast ją przyspieszyć. Za duża presja? Wewnętrzna przekora? Może jedno i drugie. W przypadku „Solaris” szczerze jednak żałuję, że spotkaliśmy się tak późno. To powieść kompletna, powieść o wszystkim. Kołacząca się w głowie długo po zakończeniu lektury. Książka, do której z pewnością jeszcze wrócę. Książka, która tak naprawdę nie potrzebuje żadnych dodatkowych rekomendacji.

„Tonąca dziewczyna”, Caitlin R. Kiernan

Ten rok nie był pomyślny dla serii Uczta Wyobraźni ― przeczytałam z niej raptem tylko tę jedną pozycję. Ale za to jak ją czytałam! Z kolorowym notatnikiem w ręce, dzięki czemu wyklejony moimi przemyśleniami brzeg książki wygląda niczym tęcza. To wspaniała, wciągająca lektura ― pamiętnik cierpiącej na schizofrenię Imp, w głowie której istnieją dwie różne wersje tej samej opowieści. Elementy fantastyki już dawno nie wydawały mi się tak bliskie i prawdziwe, jak w tej właśnie powieści. Powieści, która, choć nie jest horrorem, równie przeraża co zachwyca ― niewiele jest bowiem równie przerażających dla mnie rzeczy, co niezbadany ludzki umysł.

„Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta”, David Mitchell

Jedna z pierwszych książek, jakie przeczytałam w tym roku. I jedna z najlepszych. Żadne zaskoczenie jednak, to w końcu David Mitchell, który na stałe trafił już na listę moich ulubionych pisarzy. Historia holenderskiego kancelisty żyjącego przez lata na XIX-wiecznej japońskiej wyspie zupełnie odizolowanej od reszty świata to jednocześnie opowieść o zderzeniu kultury Wschodu i Zachodu, o porozumieniu i zrozumieniu. Nie mogę się doczekać lektury kolejnej powieści Brytyjczyka; wznowienie „Widmopisu” to jedna z moich lektur obowiązkowych w przyszłym roku.

***

Uff. Książki mamy za sobą. To był z pewnością ciekawy rok, obfity w tytuły warte zapamiętania na dłużej. Jeśli chodzi o plany na rok przyszły, muszę potrzymać Was jeszcze przez moment w niepewności. Ten wpis i tak ma już długość czterech przeciętnych notek. ;) Widzimy się za to niebawem na podsumowaniu filmowym! Jeśli zaś czytacie te słowa jeszcze dziś, ostatniego dnia 2014 roku, to przyjmijcie ode mnie życzenia pomyślności i spełnionych marzeń, nie tylko tych kulturalnych, w roku 2015! :)

10 filmów, które pokazałabym swoim dzieciom

Wpis, który właśnie czytacie, powstał w odpowiedzi na zaproszenie Zwierza Popkulturalnego do udziału w filmowym łańcuszku/wyzwaniu (niepotrzebne skreślić). Zacznijmy więc od założeń:
„(…) rodzice wiedzą, że powinni polecić dziecku książki, ale nie czują impulsu, by posadzić je przed filmami, które uważają za dobre czy ważne. Tymczasem tak jak po pewne książki nie sięgniemy, jeśli ktoś nam ich nie podsunie, tak i po pewne filmy nie wyciągniemy ręki, jeśli ktoś nas nie posadzi przed ekranem. Zwierz postanowił więc namówić znajomych, by razem stworzyć listę takich filmów. (…) Należy wybrać dziesięć filmów, które waszym zdaniem należy pokazać osobie, którą chcielibyście wprowadzić w świat filmu. Możecie dobierać filmy ze względu na kraj pochodzenia, możecie wybrać kino gatunkowe, możecie wybrać produkcje ze względu na tematykę. Chodzi nie o to, by powtarzać, jakie są najważniejsze produkcje w historii kina ― bo to każdy ogarnie ― ale raczej o wybór takich pozycji, które waszym zdaniem albo są ważne, albo pozwalają czegoś się o kinie nauczyć”.

Mamy tu założenia jednocześnie proste ― bo dla każdego raczej zrozumiałe ― jak i szalenie trudne! Bo jak tu spośród tylu tytułów wybrać raptem dziesięć, skoro choćby tych produkcji, które uważam za szalenie ważne dla siebie, jest z pewnością o wiele więcej. Jakim kluczem się posłużyć, gdy z jednej strony staram się w miarę urozmaicać repertuar poznawanych filmów, a z drugiej ― na niektórych gałęziach kinematografii absolutnie się nie wyznaję. Zadałam więc sobie kilka pytań:
― jak bardzo różnorodna mogłaby być moja lista?
― jakie filmy miały dla mnie (a niekoniecznie dla całej kinematografii) największe znaczenie?
― jakie filmy idealnie wpisują się w moją wrażliwość, którą chciałabym komuś pokazać?
I wreszcie:
― jakie filmy obowiązkowo pokazałabym swoim dzieciom? (Uwaga: „dziecko” niekoniecznie oznacza tu istotę szalenie młodą; raczej po prostu potomstwo tak do 18. roku życia).

A potem powstała poniższa lista. Kolejność alfabetyczna.

Atonement / Pokuta (2007)

Film ten zajmuje szczególne miejsce w moim sercu z kilku powodów. Przede wszystkim ― jako jedna z najlepszych w mojej ocenie ekranizacji. W dodatku ― ekranizacji książki bardzo mi bliskiej, także z uwagi na bycie „metaksiążką”. I film temu bycia „meta” podołał, dając widzowi opowieść nie tylko o dramatach jednostek, lecz także o mocy i znaczeniu samej opowieści. Z kolei fabularnie mamy tu do czynienia z jednym z tych motywów, który każdorazowo straszliwie mnie kłuje i drapie ― dziecięcym kłamstwem zdolnym zniszczyć czyjeś życie. Ten dyskomfort warto jednak przeżyć ― i wyciągnąć z niego cenną lekcję. No i ta ścieżka dźwiękowa!

Beginners / Debiutanci (2010)

Jest jeden bardzo ważny powód, dla którego ten film musi się tutaj znaleźć. Dialog o lwach i żyrafach. I nie chodzi tu wcale o jego wielką odkrywczość i o to, że nie doszłabym sama do tej myśli, gdyby nie seans. Chodzi o nić porozumienia ― i o to, byśmy mogli później rozmawiać z zachowaniem tej metaforyki. Poza tym – przeczytacie to na tej liście jeszcze kilka razy ― to jest właśnie ten rodzaj kina „o życiu”, który jest mi szalenie bliski i który tak bardzo lubię oglądać. Skupiony na prostych sprawach, na wrażliwości jednostki, a nie na rzeczach wielkich.

Big Fish / Duża ryba (2003)

Ten obraz jest dla mnie synonimem określenia „magia kina”. Nie potrafię nie oglądać go z tą pierwotną, dziecięcą radością i roziskrzonymi oczyma. W dodatku to jeden z moich ulubionych filmów jednego z ulubionych reżyserów. Już teraz to jedna z tych produkcji, przed którymi uwielbiam sadzać widzów nieprzygotowanych na to, co ich czeka. Po prostu włączam go ze słowami „Pokażę ci zaraz coś wspaniałego, siedź i oglądaj”. I jak na razie ― ani razu nie spudłowałam.

Dead Poets Society / Stowarzyszenie Umarłych Poetów (1989)

Film, z którego powinno się nauczyć, iż są takie sytuacje, że wchodzimy na szkolne biurko i mówimy to, co czujemy, że w danej chwili trzeba powiedzieć. Sama zawsze na biurka wchodziłam (z reguły metaforycznie, ale i dosłownie mi się zdarzyło), stąd szczególne miejsce, jakie ta produkcja (a przed nią ― książka, powstała na bazie scenariusza) zajmuje w mojej głowie. Poza tym, to bardzo dobry przykład na to, dlaczego powinniśmy ze sobą rozmawiać ― przede wszystkim we własnym domu. I żadna ze stron tego dialogu nie może nigdy o tym zapominać.

Garden State / Powrót do Garden State (2004)

Jeden z moich najukochańszych filmów w kategorii, którą w głowie określam jako „filmy o życiu”. Kameralny, zupełnie odmienny od pozostałych tytułów znajdujących się na tej liście. W dodatku natrafiłam na niego całkowicie przez przypadek, a takie przypadkowe odkrycia zajmują w mojej pamięci zupełnie oddzielną, specjalną przegródkę. Zostało mi po nim potwierdzenie myśli, że nawet w tych momentach życia, gdy jest nam źle, możemy cieszyć się pozornie nieistotnymi zdarzeniami. I że czasem te drobne, nieistotne zdarzenia sprawiają, że później jest nam lepiej. Jak również to, że w wieku 26 lat niekoniecznie trzeba mieć w życiu wszystko poukładane i idealne czy znać odpowiedzi na wszystkie pytania i widzieć głębszy sens. Wcale nie trzeba.

Rent (2005)

Moje bardzo niedawne odkrycie ― ale jedno z ważniejszych. Na liście znajduje się nie tylko z uwagi na to, że trafia idealnie w moją wrażliwość. Po pierwsze ― to musical. A zaszczepienie miłości do musicali to wręcz konieczność wychowawcza. Po drugie, to film uwrażliwiający na los innych oraz pochwała tolerancji, a zarazem opowieść o marzeniach, o radości życia, o pragnieniu znalezienia przyjaźni, miłości i swojego miejsca. Wreszcie, to jedne z najwspanialszych, zostających w głowie na bardzo długo utwory, w dodatku w wersji filmowej ― śpiewane nie przez aktorów z nazwiskami, którzy niekoniecznie mają ku temu warunki głosowe, ale, w większości, przez obsadę prosto z Broadwayu.

Requiem for Dream / Requiem dla snu (2000)

Jeden z tych filmów, który trafił do mnie z polecenia. W dodatku w czasach, gdy jeszcze nie zdążyłam zainteresować się kinem, nie znałam ani reżysera, ani występujących w produkcji aktorów, ani nawet charakterystycznego motywu muzycznego. „Requiem…” dostałam pocztą, na podpisanej mazakiem płycie (takie to czasy były; chyba nawet nie miałam jeszcze stałego łącza internetowego, a filmy głównie pożyczałam na VHS-ach z wypożyczalni), a oglądałam w nocy na laptopie, w swoim łóżku, gdy inni domownicy już spali. Bo miał być „dorosły”, a ja chodziłam wówczas do gimnazjum. I jak mną wstrząsnęło. Nie tylko nie za bardzo byłam w stanie iść spać już po seansie. Bałam się nawet iść do kuchni, gdyż lodówka wydawała się najbardziej przerażającym sprzętem w całym domu. Tyle że to jeden z tych wstrząsów, które moim zdaniem każdy powinien przeżyć co najmniej ten jeden raz. Plus ― jeśli cokolwiek jest w stanie na dobre zniechęcić do brania narkotyków, to nie są to szkolne pogadanki ani prośby czy groźby rodziców ― a właśnie ten film. Niezapomniane przeżycie, które dotychczas miałam odwagę powtórzyć zaledwie raz.

Sen to Chihiro no Kamikakushi / Spirited Away: W krainie Bogów (2001)

Jeśli z filmowych pasji miałabym wybrać tylko jedną, która zostanie ze mną do końca życia, to bez wątpienia byłyby to animacje. Animacje zachodnie poznać łatwo, można by wręcz rzec, że wszędzie ich pełno. Pewnie ze świecą szukać dzieci, których w dzieciństwie nie raczono Disneyem. Ale animacje japońskie? Raczej nie znajdzie się ich w każdym domu. W moim nie było ich do momentu, aż nie odkryłam ich sama. A przecież studio Ghibli to jedni z najważniejszych twórców tego gatunku. Dlaczego wybrałam akurat „Spirited Away”? Po części z sentymentu ― to była właśnie moja pierwsza produkcja Miyazakiego. Po drugie, wydaje mi się po prostu odpowiednim filmem na start, ani nie nazbyt poważny i dołujący, ani nie infantylny; w dodatku to wspaniałe spotkanie z japońską kulturą, które może stać się początkiem pięknej, wieloletniej przygody.

The Meaning of Life / Sens życia wg Monty Pythona (1983)

Pewnych prawd o życiu nikt nie nauczy równie dobrze, co Monty Python. Uwielbienia dla absurdalnego humoru również nikt nie nauczy równie dobrze, co Monty Python. Dlatego należy w życiu jak najwcześniej zacząć edukować ludzi Monty Pythonem. Moim pierwszym był co prawda „Święty Graal”, i choć kocham go bezgranicznie ― to „Sens życia” kocham bardziej. Pewnie dlatego, że jest po prostu bardziej ‚życiowy’ ― a jak możecie zauważyć, na tę listę trafiło stosunkowo dużo ‚życiowych’ pozycji. Jakkolwiek różnie rozumianych.

The Wall / Ściana (1982)

Pisałam Wam kiedyś, że z tym filmem wiąże się moja dziecięca trauma, powstała na skutek ujrzenia jego urywków w zdecydowanie zbyt młodym wieku. Przychodzi jednak taka pora, kiedy jest już się wystarczająco dojrzałym na seans – a wówczas bezwzględnie należy swą latorośl posadzić przed ekranem i wyświetlić „Ścianę”. Oczywiście wychodzę z założenia, że muzykę Pink Floyd potomek poznał już dawno temu, inaczej przecież być nie może. Oglądając film może więc skupić się na połączeniu muzyki z obrazem (ze szczególnym naciskiem na wspaniałe, surrealistyczne sekwencje animowane) oraz na samym przesłaniu. Plus, wątek dotyczący krytyki edukacji jest dokładnie tym, co pewnie każdy chodzący do szkoły pomyślał sobie w jakimś momencie swojego życia i ucieszy się, widząc swoje wątpliwości sugestywnie przedstawione na ekranie.

Kulturalne plany urlopowe

Pozostało: 7 dni roboczych. Do czego? Do świąt, pewnie większość powie. W moim przypadku – do pierwszego pełnoprawnego urlopu, długiego na czternaście dni. Pierwsze dłuższe wolne od marca, wyobrażacie to sobie! Gdy przecież jeszcze nie tak dawno temu normą były blisko czteromiesięczne wakacje, uzupełniane rozmaitymi feriami, długimi weekendami i innymi okolicznościowymi okresami laby. Przeżywam, tak, przeżywam bardzo. I planuję. W końcu jestem tym neurotycznym typem, który wszystko spisuje, podlicza, wykreśla, podsumowuje; rozpisuje w punktach, tabelach, grafach. Nie mogłabym więc nie spróbować stworzyć kulturalnego planu zagospodarowania wolnych całych dwóch tygodni! A skoro i tak muszę to spisać, to czemu by i nie opublikować. Może i Wy macie jakieś specjalne plany na przełom grudnia i stycznia i wymienimy się inspiracjami?

Książkowo

Ostatnie tygodnie, czy może nawet miesiące, spędziłam głównie z chudszymi pozycjami. Tak do pięciuset stron, nie więcej. Tymczasem kilka opasłych tomisk spogląda na mnie z wyrzutem z przykurzonych półek i dopytuje, kiedy wreszcie będzie ich kolej. Czemu by więc nie spróbować zmierzyć się z jakimś kolosem (a może nawet kilkoma?) podczas dłuższych dni spędzanych w domu? Lepszej okazji prędko nie będzie. Mam kilka pomysłów:


"Żywe srebro", Neal StephensonCykl barokowy, Neal Stephenson. 3160 stron. Wydanie, na które czekałam co najmniej trzy lata. I jest, wreszcie jest! Tylko ta przerażająca objętość w połączeniu z mizernym czytaniem przeze mnie książek papierowych… (A przecież takiego cuda do autobusu ze sobą nie zabiorę). Co więcej, dzieło Stephensona dzieli czytelników na absolutnie zachwyconych i potwornie znudzonych; opinii środka prawie się nie uświadczy. Tym większa więc moja ciekawość i chęć zmierzenia się z tą nietypową serią.


"Wszystko, co lśni", Eleanor CattonWszystko, co lśni, Eleanor Catton. 933 strony. Najdłuższa w historii książka nagrodzona Bookerem, wyróżniona w zeszłym roku. Powieść nowozelandzkiej autorki, z akcją osadzoną w latach 60. XIX wieku na tejże wyspie. Połączenie wątków kryminalnych, historycznych i sensacyjnych, z klimatem czasów wiktoriańskich z jednej strony i gorączką złota w scenografii westernu ― z drugiej. Brzmi tak szalenie smakowicie, że tylko ta liczba stron powstrzymała mnie przed rzuceniem się na tę powieść zaraz po zakupie.



"Lód", Jacek DukajLód, Jacek Dukaj. 1054 strony. Może nie szczyt opasłości, ale nie zapominajmy, że to przecież Dukaj, czyli należy doliczyć dodatkowy czas na przeprocesowanie każdej strony w głowie. Można zakładać, że to w przeliczeniu 2108 stronic jakiejś lżejszej lektury. Plus, to chyba idealna powieść na długie zimowe wieczory i niskie temperatury. Gdyby tak jeszcze przyszło mi podróżować koleją transsyberyjską, to nawet nie musiałabym się zastanawiać, jaką lekturę zabrać ze sobą na drogę.


"Hyperion", Dan SimmonsDylogie Hyperion i Endymion, Dan Simmons. 2860 stron. Mój ulubiony autor grubych książek. Po Droodzie czytanym przez kwartał i Trupiej otusze, nad którą siedziałam przez pół roku, boję się sięgać po najsłynniejszy cykl Simmonsa w czasie nieurlopowym. Czytałabym go chyba okrągły rok. A założę się, że pokocham te książki, będę zachwycać się intertekstualnością, fabułą i stylem. Trochę głupio jednak zachwycać się w ciemno.

Serialowo

Tyle dni wolnych to idealna okazja, by nadrobić jakieś seriale, które skrzętnie chomikowałam, zamiast oglądać je na bieżąco. Może nawet sięgnąć po jakiś zakończony już tytuł i pochłonąć pod rząd kilka sezonów? Dokończyć rozgrzebaną serię? A może wreszcie znaleźć czas na powtórkę produkcji, która chodzi za mną od dłuższego czasu? Po głowie chodzi mi głównie:

Breaking BadBreaking Bad. Zbyt wiele razy polecano mi ten serial, bym mogła go zignorować. Liczba odcinków też nie jest przerażająco ogromna jak na serial emitowany przez kilka lat. Święta z Walterem White’em? Brzmi jak całkiem niezły pomysł. O ile się wciągnę, ale po wysłuchaniu licznych polecanek wierzę, że nie będzie z tym problemu.


The AffairThe Affair i The Knick. Jedne z najbardziej chwalonych seriali tego roku. Obydwa z pierwszym sezonem na koncie, obydwa krótkie, obydwa produkowane przez stacje premium, obydwa z zamówieniami na drugi sezon. A dziesięć odcinków to przecież góra dwa dni oglądania, kiedy ma się wolne, czyż nie?



TorchwoodTorchwood. Od dłuższego czasu znajduję się gdzieś na początku drugiego sezonu, a mam przecież jeszcze trzeci i czwarty do nadrobienia. Wypadałoby się tym zająć, tym bardziej, że skończyłam niedawno czwarty sezon Doctor Who, a do piątego zupełnie nie potrafię się zebrać. A tymczasem w Torchwood czekają na mnie znajome twarze, z zawsze mile widzianym Jackiem Harknessem na czele.


The 4400The 4400. Ostatnio tak często ten serial chodzi mi po głowie, że chyba pora wreszcie na powtórkę, zwłaszcza że od pierwszego seansu minęło już ponad siedem lat! No, chyba że ktoś chciałby sprezentować mi wymarzone blu-rayowe wydanie Battlestar: Galactica ― to wtedy oczywiście BSG miałoby powtórkowe pierwszeństwo. Ale że powątpiewam w dobre serce świętego Mikołaja, pewnie padnie właśnie na The 4400.

Filmowo

Koniec grudnia to ostatni moment, bym oglądała, co tylko chcę. Styczeń i luty wypełnia mi bowiem rokrocznie nadrabianie tytułów oscarowych (jak i tych nominowanych do innych wyróżnień). Co nie oznacza, że i w czasie urlopu nie mogę wybrać klucza, zgodnie z którym będę pochłaniać kolejne produkcje. W planach są:

Guardians of the GalaxyPowtórki tegoroczne. Lubię zabrać do domu, do wspólnego oglądania, filmy, które już znam ― i które koniecznie muszę sobie powtórzyć. Tym razem wybór był niezwykle prosty: X-Men: Days of Future Past oraz Guardians of the Galaxy. Święta bez geekowskich filmów to nie święta ― nie w domu, w którym w grudniowe wieczory zwykły lecieć wszystkie części Gwiezdnych Wojen.


RóżaKino polskie. W ostatni weekend uświadomiłam sobie, że przez ostatnie kilka lat oglądałam szalenie mało polskich filmów. Dwa, może trzy rocznie. Wcześniej też niewiele więcej. A przecież zarówno wśród starszych, jak i bieżących produkcji jest wiele tytułów, których grzechem byłoby nie znać. Trzeba wreszcie coś z tym zrobić!



Gone with the WindWielogodzinne superprodukcje. Odpowiednik opasłych książek. Trwające trzy czy cztery godziny filmy, na które nie mam siły ani czasu w dni powszednie po pracy. Gone with the Wind, Cleopatra, Ben-Hur, The Godfather… Może to wreszcie dobry moment, by któreś z tych tytułów nadrobić?


The Sound of MusicMusicale. Uwielbiam musicale. Oglądane po raz pierwszy i po raz wtóry. W tym roku w ramach nadrabiania żenujących braków nadgoniłam już Rent, Cabaret, Singin’ in the Rain, Funny Girl, Mamma Mia czy The Producers. Brzmi jak wybitnie musicalowy rok! Ale przede mną jeszcze wiele kultowych tytułów.

Growo

W tym dziale jak zwykle najwięcej mam na sumieniu. Wynika to z dwóch brzydkich nawyków – pierwszym jest rozgrzebywanie gier, niekończenie ich, po czym kupowanie i rozgrzebywanie kolejnych. Drugim – miesiące bez grania, przez które zapominam, w co w ogóle grałam i co się działo, co jeszcze mocniej przyczynia się do niekończenia rozpoczętych rozgrywek. Planem minimum jest więc dokończenie kilku produkcji. Na listę obowiązkowo wpisuję:

Deus Ex: Human RevolutionDeus Ex: Human Revolution ― cyberpunkowy świat w gameplayu przypominającymi mi bardziej rozbudowanego Thiefa, ewentualnie ubogiego krewnego VtM: Bloodlines. Ze skradania i eksploracji mam w tej grze ogromną frajdę. Z rozmów i prowadzenia postaci – nieco mniejszą, ale i tak potrafię wsiąknąć przed monitorem na bite dziesięć godzin. Wypadałoby dokończyć niebawem pierwsze przejście, zwłaszcza że chodzi mi po głowie także kolejne.


LEGO: Star WarsLEGO: Star Wars ― jeśli co kilka miesięcy nie pogram w którąś z produkcji z logiem Lego na okładce, świat się pewnikiem zawali. Aktualnie (czyt. w tym półroczu) na tapecie mam obie trylogie Gwiezdnych Wojen. I jestem… wciąż w pierwszym epizodzie? Co oznacza, że jeszcze wiele przede mną. A pierwsze przejście całości to przecież dopiero początek, potem trzeba oczywiście znaleźć wszystkie klocki, odblokować wszystkie postacie i zebrać wszystkie poukrywane elementy. Zabawy wystarczy jeszcze na długie godziny.



The Walking DeadThe Walking Dead – mój pierwszy kontakt ze światem TWD, znanym powszechnie z komiksów i serialu. Gra od Telltale Games to tak właściwie interaktywna opowieść, w której od czasu do czasu trzeba naciskać szybciej dwa klawisze i przejść się po okolicy. Sedno stanowią jednak dialogi i podejmowane decyzje. Kilka scen już porządnie zryło mi mózg i nie wyprę ich z pamięci do końca życia (zwłaszcza fragment, przy którym akurat jadłam obiad) ― ale statyczny gameplay dość szybko mnie nudzi, muszę więc dawkować sobie kolejne epizody.


God of WarGod of War – gra, przez którą osiwieję i zacznę rzucać w ludzi ciężkimi przedmiotami. Dawno nie doświadczyłam równie dużej frustracji… ale i równie dużej frajdy z siekania hord przeciwników. Do tego ― są poukrywane znajdźki. Lubię znajdźki. Gram pedantycznie, zaglądam we wszystkie kąty i uwielbiam zbieractwo. I tylko ten poziom trudności zdecydowanie niedostosowany do casualowych graczy (do których bliżej mi wraz z kolejnymi wiosnami na karku) ― ale od czasu do czasu trzeba stawiać sobie wyzwania.

Komiksowo

I w tej kategorii dobrze by było zakończyć w grudniu rozgrzebane runy czy serie. Zarówno te czytane papierowo, jak i pozycje, z którymi zapoznaję się dzięki Marvel Unlimited. Tytułów, które chciałabym poznać, jest bez liku, ale na listę priorytetów trzeba coś wpisać. Będą to:

Marvel Zombies OmnibusMarvel Zombies Omnibus ― z mojego olbrzymiego tomiszcza do przeczytania zostały mi już tylko dwie ostatnie serie. Wypadałoby uporać się z nimi w tym roku, by w przyszłym móc rozgrzebać kolejny z omnibusów już obecny na półce, tym razem poważniejszy w tonie. Poza tym, ile można czytać o zombie! Pół roku to chyba aż nadto. Mimo lekkiego przesytu tematem, absolutnie tego zakupu nie żałuję.


New X-Men OmnibusNew X-Men Omnibus – fizycznego wydania zbiorczego nie posiadam (jeszcze?), ale gdy czytam zeszyty w wersjach cyfrowych, robię to partiami odpowiadającymi wydaniom papierowym. Na początek przygody z mutantami wybrałam powszechnie chwalony run Granta Morrisona, obejmujący numery od 114 do 154. Fabularnie jest całkiem nieźle, ale graficznie ― to zupełnie nie jest moja estetyka.



Captain MarvelCaptain Marvel ― mowa o serii z 2012 roku pisanej przez Kelly Sue Deconnick, w której miano Captain Marvel przejmuje Carol Danvers. Za mną dopiero pierwsze dwa zeszyty, ale zapowiada się, że będę zadowolona. Przy okazji przygotuję się choć trochę do zapowiedzianego na 2018 rok filmu, ponieważ o postaci Carol wiem w tym w momencie bardzo mało i trochę mi wstyd.


Batman: Year OneBatman: Year One ― po The Dark Knight Returns (który chyba nie zachwycił mnie tak, jak powinien) przyszła pora na drugi słynny komiks Franka Millera o superbohaterze z Gotham. Po nim pewnie wezmę się wreszcie na tomy autorstwa Loeba i Sale’a, a potem ― za powszechnie chwalony run Snydera, który właśnie idzie do mnie paczką z USA. Święta z Batmanem to zawsze dobry pomysł!

Blogowo

Koniec grudnia to mój ulubiony okres na blogu. Podsumowania ― to lubię! Mogłabym je pisać przez okrągły rok. Gdy tylko rozpocznę urlop, pewnie jeszcze w drodze do domu, zacznę planować tegoroczne spisy, wyliczać statystyki i planować normy przerobowe na rok kolejny. Nic na to nie poradzę, to po prostu silniejsze ode mnie. Należy więc spodziewać się, że trochę się tu ożywi, a gdy Wy będziecie kontemplować grzybową i karpia, ja będę wyliczać w Excelu średnią ocenę obejrzanych w tym roku filmów. I nie, tego się raczej nie da wyleczyć.

Patrzę teraz na powyższe spisy… I dochodzę do wniosku, że zamiast dwóch tygodni powinnam mieć minimum dwa miesiące wolnego, żeby zdążyć ze wszystkim. To doprawdy okropne, że nawet ta zawężona selekcja jest nie dość wąska. A wierzcie mi, podejmowanie decyzji, co ma mieć pierwszeństwo przed czym, jest doprawdy straszne!
Macie jakieś własne plany kulturalne z okazji dni wolnych? Czy może tylko ja odczuwam kompulsywną potrzebę zastanawiania się nad tym i sporządzania spisów?

„Ms. Marvel Vol. 1: No Normal”, G. Willow Wilson, Adrian Alphona

Stało się. Spodziewałam się, że ten dzień prędzej czy później nastąpi, nie podejrzewałam jednak, że będzie miał miejsce już w tym roku. Tymczasem pierwszego grudnia zostałam szczęśliwą posiadaczką konta w Marvel Unlimited ― co oznacza nieograniczony dostęp do wszystkich możliwych komiksów wydawnictwa. O samej usłudze porozmawiamy innym razem, dzisiaj zaś chciałabym się skupić na pierwszym tytule, który dogłębnie mnie oczarował, inaugurując tym samym ― cykliczne w swym zamierzeniu ― pisanie o komiksach dla początkujących, do których oczywiście i ja się zaliczam. Dobrze wiem, że w komiksach Marvela, ich przedziwnej numeracji, pojawiających się i znikających seriach, można bardzo szybko się pogubić. Sama czynię to regularnie. Aby więc oszczędzić gubienia się innym i zachęcić nieprzekonanych ― niniejszym postanawiam relacjonować Wam moje przygody z komiksami. Z naciskiem na tomy, do których warto siąść bez długich przygotowań, nie zastanawiając się, od czego tu zacząć i czy trzeba czytać równolegle także inne tytuły. Zapraszam!

***

Ms. Marvel Vol. 1: No NormalWybór komiksu, który zostanie moją pierwszą lekturą natychmiast po dorwaniu się do Marvel Unlimited, był banalnie prosty ― zbierająca liczne pochwały seria „Ms. Marvel” z 2014 roku, z zupełnie nową bohaterką, niepowiązaną z całym uniwersum. Choć i niezupełnie zieloną w temacie. Kamala Khan, nasza protagonistka, jest bowiem wielką fanką Avergers i autorką fanfików o Iron Manie, Kapitanie Ameryce i pozostałych. Rozpoczyna swoje przygody trochę z podobnej pozycji co czytelnik, który ma ogólne wyobrażenie o świecie superbohaterów, ale nie zna go od podszewki. Perspektywa idealna!

Pozachwycajcie się spadającą z drzewa wiewiórką razem ze mną.

Pozachwycajcie się rysunkami razem ze mną.

Kim jest Kamala?

Nastolatką mieszkającą w New Jersey, Amerykanką pakistańskiego pochodzenia, Muzułmanką wychowywaną przez dość surowych, ale kochających rodziców. Nie brzmi jak wstęp do typowego komiksu superbohaterskiego, czyż nie? Ale ile można czytać o łaknących zemsty sierotach, o naukowcach-geniuszach czy milionerach zbudowanych niczym greckie posągi. Nowa Miss Marvel jest na wskroś zwyczajna. Chodzi do szkoły, ma kilku przyjaciół i kilku wrogów, żadnej traumy na koncie, a jej największym problemem jest zakaz pójścia na wieczorną imprezę. Wciąż szuka swojego miejsca w gronie rówieśników, trochę boryka się z samoakceptacją, próbuje pogodzić rodzinne tradycje i kulturową przynależność z dobrze znaną chyba każdemu, kto był kiedyś natolatkiem, potrzebą bycia akceptowaną przez środowisko.

Spójrzcie na mimikę postaci w tle!

Spójrzcie na mimikę postaci w tle!

O co chodzi?

Gdy na skutek nieco pochopnie wypowiedzianego życzenia (będącego w istocie idealną ilustracją motywu „be careful, what you wish for”) Kamala zyskuje supermoce pozwalające zmieniać wygląd i rozmiar całego ciała lub wybranych jego częsci, do jej codziennych problemów dochodzi sekretna tożsamość i próba okiełznania nowych umiejętności. Dziewczyna chce oczywiście czynić dobro i nie potrzebuje wujka Bena, by wiedzieć, że moc wiąże się z odpowiedzialnością. Błyskawicznie popada jednak w kłopoty, a im bardziej się stara, tym gorzej się to kończy. Szlaban w domu, koza w szkole, postrzał w brzuch już przy pierwszej próbie zatrzymania sklepowego rabusia. W dodatku jakie te stroje są niewygodne! Zbyt ciasne i skąpe, z niepraktycznym i niewygodnym obuwiem w komplecie. Istny koszmar!

Nie mam pojęcia, czemu Iron Man i Kapitan trzymają zwierzaki, ale to takie urocze!

Nie mam pojęcia, czemu Iron Man i Kapitan trzymają zwierzaki, ale to takie urocze!

Jak to wygląda?

Przeuroczo. Tylko tak, jednym słowem, potrafię podsumować rysunki Adriana Alphony. Są miękkie, utrzymane w ciepłych barwach, często upraszczają mimikę postaci (ale jakże wymowną ją czynią!). Szalenie pasują do opowiadanej historii i głównej bohaterki. Pierwszy raz zdarzyło mi się, że najpierw przeczytałam cały zeszyt, a później strona po stronie oglądałam go jeszcze raz, omijając dymki, a wzrok skupiając wyłącznie na rysunkach. Kamala w wykonaniu Alphony jest nieco łamagowata i zagubiona, dość pokracznie próbuje zapanować nad swoimi mocami (a to jej nogi stają się nienaturalnie cienkie, a to pięści nieproporcjonalnie wielkie). Nie potrafię się też nie uśmiechać, dostrzegając niektóre szczegóły drugiego planu ― a to jakieś zabawne szyldy czy wywieszki, a to zwierzęta, które można określić tylko jednym słowem: adorkable. No i te krzywe kadry, z ramkami jakby odręcznie rysowanymi! Obiecałam już sobie, że przeczytam wszystko, co wyjdzie spod pióra tego rysownika.

Sowa na drugim planie!

Sowa na drugim planie!

Jak to czytać?

Bardzo prosto. Szukamy serii Ms. Marvel z roku 2014. Zaczynamy od zeszytu z jedynką na okładce, a potem sukcesywnie bierzemy się za kolejne. Nowy zeszyt wychodzi raz w miesiącu, w tej chwili dostępne jest dziewięć (dla posiadaczy zwykłych kont Marvel Unlimited ― pierwsze cztery z uwagi na półroczne opóźnienie). Możemy też kupić pierwszy tom o podtytule „No Normal”, który zbiera zeszyty 1-5, stanowiące fabularną całość. Tom drugi, „Generation why” z zeszytami 6-11, powinien zaś ukazać się pod koniec marca.

Okładki zeszytów 1-5, czyli tych zebranych w pierwszym tomie

Okładki zeszytów 1-5, czyli tych zebranych w pierwszym tomie.

Czy warto?

Po stokroć ― tak! Nawet jeśli nie czytacie komiksów. Nawet jeśli nie wiecie nic o świecie Marvela. Czy jakimkolwiek innym komiksowym uniwersum. Albo jeżeli znudzili się wam śmiertelnie poważni, ratujący świat, generyczni herosi. Może szukacie czegoś innego, lekkiego, z niesztampową bohaterką i perspektywą bliższą czytelnikowi. Ja wiem już, że cyfrowy dostęp do w tym przypadku za mało ― i gdy tylko ukaże się drugi tom, od razu kupuję obydwa. Wam gorąco polecam to samo. Nie można nie pokochać Miss Marvel!

Gdy dalszy związek nie ma sensu — trudna sztuka porzucania seriali

W związkach z kulturą jestem raczej stała w uczuciach. Jeśli poczuję więź z jakąś serią, to zostaję z nią na dobre i, powiedzmy, trochę gorsze. Potrzebuję naprawdę silnego impulsu, by definitywnie rozstać się z tytułem, w który zainwestowałam już czas i emocje. Do którego w jakiś sposób się przywiązałam. Musi więc być naprawdę źle, kiedy mówię: dość.

I nie inaczej, tylko naprawdę źle, było z ostatnim obejrzanym przeze mnie odcinkiem The Big Bang Theory (mowa o epizodzie 8×08). Ci z Was, którzy zakończyli swoją przygodę z serialem wcześniej ode mnie — a wiem, że to dość spora grupa — pewnie zapytają: czemu dopiero teraz. Spieszę więc z wyjaśnieniem — tak źle, jak jest teraz, nie było nigdy wcześniej. Wraz z ósmym sezonem produkcja wzniosła się na wyżyny bycia nieśmieszną i żenującą, bohaterowie już dawno potracili charaktery, nawiązania do geekowskiej popkultury właściwie zniknęły, a jednocześnie z każdym kolejnym odcinkiem coraz bardziej kurczyła się moja tolerancja i cierpliwość. I w tej samej chwili, gdy Sheldon powiedział Amy „I love you too”, ja powiedziałam TBBT „I don’t love you anymore”.

I pomyśleć, że kiedyś ten serial naprawdę mnie bawił nawiązaniami do popkultury…

Choć związki bez przyszłości warto kończyć jak najszybciej, zawsze coś w środku boli mnie, gdy podejmuję tę nieodwracalną decyzję i wykreślam serial z listy oglądanych. Jest nieco łatwiej, gdy przypominam sobie wówczas o tych produkcjach, których w porę nie porzuciłam — flagowym przykładem jest tu How I Met Your Mother, kończone jedynie z poczucia obowiązku — a przez które potem ubolewałam jeszcze bardziej, zmuszona do oglądania potwornego finału, rozpamiętując liczbę godzin straconych przed ekranem i emocji wykrzesanych z siebie na daremno. Przypominam też sobie o tytułach porzuconych — i o tym, że w perspektywie nigdy tych decyzji nie żałowałam.

Najłatwiej jest mimo wszystko z porzucaniem komedii. Daję szansę pierwszym odcinkom, a jeśli nie bawię się dobrze — żegnamy się na zawsze. Pamiętam, że po skończonej przygodzie z moimi najukochańszymi Scrubs długo (i koniec końców bezskutecznie) szukałam produkcji, która zapełni tę pustkę. Zaczęłam od powszechnie chwalonego i zgarniającego rokrocznie stosik nagród Emmy i Złotych Globów Modern Family. Wytrzymałam — a i to wyłącznie z przyzwoitości — przez pierwszy sezon. Potem się rozstaliśmy. Następne było 30 Rock — w tym przypadku miałam dość już po trzech odcinkach. Równie szybko poszło z Cougar Town. Większą szansę dałam Episodes — sezony nie straszą długością, więc zaliczyłam pierwszy i drugi. Podczas pierwszego bawiłam się całkiem nieźle, a punktowanie różnic między brytyjską a amerykańską telewizją, choć niekiedy przaśne, bywało i celne. Ale potem było już tylko gorzej, w związku z czym, gdy trzeci sezon wrócił na antenę, ja byłam już w innym związku. Z New Girl. Bardzo chciałam ten serial pokochać, choćby dla przeuroczej Zooey Deschanel. Próbowałam przez dwa sezony. Po szóstym odcinku sezonu trzeciego (kiedy wiodącym pomysłem scenarzystów zdawały się przeskoki między „główni bohaterowie są razem” a „główni bohaterowie nie są razem” — widziałam to już zbyt wiele razy) — odpuściłam. Nie byliśmy dla siebie stworzeni. Na koniec sięgnęłam po Community. Serial polecany przez tzw. wszystkich. Że dla geeków, że taki zabawny, że postacie tak dobrze napisane. Pierwszy sezon i jego finał, który można streścić jako „główny bohater nie wie, czy wybrać pannę A czy pannę B, więc wybiera pannę C” rozczarowały mnie jednak na tyle, że się pożegnaliśmy. A szkoda, kilka elementów było naprawdę sympatycznych, a kilka cudownie groteskowych i przerysowanych. Ale nie mam już sił na kolejne klony tych samych wątków, nawet jeśli niektóre gagi są zabawne. Ostatecznie wśród emitowanych na bieżąco seriali już nawet nie szukam komedii dla siebie. Nadrabiam stare, dobre, brytyjskie seriale, poczynając od wiecznie aktualnego Keeping Up Appearances.

Chciałam pokochać ten serial. Nie wyszło.

Chciałam pokochać ten serial. Długo próbowałam. Nie wyszło!

Z dramatami sprawa wygląda zupełnie inaczej. W tym przypadku prawie nigdy nie porzucam po kilku odcinkach, a i samo pożegnanie się z danym tytułem wymaga więcej siły ducha i przekonywania samej siebie o słuszności podejmowanej decyzji. Zaczęło się od Prison Break — serialu, za którym niegdyś skoczyłabym w ogień. Pierwszy sezon, proszę państwa, toż to było mistrzostwo suspensu, twistów i cliffhangerów. Nawet pierwsza połowa sezonu drugiego dawała radę, a bezkompromisowości w pozbywaniu się lubianych przez widzów postaci mogliby scenarzystom pozazdrościć twórcy innych seriali. Finał sezonu drugiego wydał mi się jednak tak absurdalnie głupi, że zainspirował mnie do podjęcia historycznej decyzji — pierwszego w życiu porzucenia serialu. Do dziś nie wiem nawet, jak całość się zakończyła. Początkowo tlił się gdzieś we mnie cień nadziei, że serial zaliczy jeszcze zwyżkę formy, że do niego wrócę, zachęcona entuzjazmem innych fanów. Ale nigdy do tego nie doszło, i pewnie już nigdy nie dojdzie.

Niedługo później porzuciłam Heroes. Ten serial miał po prostu pecha, ponieważ oglądałam go w miarę równolegle z pierwszymi sezonami The 4400. I wciąż w głowie kołatało mi się, że za dużo tu zrzynki z lepszego w mojej ocenie tytułu, za dużo podobnych motywów czy mocy bohaterów. Po pierwszym sezonie pożegnałam więc Heroes, a jeśli dobrze kojarzę utyskiwania na zakończenie, nie ma powodów, bym miała do niego wracać.

Na kolejne porzucenia musiałam jednak czekać znacznie dłużej. Przede wszystkim dlatego, że z każdym kolejnym rokiem lepiej dobierałam seriale, lepiej znałam swój gust, a jednocześnie miałam coraz lepszego nosa do wybierania tytułów. Koniec końców przyszedł jednak ten moment, gdy musiałam porzucić serial zupełnie nie dla mnie. Serial kultowy, przez wielu może uważany za najlepszą produkcję telewizyjną wszech czasów mowa rzecz jasna o Twin Peaks. Po bardzo dobrym pierwszym sezonie nijak nie potrafiłam jednak zapałać entuzjazmem do sezonu drugiego. Uznałam więc, że nie ma sensu męczyć się tylko po to, by zaliczyć uznany tytuł. Bardzo podobnie wyglądała sytuacja z tegorocznym True Detective. Choć większość widzów rozpływa się w achach i ochach nad produkcją HBO, ja pozostaję niewzruszona. Owszem, doceniam chłodnym okiem i grę aktorską, i muzykę, i zdjęcia, ale kompletnie nie poruszyła mnie ani fabuła, ani klimat. Rozstaliśmy się z lekkim ukłuciem żalu na dwa odcinki przed końcem pierwszego sezonu.

Czasami można doceniać, a mimo to porzucać

Czasami można doceniać chłodnym okiem, a mimo to nie czuć więzi i porzucać.

Seriale wybitnie nietrafione i z tego względu wymagające porzucenia zaliczyłam w ostatnim czasie jedynie trzy. Pierwszy to Almost Human. Za nasze rozstanie po części ponosi winę stacja Fox, emitująca odcinki w losowej kolejności, po części zaś moje zamiłowanie do prozy Isaaca Asimova, który te same schematy wykorzystał już kilka dekad wcześniej i zrobił to o wiele lepiej. Drugim tytułem był Intelligence, który zaczęłam oglądać wyłącznie z sympatii do Josha Hollowaya, ale nie wystarczyło jej, bym została z niezbyt odkrywczym proceduralem na więcej niż pierwsze cztery odcinki. W obu powyższych przypadkach miałam zresztą niezłego nosa, gdyż obydwie produkcje po pierwszym sezonie zdjęto z anteny. Trzecim wspomnianym przypadkiem porzucenia został Outlander. Tym razem rozstanie nastąpiło w rekordowo szybkim tempie — zaledwie po pilocie, przez który i tak brnęłam z trudem. Nie wahałam się nawet przez chwilę, od razu było widać, że nie ma między nami żadnej chemii i z tej mąki chleba nie będzie. Czasem tak po prostu bywa.

Może ktoś się ze mną nie zgodzi — ale wychodzę z założenia, że każdy powód porzucenia jest dobry. To nie musi być wcale najgorszy serial na świecie. Ba, to w ogóle nie musi być zły serial! Wystarczające jest stwierdzenie, że oglądanie go nie sprawia mi frajdy. Nie bawi mnie (a tego oczekiwałam). Nie smuci mnie (a tego oczekiwałam). Nudzi mnie (a tego nie oczekiwałam). Temat się wyczerpał, scenariusz się pogorszył, bohaterowie się zmienili, i tak dalej, i tak dalej. Jest w przyrodzie tyle produkcji — a przecież nowe wciąż powstają, zdawałoby się, że wręcz lawinowo! — że zawsze będzie czym wypełnić pustkę po porzuconym tytule.

Czasami serial pokazuje mi to, co już dobrze znam, o jeden raz za dużo

Czasami serial pokazuje mi to, co już dobrze znam, o jeden raz za dużo.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mimo wszystko moja lista seriali porzuconych jest dość krótka, gdy zestawić ją z serialami, które obejrzałam do końca. Jak wspominałam, porzucanie nigdy nie jest dla mnie łatwe, nawet jeśli jest ze wszech miar słuszne. Mam jednak nadzieję, że uda mi się zhardzieć. Że nauczę się większej łatwości porzucania — i to nie tylko seriali, bo przecież czasem i film, i książka, i komiks zasługują na porzucenie. Ale o tych związkach — może innym razem. Dziś zostawiam siebie i Was z myślą: nie bójmy się porzucania!

Grecka tragedia w wydaniu fantasy — „Młot”, K.J. Parker

„Młot”, K.J. Parker„Młot” to już druga powieść K.J. Parker(a) na polskim rynku opublikowana przez wydawnictwo MAG. Miejmy nadzieję, że równocześnie nie jest to ostatnia książka z bogatego dorobku ukrywającego się pod pseudonimem autora bądź autorki; druga publikacja utrzymuje bowiem wysoki poziom, którym swego czasu zaskoczył mnie ubiegłoroczny „Składany nóż”. Po raz wtóry udowadnia także, że w nurcie fantasy wciąż można tworzyć utwory dalekie od sztampowych.

Główny bohater, Gignomai met’Oc, to postać równie mocno zapadająca w pamięć co Bassianus Sewer. Najmłodszy członek skazanej na wygnanie za zdradę polityczną arystokratycznej rodziny wyraźnie różni się od swoich krewniaków — nie cieszą go należne za sprawą urodzenia przywileje, chętnie spędza czas z kolonistami, a wraz z upływem lat narasta w nim bunt przeciwko zakłamaniu i grze pozorów, której hołduje jego ojciec. Stąd już tylko kilka kroków dzieli go od zainicjowania politycznego przewrotu i rewolucji przemysłowej, a czytelnik ma szczęście być świadkiem całego tego procesu opisanego w najdrobniejszych szczegółach.

Warto zwrócić szczególną uwagę na obraz świata przedstawionego; K.J. Parker unika błędu wielu innych pisarzy fantasy, zanudzających czytelnika historią minionych wieków, tuzinami nazw geograficznych czy zawiłą genealogią. Autor „Młota” idzie w zupełnie innym kierunku, przemycając kolejne informacje w dialogach czy skąpiąc danych w opisach, dzięki czemu stale utrzymuje uwagę czytelnika. Z subtelnych szczegółów konstruujemy sobie w głowie obraz tajemniczego kontynentu, wyławiamy znajome elementy ― kojarzące się z czasami antycznej Grecji, Republiki Rzymskiej czy renesansowej Europy. Z tego zlepka powstaje coś jednocześnie swojskiego i obcego; fantastyka z jednej strony bardzo nam bliska, pozbawiona tych najbardziej opatrzonych pierwiastków, jak magia, niezwykłe rasy czy skomplikowany panteon bogów mieszających się w sprawy śmiertelników, z drugiej zaś wciąż pełna niewiadomych i zaskoczeń.

Choć dość wcześnie możemy się domyślić, że rodzina met’Oc skrywa mroczny sekret napędzający poczynania Gignomaia, nic nie przygotuje nas na szok, jakiego doznamy w chwili poznania prawdy. Owiana mgłą tajemnicy przez dłuższy czas pozostaje także dziwna relacja między mieszkańcami kolonii a trzymającymi się na uboczu tubylcami, przywodzącymi nieco na myśl Indian na Dzikim Zachodzie. Najważniejsza dla całego utworu pozostaje jednak postać głównego bohatera. Podobnie jak miało to miejsce w „Składanym nożu”, to protagonista jest jedynym fabularnym kołem zamachowym i punktem skupienia uwagi czytelnika. Kibicujemy mu, choć nie bez wyrzutów sumienia, przyglądając się zręcznemu tkaniu społeczno-politycznej intrygi, kolejnym manipulacjom i sprytnie rozgrywanym etapom złożonego planu, w którym wszyscy inni są wyłącznie marionetkami.

O czym więc tak naprawdę jest „Młot”? Można by rzec, że o konflikcie tragicznym, jakiego nie powstydziłby się dramat antyczny. Równocześnie to ciekawe spojrzenie na kwestię odpowiedzialności, jaką niesie ze sobą coraz większa władza w rękach przebiegłego młodzieńca, nieoglądającego się na innych w drodze do celu. To także szalenie wciągająca powieść przygodowa, doprawiona szczyptą inteligentnego dowcipu i z budzącym silne emocje punktem kulminacyjnym. Jeśli spodobał się Wam „Składany nóż” wraz z jego bezwzględnym bohaterem, koniecznie dajcie szansę „Młotowi”. I nie zrażajcie się nieco banalnym początkiem opowieści — z każdą kolejną stroną będzie tylko lepiej!

  • Tytuł: Młot (The Hammer)
  • Autor: K.J. Parker
  • Wydawnictwo: MAG
  • Rok wydania: 2014
  • Liczba stron: 560
  • ISBN: 978-83-7480-414-1


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu MAG oraz Portalowi LubimyCzytać.

Strona 3 z 3312345...102030...Ostatnia »