Author Archives: Oceansoul

Do granic poznania i jeszcze dalej — „Vertical”, Rafał Kosik

Są prawdy, których nikt nie podważa. Są zasady, których nikt nie kwestionuje. Są ludzie, którzy nie zadają pytań. I tylko jeden wyjątek — Murk. Piętnastoletni chłopak nie dopuszcza do siebie możliwości, by odpowiedzią na wszystkie pytania mogło być zaledwie „Bo tak już jest”. Chce wiedzieć więcej. Chce zgłębiać, odkrywać, zaprzeczać temu, co dla innych tak oczywiste. Nie jest to jednak proste, gdy żyje się w mieście zawieszonym na stalowych linach, w powolnym tempie wspinającym się wciąż w górę i w górę. Co czeka u szczytu? Cel — tak mówią. Ale czym jest ów Cel, dlaczego miasta się pną, kto je stworzył, skąd się wzięły? Murk musi wiedzieć. Stawia więc wszystko na jedną kartę i wyrusza… w dół. By poznać przyczynę wszechrzeczy i znaleźć odpowiedzi na pytania, których inni nawet nie odważyli się zadać.

Wyprawa Murka, choć pełna zdarzeń nieoczekiwanych, nie wpisuje się w ramy przygodowej opowieści drogi z ciekawym świata młodzikiem w roli głównej. To od początku do końca powieść melancholijna, metafizyczno-filozoficzna (choć w dalszym ciągu, rzecz jasna, fantastyczno-naukowa), w której na pierwszy plan nie wysuwa się ani bohater, ani jego perypetie, a kolejne pytania. Kim jesteśmy? Skąd się wzięliśmy i dokąd zmierzamy? Czy żyjemy na najlepszym ze światów? Odpowiedzi trzeba będzie poszukać na własną rękę, bo choć w większości rozdziałów mamy do czynienia z narracją pierwszoosobową z perspektywy Murka, to na gotowe wnioski płynące z ust protagonisty nie ma co liczyć.

Bohaterowie powieści nie odgrywają w „Verticalu” ważnej roli; są siłą sprawczą, narzędziem obnażającym treści, jakie autor chce ukazać, a o ich osobowościach trudno wiele powiedzieć — konstrukcja każdej postaci zasadza się na kilku charakterystycznych cechach, niezmiennych od pierwszego spotkania z czytelnikiem. Dużo bardziej istotny jest aspekt socjologiczny — Kosik przedstawia trzy społeczności, które, choć egzystują w zupełnie innych warunkach i rozwijały się w izolacji, podzielają wspólną cechę: negację prawdy. Najważniejsze jest dla nich zachowanie status quo i utrzymanie społecznego ładu za wszelką cenę, nawet jeśli oznacza to życie w kłamstwie i oparach absurdu, a także zacofaniu, bowiem postęp jest wartością napiętnowaną i zagrożeniem dla starego porządku.

„Vertical” może kojarzyć się nieco z „Wehikułem czasu” H. G. Wellsa; styl Kosika jest w zbliżony sposób surowy (acz dla współczesnego czytelnika z pewnością bardziej przystępny), podobna jest też pesymistyczna wymowa utworu i emocje, które pozostają w czytelniku po zakończeniu lektury. Także ujęcia socjologiczne i przedstawienie różnych społeczeństw może przywodzić na myśl Elojów i Morloków — nie w koncepcji charakterystyk, a raczej w pewnej subtelnej krytyce i samym fakcie, iż odbiorca od samego początku prezentować będzie postawę opozycyjną. Nawet jeśli ktoś uzna skojarzenie z Wellsem za zbyt daleko idące, jednemu z pewnością nie zaprzeczy — czuć w „Verticalu” nutę klasycznej, przygnębiającej science fiction, oraz rezonans pytań dotykających istoty naszego istnienia i ostatecznego Celu, które dręczą twórców literatury tego nurtu nie od dziś.

„Vertical” to druga powieść Rafała Kosika, która została w tym roku wznowiona przez wydawnictwo Powergraph. I jakże dobrze się stało! Jeśli jakimś cudem któregoś z czytelników nie oczarował debiutancki „Mars”, niech czym prędzej sięgnie po „Vertical” i da się pochłonąć refleksyjnemu, melancholijnemu nastrojowi oraz owiać szeregowi wątpliwości, jakie rodzi lektura. Kosik to jeden z tych nielicznych współczesnych polskich autorów, którego bez zawahania polecam wszystkim miłośnikom egzystencjalnej science fiction — i tym z gatunkiem obytym, i tym dopiero rozpoczynającym przygodę.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Powergraph oraz Portalowi Insimilion.

Opowiadania z najwyższej półki — „Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ – Południe”, Robert M. Wegner

Choć Robert M. Wegner publikuje dopiero od kilku lat, jego nazwisko wyryło się już złotymi zgłoskami wśród rodzimych twórców fantasy. Kolejne nagrody, w tym Zajdel i Sfinks, porównania do Kresa czy Sapkowskiego, wznowienie tomów opowiadań po zaledwie dwóch-trzech latach od premiery — to wszystko zwraca uwagę i każe postawić sobie pytanie: czy proza Wegnera faktycznie jest tak dobra, jak wszyscy mówią? To, co powszechnie chwalone, często bywa przereklamowane i rozczarowuje podwójnie — na szczęście nie tym razem. „Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ – Południe” rzeczywiście są tak rewelacyjne, jak powiadają. Albo jeszcze lepsze.

Zbiór ośmiu opowiadań podzielony jest na dwie części, których akcja została umieszczona odpowiednio w północnych i południowych krainach Imperium Meekhańskiego. Rozgrywające się w danym regionie cztery opowieści, mimo że są zamkniętymi historiami, łączą się ze sobą, rysując powoli przed oczyma czytelnika spójną linię fabularną i tworząc preludium do wydarzeń, mających w przyszłości nadejść. To dopiero pierwsza część serii o Meekhanie, do której należy także drugi zbiór opowiadań oraz powieść, trudno jednak nie zachwycić się tym wspaniale odmalowanym światem już od początkowych stron, a choć w jego konstrukcji pozostają białe plamy, to są one wabikiem skłaniającym do natychmiastowego sięgnięcia po „Wschód – Zachód” i „Niebo ze stali”.

Część pierwsza, Północ, prowadzi nas w rejony górskich szczytów, gdzie surowości skalnych turni i grozie bezdennych przepaści dorównuje jedynie oschłość miejscowej ludności i dyscyplina wśród żołnierzy Górskiej Straży. Czytelnik towarzyszy Szóstemu Pułkowi dowodzonemu przez porucznika Kennetha-lyw-Darawyta w kilku niebezpiecznych misjach, poznaje żołnierskie opowieści, dowiaduje się, jak skomplikowaną i delikatną materią bywa dyplomacja, oraz, rzecz jasna, bierze udział w paru mniejszych i większych potyczkach, opisanych w sposób równie realistyczny, co okrutny i przejmujący. Choć opowieści o dzielnych i honorowych wojakach znamy wiele, Wegner potrafi tchnąć w temat świeżość, a co najważniejsze — snuje opowieść w sposób tak interesujący, że trudno się od lektury oderwać. Eksperymentuje, także w drugiej części książki, ze sposobem prowadzenia narracji, jego język jest barwny, a pióro lekkie, choć równocześnie nie sposób przypisać ową lekkość poruszanym przez niego tematom, zwłaszcza w utworach „Wszyscy jesteśmy Meekhańczykami” i „Szkarłat na płaszczu”.

Część druga, Południe, to klimat zupełnie inny. Gdy poznaje się kolejne cztery opowiadania, czuje się na twarzy podmuch gorącego wiatru, a drobniutkie ziarenka piasku wgryzają się w skórę. Śledzimy historię wojownika o imieniu Yatech z plemienia Issaram, ludu o rygorystycznym kodeksie honorowym, dyscyplinie i surowych wymaganiach wobec swoich członków. Bohater służy u bogatego kupca, co pozwala autorowi na skonfrontowanie ze sobą dwóch różnych kultur i postaw, ukazania wzajemnego niezrozumienia, które często wynika z tradycji — dla jednego świętej i niepodważalnej, dla innego zaś dziwnej i niepojętej. To opowieść o honorze, winie i odkupieniu, ale także o miłości — ojcowskiej, siostrzanej, a wreszcie tej zmysłowej, między kobietą a mężczyzną, których wiele dzieli. Druga część książki jest jeszcze bardziej emocjonalna i chwytająca za serce, ale nie w sposób przesiąknięty patosem czy trącący kiczem; Wegner potrafi dotknąć głębiej, tak, by odbiorca silnie się wzruszył lub miał ochotę rzucić opasłym tomem o podłogę ze złości.

Opowiadania, szczególnie te z Północy, mogą przywodzić na myśl dobrze znane wszystkim historie o Wiedźminie — ukazany świat jest brudny, pełen przemocy, chciwości i zła, podobnie jak w utworach Sapkowskiego. Wieśniacy są zachłanni, do tego stopnia, że bez zawahania zabiliby i ograbili sąsiada, gdyby było to opłacalne, żołnierzy i bandytów często cechuje okrucieństwo i żądza poniżenia przeciwnika, a politycy, zarówno ci lokalni, jak i wyższego szczebla, spiskują i kłamią, nie bacząc na konsekwencje. Jednakże fantastyki jest u Wegnera niewiele — owszem, z rzadka występują magowie, czasem pojawi się demon, wzmianka o klątwie czy ingerencji bogów, ale to elementy trzecioplanowe, dekoracyjne, utrzymane w klimatach low fantasy. Opowieści koncentrują się na ukazaniu bogatego i skomplikowanego świata oraz ludzkich charakterów, ich sił i słabości. Przede wszystkim zaś mają wpłynąć na czytelnika, wywołać pewne emocje, poruszyć — a tę funkcję spełniają w stu procentach.

Prozę Wegnera można bez wahania polecić każdemu, zarówno weteranom gatunku, jak i tym, którzy w fantastyce stawiają pierwsze niepewne kroki. Ba, nawet czytelnicy stroniący zwykle od tego typu literatury mają szansę zachwycić się „Opowieściami z meekhańskiego pogranicza”, o ile tylko cenią książki silnie oddziałujące na emocje i wyobraźnię, porywające i wprawnie napisane.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Powergraph oraz Portalowi Bestiariusz.

Bóg dał nam Alkę, diabeł — Wokulskiego — „Alkaloid”, Aleksander Głowacki

Alkaloidy to grupa naturalnie występujących zasadowych związków chemicznych, głównie pochodzenia roślinnego, zawierających azot. Tak przynajmniej głosi tradycyjna definicja z podręczników do chemii. Do tej pory ta dziedzina nauki nie szła w parze z fantastyką, a tworzenie historii alternatywnej przełomu XIX i XX wieku koncentrowało się na przyspieszeniu bądź ekspansji rewolucji pary i elektryczności. Do czasu. Oto bowiem pojawił się „Alkaloid”, a wraz z nim alka — substancja wszechpotężna, niosąca za sobą równie wiele pokus, co zagrożeń.

Tak naprawdę szumnie zapowiadany ‚chempunk’ to nic innego, jak oparcie konstrukcji świata powieści na niezwykłej substancji, która z przeciętnego obywatela może zrobić nadczłowieka i bohatera kina akcji w jednym. Tak też dzieje się ze Stanisławem Wokulskim, protagonistą, który niczym Rambo lub Neo radzi sobie z próbującymi zniszczyć go wrogami, a jednocześnie snuje śmiałe i skomplikowane plany ekonomiczno-polityczne. Niestety, z zakochanym sklepikarzem, jakiego pamiętamy z kart „Lalki”, nie ma zbyt wiele wspólnego poza personaliami.

W „Alkaloidzie” uwagę zwraca misterna, a zarazem logiczna konstrukcja świata i potencjał drzemiący u podstaw pomysłu. Niestety, wykonanie pozostawia sporo do życzenia. W powieści wysoki jest współczynnik chaosu w prowadzeniu fabuły i postępowaniu bohaterów, a styl autora, który ukrywa się za pseudonimem Aleksander Głowacki, nie wzbudza zachwytów — chwilami męczy do tego stopnia, że trudno zmusić się do dalszej lektury książki o bądź co bądź wciągającej intrydze. Za dużo tu opisów pojedynków, w dodatku topornie nakreślonych, a za mało… cóż, pozostałych elementów. Przede wszystkim zaś brakuje wprawy w posługiwaniu się piórem.

Najbardziej rozczarowuje jednak nikły związek z „Lalką”. Jeśli ktoś ma nadzieję na nawiązania większego kalibru do prozy Prusa, zawiedzie się srodze. Głównego bohatera równie dobrze można było ochrzcić Janem Kowalskim, bowiem z powieściowym Wokulskim szybko przestaje mieć cokolwiek wspólnego. Nie ma co liczyć na fragmenty pamiętnika starego subiekta, malownicze opisy uliczek Warszawy (czy jakiegokolwiek innego miasta) albo galerię równie barwnych postaci drugoplanowych. W „Alkaloidzie” występuje co prawda Ochocki, można też natknąć się na wzmiankę o Rzeckim, ale to raczej kwiatek do kożucha, a nie nawiązania z prawdziwego zdarzenia do jednej z najsłynniejszych pozytywistycznych lektur. Głowacki chętniej sięga do person świata rzeczywistego, jak Churchill, Einstein czy Tesla; pochwalić można zwłaszcza ciekawie nakreśloną sylwetkę Witkacego.

Choć tematyka powieści, stojąca na wysokim poziomie chempunkowa otoczka i spójna konstrukcja świata przemawiają za daniem „Alkaloidowi” szansy, dla mnie to jedno z największych literackich rozczarowań. Jeśli ktoś bierze się za Prusa i na alternatywnej wersji „Lalki” opiera koncept powieści, musi liczyć się z tym, że zostanie z tych obietnic rozliczony. Wydanie książki w serii Science Fiction z plusem, czyli umieszczenie obok dzieł m.in. Rafała Kosika i Roberta M. Wegnera, także jest dość mylące, bowiem styl Głowackiego wciąż znajduje się w powijakach, a prowadzenia fabuły mógłby uczyć się od wyżej wymienionych konfratrów. „Alkaloid” określić mogę jedynie mianem przedwczesnego debiutu.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Powergraph oraz Portalowi Insimilion.

An der schönen blauen Donau

Czas wyjaśnić moje długotrwałe milczenie i książkowo-recenzyjny regres. Usprawiedliwieniem numer jeden było kończenie edukacji — obrona pracy magisterskiej, która mimo moich obaw zakończyła się lepiej, niż ktokolwiek wcześniej przypuszczał. Tak więc nie dość, że mogę pochwalić się dyplomem z wyróżnieniem, to jeszcze, najprawdopodobniej, nie jest to wcale koniec mojej kariery naukowej. Ale o tym cicho sza, przynajmniej do października.
Drugim powodem było szeroko zakrojone poszukiwanie pracy. Tu też nic nie zdradzę, żeby nie zapeszyć, ale mam nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z planem
Trzecim zaś powodem, szerzej omówionym poniżej, były moje krótkie wakacje. Taki to niestety zły los, że mogę już na zawsze pożegnać się z 3- czy 4-miesięczną labą, a kilka dni odpoczynku musi wystarczyć na dłuższy czas. Przedstawiam…

Wiedeńskie TOP 6

1. Pałace

Historia monarchii Austro-Węgierskiej nierozerwalnie związana jest z panującym rodem Habsburgów. Jako że koronowane głowy nie mieszkają byle jak i w byle czym, w Wiedniu można dziś zwiedzać kilka rezydencji, w których mieszkali Maria Teresa czy Franciszek Józef.

W centrum miasta znajduje się Hofburg — rezydencja zimowa, łącząca w sobie elementy architektury renesansowej, barokowej i klasycystycznej. Można zwiedzić część pomieszczeń, w których niegdyś rezydowali panujący, obejrzeć wiekowe zastawy stołowe, stroje czy przedmioty codziennego użytku cesarzy.
W oddaleniu od centrum znajduje się Schönbrunn, zbudowana na przełomie XVII i XVIII wieku rezydencja letnia. Barokowy pałac otaczają rozległe ogrody, które — podobnie jak niektóre z komnat — udostępniono zwiedzającym. Wnętrza cechuje przepych, należy spodziewać się licznych złoceń, ogromnych luster, malowideł na suficie i licznych portretów przedstawiających członków rodziny panującej.
Obydwa pałace odznaczają się jednymi z najpiękniejszych wnętrz, a i z zewnątrz prezentują się imponująco. Chociaż trudno zazdrościć Habsburgom — kto dziś chciałby pokonywać kilometry między sypialnią a gabinetem! I kto by posprzątał 1441 pokojów…

2. Galerie

Malarstwem Wiedeń stoi. Ilość galerii, w których wiszą płótna najznamienitszych mistrzów pędzla, jest olbrzymia, na odwiedzenie wszystkich zabrakło więc czasu. Nie odmówiłam sobie jednak przyjemności obejrzenia kilku obrazów, które stanowiły dla mnie największą atrakcję.
Galerie mieszczą się m.in. w Górnym i Dolnym Belwederze, barokowym pałacu księcia Eugeniusza Sabaudzkiego. Znajdująca się tam kolekcja obejmuje dzieła sztuki wielu epok — począwszy od średniowiecza, przez barok, malarstwo impresjonistów i ekspresjonistów, po wiek XXI. Najpopularniejszym eksponatem jest słynny obraz Gustava Klimta Pocałunek.
Z kolei w Akademii Sztuk Pięknych podziwiać można jedno z arcydzieł Hieronymusa Boscha, tryptyk Sąd ostateczny. Obraz robi wrażenie niesamowite, a im dłużej zwiedzający przygląda się wszystkim hipnotyzującym szczegółom, tym bardziej nie ma ochoty opuszczać galerii.
Obrazy stanowią także gros eksponatów w Kunsthistorisches Museum. Galeria ta może pochwalić się wspaniałą kolekcją europejskiego malarstwa, by wymienić choćby takie nazwiska, jak Bruegel, Rubens, Dürer, Rembrandt, Velazquez czy Holbein. A to oczywiście jedynie ułamek znakomitości.

3. Pozostałe muzea

Załóżmy jednak, że nie każdy jest fanem malarstwa (choć to oczywiście szalona myśl!). Nie oznacza to, że w wiedeńskich muzeach będzie umierać z nudów. Wspomniane Kunsthistorisches Museum ma do zaoferowania także zbiór eksponatów z czasów starożytnych, czyli pozostałości po kulturze Egipcjan, Greków i Rzymian. Dla fanów numizmatyki przygotowano zaś kolekcję monet.
Usytuowane po przeciwnej stronie placu Marii Teresy Naturhistorisches Museum to z kolei gratka dla wielbicieli geologii i biologii. Połowę jednego z pięter zajmuje olbrzymia kolekcja skał i minerałów, w innych salach znajdują się szkielety dinozaurów, skamieniałości, a także zakonserwowane gatunki zwierząt – od owadów i ryb, przez płazy i gady, po ptaki i ssaki.

4. Muzyka

Trudno przebyć choć kilka wiedeńskich uliczek w centrum miasta albo przespacerować się w okolicy Hofburga czy Schönbrunnu i nie usłyszeć najbardziej znanych utworów austriackich kompozytorów. Co innego jednak, gdy Nad pięknym modrym Dunajem Johanna Straussa gra katarynka, a fragment symfonii Mozarta gwiżdże komik w stroju z epoki, a co innego, gdy idzie się na prawdziwą muzyczną ucztę. Ja miałam szczęście trafić na koncert grany przez Wiener Hofburg Orchester, który odbywał się w jednej z sal pałacu. Słuchaczom zaserwowano nie tylko ucztę dla ucha, na którą złożyły się utwory Straussa i Mozarta, ale też ciekawe widowisko, utrzymane w tonie luźniejszym, niż kojarzy się z pobytem w filharmonii. Nie zabrakło też typowo austriackiego zakończenia, znanego z pewnością tym, którzy oglądają noworoczne koncerty Filharmoników Wiedeńskich — czyli Marsza Radetzky’ego, podczas którego dyrygent dyryguje klaszczącą w rytm muzyki publicznością.

5. Prater

Wiedeński lunapark nie dorównuje swoim rozmiarem i bogactwem najlepszym europejskim parkom rozrywki, ale nie oznacza to, że miłośnicy mocnych wrażeń nie znajdą tam niczego dla siebie. Znajdą, jak najbardziej — szczególnie wszyscy ci, którzy lubią wznosić się i opadać, przebywając jednocześnie do góry nogami. Ja zdecydowanie od atrakcji tego typu wolę tradycyjne rollercoastery — a tych na Praterze zbyt wielu nie ma. Na szczęście znalazły się wśród nich dwa szczególnie godne uwagi obiekty, czyli robiący pętle do przodu i do tyłu Boomerang oraz Volare, w którym podróż odbywa się na leżąco, po wewnętrznej stronie toru. A jeśli komuś nie po drodze do Londynu, na Praterze znajdzie także jeden z oddziałów muzeum Madame Tussauds; ja jednak odpuściłam ponowne spotkanie z figurami woskowymi.

6. Sachertorte

Austria słynie z wielu smakołyków — jest sznycel po wiedeńsku, strudel z jabłkami czy rosół ze szpinakiem. Ale największą gratką dla miłośników wyrobów cukierniczych jest bez wątpienia tort Sachera, czyli ciasto czekoladowe przełożone konfiturą morelową i oblane grubą warstwą polewy czekoladowej. Nie znajdziecie w Wiedniu kawiarni, która nie podaje tego deseru. To wypiek stosunkowo prosty, a przy tym dość słodki, więc nie zasmakuje tym, którzy za słodyczami nie przepadają. Ja jednak obdarzyłam go uwielbieniem od pierwszego kęsa.

Satysfakcjonujące zwieńczenie trylogii — „Goliat”, Scott Westerfeld

Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. W przypadku cyklu „Lewiatan” Scotta Westerfelda koniec ten następuje zbyt szybko – kolejne części steampunkowej trylogii pochłania się błyskawicznie, a wieńczący ją tom, „Goliat”, choć objętościowo większy od swoich poprzedników, pozostawia czytelników zawiedzionych, że oto przygody księcia Aleksandra i paradującej w męskim przebraniu Deryn Sharp ostatecznie dobiegły kresu. Pociesza jedynie to, że zakończenie trzyma wysoki poziom pierwszego i drugiego tomu, dostarcza niezapomnianych emocji, a do tego zgrabnie łączy wszystkie rozpoczęte wątki.

Od wydarzeń ukazanych w „Behemocie” minęły dwa tygodnie. Alek i Deryn opuścili pogrążony w ogniu rewolucji Istambuł i na pokładzie olbrzymiego Lewiatana zmierzają na mroźną Syberię. Podróż szybko komplikuje się, a na statek powietrzny trafia niezwykła, acz sprawiająca sporo problemów osobistość – słynny wynalazca Nikola Tesla. Naukowiec szczyci się możliwością prędkiego zakończenia wojny, w czym pomoże mu dzieło jego życia, tytułowy Goliat. Pozostaje tylko jedno pytanie – jaki będzie koszt jego działań i gdzie leży granica poświęcenia milionów istnień w imię większego dobra…

Trzeci tom trylogii rozwija koncepcję, która napędzała poprzednie powieści cyklu – oto mamy świat pogrążony w ogniu walk I wojny światowej, konflikt między darwinistami a chrzęstami. Na kartach książki nie brakuje stworzeń niezwykłej natury i cudów techniki, którymi poszczycić może się jedna i druga strona barykady, a wyobraźnia autora (wraz z klimatycznymi szkicami Keitha Thompsona) po raz kolejny oczaruje i zaskoczy czytelników. Dieselpunkowa konwencja to jeden z najsilniejszych punktów pisarstwa Westerfelda.

Inną mocną stroną pozostają bohaterowie. Alek i Deryn nieco spoważnieli, a w ich rozważaniach – zwłaszcza w ponurych myślach dziedzica tronu Austro-Węgier – częściej pojawiają się kwestie dotyczące wojny, związanych z nią zniszczeń, grozy i śmierci. Kiedy książę boryka się z rozterkami dotyczącymi swojego przeznaczenia i odpowiedzialności względem narodu, panna Sharp dźwiga brzemię związane z ukrywaniem swej prawdziwej tożsamości oraz uczuciami, jakie żywi do przyjaciela. Coraz trudniej go oszukiwać, a zarazem coraz trudniej wyjawić mu prawdę.

„Goliat”, Scott Westerfeld „Goliat”, Scott Westerfeld

Westerfeld nie zapomniał także o postaciach drugoplanowych – prócz dobrze znanych czytelnikom doktor Barlow i hrabiego Volgera warto przyjrzeć się bliżej Nikoli Tesli. Wynalazca łączy w sobie cechy geniusza i osobowość szaleńca, zaś jego zapatrywanie na kwestię wojny, poświęcenia i mniejszego zła są trudne do jednoznacznego ocenienia. Na kartach „Goliata” spotkamy także kilka znajomych twarzy z „Behemota”, które w najmniej oczekiwanym momencie ponownie wkroczą w życie głównych bohaterów.

Styl amerykańskiego pisarza nie uległ zmianie w stosunku do tego, co znamy z poprzednich części. Dialogi są żywe, pełne humoru, a każda z postaci posługuje się charakterystycznymi dla siebie zwrotami. Akcja porywa od pierwszych stron i trzyma w napięciu aż do ostatniego rozdziału – można rzecz jasna zarzucić autorowi, że nie doświadcza swoich bohaterów wystarczająco, że zbyt często wychodzą z kryzysowych sytuacji obronną ręką, ale nie zmienia to faktu, że przygody Alka i Deryn są zajmujące i trudno nie kibicować losom tej niezwykłej dwójki. Co najważniejsze, Westerfeld nie kopiuje samego siebie, a w każdym tomie trylogii spodziewać się można zupełnie innego rozwoju wydarzeń i zaskakujących rozwiązań.

Cykl „Lewiatan” jest jednym z tych nielicznych, jakie z czystym sumieniem mogę polecić czytelnikom w każdym wieku. Należy pamiętać, że to pozycja o potencjale wyłącznie rozrywkowym, ale z dobrze zaplanowaną fabułą, wyrazistymi postaciami, i – co najbardziej mnie do Westerfelda przekonało – wspaniałą konwencją, w pełni wykorzystywaną, rozbudowywaną z książki na książki. Doprawdy, szkoda, że „Goliat” jest zwieńczeniem trylogii i nie ma co liczyć na kolejne niezwykłe stworzenia darwinistów, zaawansowaną technologię chrzęstów oraz perypetie Alka i Deryn.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu REBIS oraz Portalowi LubimyCzytać.

Horror w stylu retro — „W kleszczach lęku”, Henry James

Henry James jest jednym z najbardziej znanych pisarzy amerykańskich przełomu XIX i XX wieku. Autor uznanego „Portretu damy” przeżywa ostatnio na polskim rynku drugą młodość dzięki wydawnictwu Prószyński i S-ka, a ukazujące się sukcesywnie utwory Jamesa to zarówno wznowienia, jak i pierwsze przekłady. Ostatnią pozycją w serii jest „W kleszczach lęku”, powieść równie zagadkowa, co godna uwagi.

Książka ta bardziej przywodzi na myśl literaturę brytyjską niż amerykańską, nawiązuje do tradycji XVIII-wiecznych powieści gotyckich, takich jak „Zamczysko w Otranto” Horace’a Walpole’a czy „Tajemnice zamku Udolpho” Ann Radcliffe. U Jamesa scenografię stanowi stara posiadłość wiktoriańska, zawieszona w geograficznej próżni – nieistotny jest świat poza murami i najbliższą okolicą dworu, a autor nie poświęca miejsca opisom przyrody czy rozważaniom nad panującymi stosunkami społecznymi, charakterystycznymi w prozie tego okresu.

Powieść o kompozycji szkatułkowej przedstawia historię bezimiennej guwernantki, która zostaje wysłana do opieki nad dwójką sierot. Wuj dzieci nie pozwala niepokoić się żadnymi listami, kobieta jest więc zdana wyłącznie na siebie i przebywającą we dworze gospodynię. Miles, z nieznanych przyczyn wydalony ze szkoły, oraz jego młodsza siostra Flora wydają się grzeczni i niewinni, zaś sprawowanie pieczy nad nimi nie jest przykrym obowiązkiem, a przyjemnością. Kiedy jednak guwernantce zaczynają ukazywać się widma byłych pracowników, sprawy komplikują się, a na jaw wychodzi coraz więcej tajemnic.

Henry James nie napisał jednak prostej historyjki o duchach, w której upiory mają za zadanie przerazić odbiorcę. Jak przystało na czołowego przedstawiciela realizmu psychologicznego, autor skoncentrował się na emocjach i uczuciach towarzyszących młodej kobiecie, stworzył przenikliwe studium lęku przetykane rozważaniami o naturze zła, a dzięki dobraniu narracji pierwszoosobowej i ukazaniu sytuacji oczami bohaterki czytelnik nie ma pewności, na ile odbiór rzeczywistości przez jednostkę zgodny jest ze stanem faktycznym, a na ile to tylko urojenia.

Specyficzny jest język, jakim utwór został napisany. Niektóre konstrukcje brzmią niesłychanie wyszukanie, inne zaś mogą wydawać się współczesnemu odbiorcy sztuczne. Ze względu na styl, „W kleszczach lęku” nie należy do najłatwiejszych lektur; James nierzadko tworzy zdania wielokrotnie złożone i komponuje je w akapity znacznej długości. Te wszystkie cechy mogą pewną grupę czytelników odstraszyć, ale tak naprawdę stanowią kolejną zaletę, która przemawia na korzyść pisarstwa Jamesa i sprawia, że warto poświęcić czas, by zapoznać się z jego twórczością.

Gdyby chcieć porównać powieść Amerykanina do dzieł autorek brytyjskich tworzących w XIX wieku, Jamesowi najbliżej byłoby do Charlotte Brontë i „Jane Eyre”, pozbawionej wątku romansowego. Podobny jest niepokojący nastrój wywoływany przez nękającą bohaterkę tajemnicę, jaką skrywają mury posiadłości. „W kleszczach lęku” odznacza się jednakże zagadką bardziej złożoną i mniej jednoznaczną, nad którą do dziś głowią się krytycy. Co tak naprawdę próbował przekazać odbiorcom Henry James? Na to pytanie jest wiele odpowiedzi, a każdy czytelnik powinien poszukać jej na własną rękę.

  • Tytuł: W kleszczach lęku (The Turn of the Screw)
  • Autor: Henry James
  • Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
  • Rok wydania: 2012
  • Liczba stron: 230
  • ISBN: 978-83-7839-072-5


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka oraz Portalowi Lubimy Czytać.

Złodziej Królowej w jeszcze lepszej formie — „Królowa Attolii”, Megan Whalen Turner

Ostatnie półrocze obrodziło na polskim rynku wydawniczym powieściami łotrzykowskimi osadzonymi w realiach fantasy, a z okładek podejrzanie często spoglądali na czytelników złodzieje i skrytobójcy. Naturalne byłoby odczuwanie zmęczenia tą po wielokroć eksploatowaną konwencją, w której trudno napisać cokolwiek nowatorskiego, oraz powtarzaniem tych samych schematów w warstwie fabularnej i kreacjach postaci. Jakie to szczęście, że nie można powiedzieć tego o „Królowej Attolii”, drugim tomie sztandarowego cyklu Megan Whalen Turner.

Ci, którzy mieli okazję zapoznać się z pierwszą częścią, „Złodziejem”, pamiętają zapewne powolny rozwój sytuacji w początkowych rozdziałach, ale wspominają także zaskakujący i przemyślany finał opowieści. „Królowa Attolii” zaczyna się zgoła inaczej, szybkiego tempa akcji nie brakuje w niej od pierwszych stron, a niespodziewanych zwrotów fabularnych, pozostawiających czytelnika w niedowierzaniu i osłupieniu, mamy więcej niż jeden. Pod tym względem to niewątpliwy krok naprzód w serii, a na nudę płynącą z kart książki nie powinni narzekać nawet najwięksi malkontenci.

Różna jest także tematyka, jaką autorka porusza w obydwu tomach – „Złodziej” to w sporej mierze powieść drogi, upstrzona informacjami o świecie przedstawionym i mitologii, z kolei w „Królowej Attolii” prym wiodą intrygi polityczne rozgrywające się między czterema państwami. Nie brakuje spisków i knowań przeplatanych rozmyślaniami natury militarnej i ekonomicznej, choć pierwsze skrzypce wciąż gra dobrze znany czytelnikom Eugenides i jego los, który nie należy do najszczęśliwszych.

Z postacią Złodzieja Królowej wiąże się inna z zalet powieści – Gen po raz kolejny udowadnia, że potrafi wykraść wszystko, ale nie jest to już beztroski młodzieniec, jakiego pamiętamy z pierwszej części cyklu. Turner nie oszczędza swojego bohatera, dzięki czemu jeszcze bardziej przybliża go do czytelnika i uwiarygodnia jego kreację. Jednocześnie nie pozwala skraść mu całego blasku i uwagi odbiorcy, a to za sprawą tytułowej postaci Attolii, zarazem intrygującej, okrutnej i nieszczęśliwej, naprzemiennie budzącej współczucie i niechęć.

Pora jednak wspomnieć o kilku mankamentach powieści. Największe kontrowersje budzi wątek miłosny, w wykonaniu Turner – mało wiarygodny i pozbawiony odpowiedniej nadbudowy, która przekonałaby odbiorcę do uwierzenia w uczucia jednej i drugiej strony. W porównaniu z częścią pierwszą zabrakło też nieco większej ilości wzmianek mitologicznych. Bogowie wciąż odgrywają niebagatelną rolę w świecie wykreowanym przez pisarkę, ale czytelnikowi dane będzie poznać zaledwie jedną nową opowieść o świecie nieśmiertelnych.

Styl Megan Whalen Turner pozostaje lekki i przystępny, pasuje jak ulał do powieści przygodowej, która – choć potrafi poruszyć – nastawiona jest na zapewnienie rozrywki, nie zaś dostarczenie głębszych refleksji. Od strony językowej największą zbrodnią, jaką popełniono na „Królowej Attolii”, są liczne błędy w polskim wydaniu zakłócające bardziej wyczulonym odbiorcom przyjemność płynącą z lektury – dominują usterki natury interpunkcyjnej, ale nie ustrzeżono się także kilku innych uchybień.

Fanom „Złodzieja” nie muszę nawet rekomendować „Królowej Attolii” – wszyscy oczarowani przygodami Eugenidesa pewnikiem od dawna wypatrują dnia premiery drugiego tomu. Tym zaś, którzy jeszcze po cykl Turner nie sięgnęli, mogę go z czystym sumieniem polecić, zwłaszcza jeśli wciąż poszukują godnej uwagi powieści łotrzykowskiej lub zaczytywali się niegdyś w cyklu Robin Hobb o Bastardzie Rycerskim. Dla miłośników Gena największą wadą będzie konieczność oczekiwania na kontynuację, bowiem „Królowa Attolii” rozbudza apetyt na ciąg dalszy równie mocno, jak swego czasu czynił to „Złodziej”.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Ars Machina oraz Portalowi LubimyCzytać.

Jak trybiki w wielkiej maszynie — „Mars”, Rafał Kosik

Nie jest łatwo napisać wciągającą powieść science fiction. Naukowcy są często marnymi pisarzami – a choć pomysłów mają wiele i umieją trafnie przewidywać rozwój technologiczny, brak lekkiego pióra uniemożliwia im wplecenie tych wizji w interesującą fabułę i poprowadzenie jej za pomocą wiarygodnych postaci. Z kolei pisarze-laicy mogą z łatwością utonąć w meandrach ‚science’, zepchnąć naukowość na trzeci plan lub też naszpikować przemilczeniami czy niewiarygodnościami. Na szczęście możliwe jest spotkanie książki, która nie razi ani logicznymi błędami, ani topornym stylem – wystarczy sięgnąć po „Marsa”.

Historia osnuta została wokół tytułowej planety, którą ludzkości udało się ostatecznie skolonizować. Egzystencja na Marsie nie należy jednakże do usłanych różami – mimo wieloletnich wysiłków wciąż brakuje tam roślinności, tlen musi być więc wytwarzany sztucznie, a suchy i gorący klimat, nieskalany ani jedną kroplą deszczu, nie tworzy szczególnie komfortowych warunków. W dodatku, to, co miało być początkiem nowego życia, świeżym startem dla wielu, szybko okazuje się powtórką tego, co tak dobrze znają z Ziemi – przepaść między bogatymi, których stać na luksusowe apartamenty i drogie jedzenie sprowadzane z ojczystej planety, a biednymi, wykonującymi mozolne prace fizyczne, powiększa się z każdym rokiem. Politycy są skorumpowani, a walka o władzę przysłania próbę polepszenia bytu mieszkańców.

Akcja powieści rozpoczyna się w 2305 roku, kiedy Mars stoi u progu przyjęcia kontrowersyjnej ustawy paliwowej, a jej zagorzały przeciwnik, senator Richard Griffin, usiłuje w tajemnicy doprowadzić do uderzenia komety o powierzchnię planety. W gąszcz politycznych spisków wplątane zostają przypadkowe osoby – Allen Ryan i Doris Westwood – ale bez obaw, to nie jest jedna z tych książek, w których dwójka bohaterów ocala ludzkość przed katastrofą, po czym odjeżdża w kierunku zachodzącego słońca. Allen i Doris to raczej trybiki w wielkiej maszynie, a choć znane są im rządowe sekrety – niewiele mogą zdziałać.

Intryga „Marsa” składa się z kilku warstw, a do jej rozwikłania potrzeba będzie wielu lat i kolejnych destrukcyjnych dla planety i jej mieszkańców wydarzeń. Choć utwór Rafała Kosika posiada znamiona thrillera politycznego, to jego najważniejszą płaszczyzną pozostaje ta socjologiczna, skoncentrowana na działaniach i mentalności ludzkości. Ludzkości, która wciąż popełniają te same błędy. W swej wymowie utwór pozostaje pesymistyczny; to ten typ science fiction, jaki odbiera ochotę na czynienie dalszych postępów technologicznych, szczególnie mających związek z przestrzenią kosmiczną i podporządkowywaniem sobie natury.

Debiutancką powieść Rafała Kosika czyta się jednym tchem. Pisarz może poszczycić się rzadkim darem prowadzenia narracji w sposób tak zajmujący, że kolejne strony i rozdziały pochłania się bez żadnego wysiłku. Stylistycznie nie jest to co prawda wyszukana uczta, ale solidne rzemiosło – jak najbardziej. Nieco gorzej prezentują się bohaterowie – są do bólu przeciętni, a ich relacje – przewidywalne. Można usprawiedliwić to jedynie faktem, iż to nie oni są w tej historii najważniejsi.

Jak najtrafniej scharakteryzować „Marsa”? To po prostu inteligenta literatura rozrywkowa – a niewiele takich pozycji trafia się na rynku. Kosik potrafi zaskoczyć, poruszyć, zaciekawić. Stworzył powieść idealną dla każdego, kto do science fiction podchodzi nieufnie, obawiając się pozycji nieprzystępnej, nielogicznej, nadmiernie skomplikowanej lub spłyconej. Nie można jednak zapominać, że to utwór nie o czerwonej planecie, podboju kosmosu czy technologicznym postępie, a o naturze ludzkiej.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Powergraph oraz Portalowi Insimilion.

„Bóg mordu” w trzech odsłonach

W dobrym dramacie scenicznym każda linijka tekstu ma znacznie – a żadna nie jest nadmiarowa. Przykładem takiego utworu jest „Bóg mordu” autorstwa francuskiej dramatopisarski, Yasminy Rezy, który od kilku lat wystawiany jest na deskach teatrów całego świata – od Szwajcarii, przez Londyn i Berlin, po Nowy Jork. Choć zarys fabuły wydaje się niezwykle prosty – oto bowiem spotykają się dwa małżeństwa, by omówić sprawę bójki ich jedenastoletnich synów – autorce udało się przemycić w niej wiele prawd o ludzkiej naturze, zbudować napięcie godne najlepszego thrillera oraz rozbawić widzów do łez.

Obok tego dramatu o zasłużonej sławie nie przeszedł obojętnie Roman Polański, czego owocem był film zatytułowany „Carnage” (w polskiej wersji: „Rzeź”). Co prawda w interpretacji Polańskiego akcja przeniesiona zostaje z Francji do Nowego Jorku, inne są także imiona bohaterów, ale przebieg akcji i dialogi pozostały niezmienione. Reżyserowi udało się również utrzymać kameralny charakter sztuki, wydarzenia rozgrywają się w jednym pokoju, w czasie rzeczywistym. I choć w oczach wielu mało elokwentnych komentatorów internetowych film bywa opisywany jako nudny, nieśmieszny i przegadany – mnie wydaje się czymś wręcz przeciwnym. Jego siłą są właśnie barwne dialogi autorstwa Rezy i wyśmienite kreacje aktorskie Jodie Foster, Kate Winslet, Christopha Waltza i Johna C. Reilly’ego. Choć przez godzinę i kwadrans postaci tylko rozmawiają – to jakże wiele w tym emocji, jakże to wartkie i pełne polotu. O żadnej nudzie nie może być mowy, słowne pojedynki są w tym filmie o wiele bardziej ekscytuje niż sceny akcji w wielu innych produkcjach.

Jednak nie samym filmem człowiek żyje, a w momencie, gdy materiał wyjściowy dla scenariusza stanowi dramat – warto sięgnąć do korzeni i wybrać się na przedstawienie. Na szczęście także polskie teatry pokusiły się o wystawienie „Boga mordu”, a sztukę obejrzeć można m.in. w Krakowie, Warszawie, Szczecinie, Łodzi czy Gdyni (a warto poszukać jej także w innych miastach). Postanowiłam więc sprawdzić, jak wypada ten wspaniały komediodramat na deskach warszawskiego Ateneum. Nie ukrywam, że żywiłam wcześniej obawy – jak na tle aktorskiej śmietanki z filmu wypadną Sylwia Zmitrowicz, Barbara Prokopowicz, Artur Barciś i Krzysztof Tyniec? Okazuje się, że cała obsada poradziła sobie znakomicie, a choć w niektórych scenach ich interpretacje są inne – wcale nie są gorsze. Co więcej, spektakl reżyserowany przez Izabellę Cywińską niesie ze sobą większą dawkę śmiechu; możliwe, że zasługa w tym polskiego przekładu sztuki, choć śmiem przypuszczać, że także bliskość rozgrywających się wydarzeń (zwłaszcza gdy siedzi się w odległości metra od sceny) pozwala jeszcze lepiej wczuć się w przedstawioną historię.

Zachęcam wszystkich do sięgnięcia po „Boga mordu”, w formie dowolnej – czy to literackiej, czy filmowej, czy teatralnej (choć adaptacja, z udziałem rewelacyjnych aktorów, może w tym przypadku lepiej przemówić do wyobraźni). Warto zobaczyć, co dzieje się, gdy opadają maski i kruszą się konwenanse. I mieć tę świadomość, że w każdym, głębiej czy płycej, drzemie uśpione dzikie zwierzę, które w określonych warunkach może wydostać się na zewnątrz.

Strona 20 z 33« Pierwsza...10...1819202122...30...Ostatnia »