Author Archives: Oceansoul

Biblioteczka 3.0

Drodzy moi, wiem, że ostatnio prawie nie publikuję, ale zapewniam, że nie wynika to z mojej niechęci do tego miejsca czy do pisania o kulturze. Wręcz przeciwnie, ostatnio wręcz liczba tekstów, które chciałabym napisać, rozsadza mi głowę, nowe pomysły spływają, a ja odwlekam czytanie niektórych książek czy oglądanie niektórych seriali do momentu, kiedy po zapoznaniu się z nimi będę mogła w spokoju spisać swoje wrażenia. Chwilowo (co oznacza kilka miesięcy) jednak jestem przez niemal całą dobę uwiązana do komputera i klawiatury, najpierw w pracy, potem w pracy po pracy, tak więc ostatnie, na co mam siłę, to spędzanie tych krótkich chwil czasu wolnego na dalszym klepaniu w klawisze. Ach, gdyby tak wreszcie ktoś wynalazł to magiczne urządzenie, które będzie przelewać myśli z mojej głowy wprost na ekran komputera…

Tymczasem jednak mam dla Was trochę zdjęć. Zapowiadałam jakiś czas temu kupno dodatkowego regału – który okazał się ostatecznie dwoma regałami – co skutkowało przekładaniem większości książek i porządkowaniem biblioteczki. Zgodnie z wolą czytelników nowy stan rzeczy został udokumentowany i niniejszym mogę go tu zaprezentować. Wrzuceniu zdjęć jeszcze podołam. :) Tak więc cieszcie oczy, jako i ja cieszę. Tekstu nie będzie, niech tym razem przemówią same obrazy (i niewielkie podpisy). Zdjęcia można powiększać (a przynajmniej mam taką nadzieję). Miłej wycieczki po bibliotece!

calosc

regal6-opis

regal5-opis

regal1-opis

regal2-opis

regal4-opis

regal3-opis

regal8-opis

regal7-opis

regal9-opis

regal10-opis

komiksy-opis

The Winner Takes It All ― „Mamma Mia!” w Teatrze Muzycznym Roma

Zacznijmy od kilku szczerych wyznań. Uwielbiam musicale, ale nigdy nie byłam fanką „Mamma Mia!”. Nie słucham Abby, choć nie przeszkadza mi to znać wszystkie największe przeboje grupy — bo któż ich nie zna! Nie lubię ekranizacji z Meryl Streep w roli głównej i uważam ją za jedną z najsłabszych filmowych realizacji dowolnego scenicznego tytułu. Od kilku lat nie opuszczam jednak nowych przedstawień w Teatrze Muzycznym Roma — i tym sposobem obowiązkowo musiałam zaliczyć także „Mamma Mia!”. Całe szczęście, że to zrobiłam. Wyszłam zachwycona.

mammamia1

Mój problem z tym konkretnym musicalem, a jednocześnie jego ekranizacją, zasadzał się w głównej mierze na fabularnych absurdach, przekraczających w mojej ocenie normy dopuszczalne dla gatunku. Mówiąc w skrócie: niezwykle durna to historia, w której dwudziestoletnia Sophie zaprasza na ślub trzech mężczyzn ― swoich potencjalnych ojców. Oni zaś jadą, przekonani, że zaproszenia pochodzą od matki panny młodej, Donny, z którą dwie dekady temu każdego z nich łączył krótki romans. Oczywiście wszyscy przed wszystkimi mają tu tajemnice, choć trudno powiedzieć, dlaczego. Jednocześnie, co jeszcze gorsze, bohaterowie wykazują zdolności logicznego rozumowania na poziomie pierwotniaka, w związku z czym nie potrafią wpaść na to, co mają przed nosem, lub zajmuje im to nienaturalnie dużo czasu. Rzecz jasna zdaję sobie sprawę, że zarówno wymagające silnego zawieszenia niewiary scenariusze, jak i nie najbystrzejsze zachowania bohaterów, to często musicalowy standard, do którego przywykł już dawno każdy miłośnik gatunku. W przypadku „Mamma Mia!” daje się to jednak we znaki mocniej niż zazwyczaj. Dodajmy do tego odpowiednio przesadzoną grę aktorów, zmuszonych nadmiernie się dziwić, cieszyć i smucić. To, co zupełnie nie sprawdziło się na wielkim ekranie, wypada jednak zupełnie inaczej na deskach teatru.

Może się ze mną nie zgodzicie, ale pewna maniera czy przesada w grze aktorskiej, niektóre wyjątkowo ekspresyjne zachowania postaci, wreszcie sama konstrukcja bohaterów czy fabuły, luki logiczne, grubymi nićmi szyte uproszczenia ― te wszystkie elementy, niestrawne na szklanym ekranie, zupełnie inne wrażenie robią wtedy, gdy ogląda się je na scenie, siedząc raptem kilka metrów od aktorów i w pewien sposób wchodząc z nimi w interakcje. Od pierwszych scen bohaterowie mówią „do widza”, a publika żywo reaguje na wydarzenia, których jest świadkiem, choćby poprzez zbiorowe salwy śmiechu czy oklaski. To właśnie atmosfera teatru i specyfika wydarzenia scenicznego sprawiają, że tak bardzo różni się mój odbiór „Mamma Mia!” made in Hollywood od „Mamma Mia!” made in Roma.

mammamia2

To, co działa na korzyść wystawienia Romy, to nie tylko sam fakt, że oto mamy deski teatru, muzykę na żywo i aktorów na wyciągnięcie ręki. Niemniej ważna jest jakość samej inscenizacji. Odkąd mam przyjemność bywać w Teatrze Muzycznym Roma ― a robię to niestety dopiero od kilku lat, od czasów „Upiora w operze” ― za każdym razem na nowo zachwycam się dbałością o szczegóły, technicznym przygotowaniem, dopracowaną do perfekcji choreografią i, rzecz jasna, popisami aktorsko-wokalnymi. Tym, czym stałych bywalców na dzień dobry zaskakuje wystawienie „Mamma Mia!”, jest zmodernizowana scena, która przez wiele miesięcy poprzedzających lutową premierę musicalu przechodziła prace remontowe. Pozwoliło to pokazać widzom coś zupełnie nowego, czego jeszcze w żadnym teatrze nie widziałam ― dekorację cyfrową, tworzoną za pomocą ogromnych ekranów, rozsuwających się i zsuwających, gdy tego potrzeba. Uzyskane w ten sposób tło pozwoliło na wygenerowanie głębi i optyczne poszerzenie sceny, rewelacyjnie wykorzystane w kilku fragmentach przedstawienia. Do tego oczywiście wciąż mamy klasyczną, namacalną dekorację, na którą przez większość czasu składa się wyobrażenie na temat typowej zabudowy greckiej wysepki. Skromne, ale w zupełności wystarczające.

Zatrzymajmy się może jednak przy tym, co w musicalu najważniejsze ― jak oni śpiewają! Show kradnie przede wszystkim Anna Sroka-Hryń jako Donna. Na podstawie krótkich próbek dostępnych w internecie bez wahania stwierdzam, że to właśnie jej wcielenie bohaterki jest tym, które najbardziej mi odpowiada, a wykonanie „The Winner Takes It All” to w mojej opinii najlepszy numer wieczoru (na drugim miejscu umieściłabym zaś żywiołowe „Money, Money, Money”, śpiewane wraz z resztą obsady). Na scenie nie zabrakło rzecz jasna aktorów znanych z wcześniejszych spektakli Romy, jest więc jak zawsze świetny Jan Bzdawka jako Harry Bright (wcześniej m.in w „Les Miserables”, „Upiorze w operze”, „Tańcu wampirów”) czy Dariusz Kordek jako Sam Carmichael (w poprzednim sezonie Don Lockwood w „Deszczowej piosence”). Jeśli mam jakiś żal do twórców spektaklu, to tylko taki całkowicie absurdalny i wyjęty z kapelusza —mianowicie, jako że w każdą z ważniejszych ról wcielają się naprzemiennie dwie czy trzy osoby, to idąc na jedno przedstawienie, nie zobaczy się nigdy wszystkich, których zobaczyć by się chciało. I tak przepadła mi okazja, aby usłyszeć Janusza Krucińskiego czy Ewę Lachowicz. Najlepiej byłoby więc wybrać się na spektakl jeszcze raz!

mammamia3

Jeśli czegoś obawiałam się przed wizytą w teatrze, to tylko jednego aspektu ― tłumaczenia tekstów. W przypadku tak znanych utworów, jak piosenki Abby, było to podwójnie ryzykowne, w końcu wszyscy kojarzymy te słowa, więc wszelkie zaburzenia melodyjności frazy byłyby od razu wychwytywane nawet przez widzów nieoglądających i niesłuchających nagrań z West Endu czy Broadwayu. Tłumacz, Daniel Wyszogrodzki, od lat przekładający libretta spektakli w Romie, poradził sobie jednak bardzo dobrze, tekstów słucha się z przyjemnością, pasują zarówno do muzyki, jak i do fabuły. Jeśli cokolwiek mi zgrzytało, to jedynie zostawiane z rzadka słowa angielskie, które tworzyły przedziwne zlepki z wersami polskimi, jak choćby „ty jesteś dancing queen”. Na całe szczęście, tego typu sytuacje miały miejsce bardzo rzadko.

Jak niedawno można było przeczytać w prasie, „Mamma Mia!” świętowało już jubileusz setnego wystawienia w Romie. Mimo to nie milkną napływające zewsząd ciepłe opinie, a bilety wciąż wyprzedają się na pniu; teraz, choć mamy koniec czerwca, macie szansę kupić dobre miejsca na przedstawienia grudniowe. Do czego gorąco zachęcam, jeśli choć trochę lubicie musicale; na jeden spektakl raz na dwa czy trzy lata naprawdę warto się wybrać, nawet gdy wymaga to planowania z półrocznym wyprzedzeniem (ale powoli zaczyna to być standardem i koniecznością w coraz to większej liczbie teatrów). Ja tymczasem szykuję się do wizyt w innych teatrach muzycznych w Polsce ― już w listopadzie „Jekyll & Hyde” w Poznaniu! Oczekujcie relacji!

mammamia4
Wykorzystane zdjęcia promocyjne pochodzą ze strony: http://teatrroma.pl/

„Ms. Marvel Vol. 2: Generation Why”, G. Willow Wilson, Adrian Alphona, Jacob Wyatt

msmarvel2014-6-11Tak, dobrze myślicie. Znów będę zachwycać się nową Ms. Marvel. Jeśli nie wiecie, co to za seria, o czym opowiada, od czego zacząć lekturę i dlaczego to idealna pozycja dla początkujących fanów komiksów i/lub uniwersum Marvela ― niniejszym odsyłam Was do tekstu poświęconemu pierwszemu tomowi, „No Normal” (gromadzącemu zeszyty od pierwszego do piątego), gdzie znajdziecie wszystkie najbardziej podstawowe informacje. Dziś zaś zamierzam przyjrzeć się drugiemu wydaniu zbiorczemu, ale już z innej perspektywy i z założenia w sposób nieco bardziej szczegółowy. Oraz przy okazji spróbować wyjaśnić, dlaczego tak właściwie pokochałam tę serię. [Uwaga na niewielkie spoilery!]

Na drugi tom przygód nowej Miss Marvel składają się dwie historie ― dwuczęściowa „Healing Factor” i czteroczęściowa „Generation Why”, od której tytuł przejmuje cały album. Obydwie opowieści to w gruncie rzeczy bardzo klasyczne scenariusze superbohaterskie, przedstawiające obowiązkowy dla stawiającego pierwsze kroki herosa kryzys związany z nową tożsamością, kapryśnymi mocami, próbą pogodzenia codziennego życia z sekretnymi eskapadami w przebraniu oraz poszukiwaniem mentora, który wesprze dobrą radą, udzieli wskazówek, a przede wszystkim wykaże zrozumienie dla sytuacji protagonistki. Przyznajmy, nie brzmi to szczególnie odkrywczo. Cóż więc zdecydowało o tym, że to właśnie perypetie Kamali tak mnie urzekły i skłoniły do tego, by bliżej się tej serii przyglądać? Dwa czynniki: podejście do kwestii społeczno-pokoleniowych oraz wszechobecna afirmacja pozytywnych wartości.

Od samego początku bardzo cieszy mnie konsekwencja, z jaką scenarzystka G. Willow Wilson rozgrywa pokoleniowe konflikty i pozwala przemówić każdej ze stron. Już jedna ze scen otwierających „Healing Factor”, w której Kamala zostaje zmuszona do rozmowy z Sheikhem Abdullahem, duchownym z lokalnego meczetu, nie jest wcale pełną klisz konfrontacją uporządkowanej, statecznej starości z płochą, nierozważną młodością, w której obydwu stronom brakowałoby dobrej woli, by dojść do porozumienia. Choć bohaterka zaczyna dialog uprzedzona do surowego mężczyzny i nie przypuszcza, by w jakikolwiek sposób mógł on wykazać zrozumienie dla jej problemów związanych z sekretną tożsamością, zagubieniem w nowej roli i trudami wiążącymi się z chęcią niesienia pomocy z jednej strony i koniecznością okłamywania swoich bliskich z drugiej, szybko będzie musiała przyznać się do pomyłki. Na kartach „Ms. Marvel” nie demonizuje się ani ostrożnego rozsądku, ani rządzącej się swoimi prawami nastoletności, uwrażliwionej na wszelkie zakazy i nakazy, przeciwko którym od razu można by zacząć się buntować. W tym świecie, jeśli tylko obydwie strony zdecydują się wyjść sobie na przeciw, każde porozumienie jest w zasadzie możliwe. A dalej jest jeszcze lepiej.

Ms. Marvel

Szalenie podoba mi się to, jak została ukazana relacja Kamali z rodzicami. Po pierwsze, co może nie powinno budzić takiego zdziwienia ― ale budzi, jeśli poznało się wystarczająco duży wycinek popkultury ― bohaterka nie jest sierotą. Pochodzi z pełnej, kochającej rodziny, którą nie targają żadne wielkie tragedie oraz nie gnębią patologie. Oczywiście, nastolatce doskwiera pewna nadopiekuńczość, czasem dostanie szlaban, czasem zamknie się w pokoju z myślą, że przecież nikt na świecie jej nie rozumie ― ale wszystko odbywa się bez niepotrzebnych dramatów, bez silenia się na przesadzone konflikty. Jest w tych relacjach (co widać także dzięki doskonałym rysunkom) wiele ciepła, troski i prób zrozumienia mimo różnic pokoleniowych czy światopoglądowych. Jest też wiele zaufania; może nadinterpretowuję, w końcu Miss Marvel nie ujawnia prawie nikomu z najbliższych swojej sekretnej tożsamości i musi niekiedy uciekać się do kłamstw, ale jednocześnie przez cały czas każda ze stron wierzy w dobre intencje tej drugiej. Z mojego punktu widzenia to przede wszystkim postawa: nie mówisz nam, co cię gnębi, ale ufamy ci, że wiesz, co robisz, a gdy uznasz, że jesteś gotowa, sama nam o tym powiesz. To naprawdę miła odmiana po obcowaniu z innymi utworami ― głównie seriami ― w których postaci notorycznie obrażają się na siebie lub czynią sobie nawzajem wyrzuty za przewinienia mniejszego kalibru.

Ms. Marvel

Przejdźmy jednak z relacji w mikroskali do makroskali. Drugi story arc i cały album nie bez kozery zatytułowano „Generation Why”. Zatrzymajmy się na moment przy tym określeniu, wyrażeniu homofonicznym dla Generation Y ― Pokolenia Y. Mojego pokolenia, dzieci lat 80. i 90, zamerykanizowanych obywateli globalnej wioski. To my zakochaliśmy się w cyfrowej technologii, do tego stopnia, że nie wyobrażamy już sobie bez niej życia. To my jesteśmy tymi otwartymi i tolerancyjnymi, a równocześnie nieodpowiedzialnymi i zbyt pewnymi siebie. A może nawet egoistami, pasożytami i straconą generacją, z nosem wiecznie utkwionym w smartfonie, skupieni tylko na tym, co powierzchowne i płytkie, co szybkie i łatwo przyswajalne? Co tak właściwie chcemy po sobie zostawić, co chcemy pokazać kolejnemu pokoleniu? Te same pytania zadaje sobie nemezis Miss Marvel. Antagonista porywa nastolatki i użytkuje ich ciała jako źródło energii ― ponieważ postrzega to jako najlepsze wykorzystanie ich możliwości i sił witalnych. Tak samo zresztą podchodzą do tego jego ofiary; czują się bezużytecznymi i niegodnymi jednostkami, zdolnymi jedynie przekazać planetę w ręce kolejnych generacji w jeszcze gorszym stanie niż ten zastany, zarówno pod względem ekonomicznym, jak i ekologicznym.

Ms. Marvel

Miss Marvel koncentruje się jednak na pozytywach. Mimo że jako pokolenie rozwinęliśmy po części inne umiejętności niż poprzednia generacja X, nie oznacza to automatycznie, że nie nadajemy się do niczego ― po prostu mamy inne mocne strony i to właśnie na nich powinniśmy się skoncentrować. Gdy myślę o tym w kontekście choćby własnej osoby czy najbliższego otoczenia, nie mogę nie przyznać Kamali racji. Przecież to nie jest tak, że nagle zaczęliśmy rodzić się głupsi ― co, mam wrażenie, coraz częściej próbują wmówić nam tradycyjne media czy starsze pokolenia. Nie jest tak, że pokolenie X było tym mądrym i wspaniałym, a my, Igreki, powinniśmy przylepić sobie etykietę roszczeniowych konsumpcjonistów. Oczywiście, różnimy się, dostosowujemy się do zmieniającego się świata. Ale oznacza to tylko tyle, że powinniśmy postarać się, by w odpowiedni sposób nauczyć się wykorzystywać nasze atuty. A przy okazji może też wyciągnąć z tego wnioski na przyszłość i przestać demonizować dorastające pokolenie Z ― do czego, niestety, mamy coraz większą tendencję.

Ms. Marvel

To nie jedyna kwestia, w której protagonistka może wykazać się nieustającą wiarą w ludzi i w dobro. Miss Marvel przez zdecydowaną większość czasu pozostaje optymistką; brak w jej postawie zimnego cynizmu, wyrachowania czy zgorzknienia, w zamian jest zaś urokliwa naiwność, poczucie humoru i czerpanie radości z życia. To dokładanie taka bohaterka, jakiej w tej chwili potrzebuję. Może dlatego, że jest mi charakterologicznie bliska, a może dlatego, że kiedy rzeczywistość dookoła akurat da w kość, to lepiej uciec do świata, w którym to właśnie idealistyczna postawa ma szansę zatriumfować. Kamala wspaniale sprawdza się także jako superbohaterka. Jest empatyczna i w bezpretensjonalny, naturalny sposób dba, by nikomu postronnemu nie stała się krzywda. Popełnia błędy, ale powoli zaczyna wyciągać z nich wnioski. Odznacza się sprytem i zaradnością, co nie oznacza jednak, że wszystko jej się udaje ― wręcz przeciwnie, jak do tej pory częściej ponosi porażki niż odnosi sukcesy, musi nauczyć się przyjmować pomoc od innych i nie bać o nią poprosić, gdy sytuacja tego wymaga. Nie ma tu miejsca ani na stanie w strugach deszczu ze smętną miną, ani na niestrawny patos, ani na defetystyczne konstatacje. Takiej postaci potrzebowałam.

Ms. Marvel

Przy tym wszystkim Kamala jest outsiderką, sama uważa się raczej za dziwną i niepopularną ― równocześnie zaś w ogóle nad tym nie ubolewa, tylko koncentruje na pozytywach. Łatwo poddaje się emocjom, działa pod wpływem chwili. Wreszcie ― czuje się geekiem, porównuje posiadanie supermocy do builda postaci w RPG, śmieje się z nawiązań do Star Wars, a w wolnej chwili pisze fanfiki o Avengers i X-Men. Swoje superbohaterstwo traktuje odpowiedzialnie, ale nigdy nie śmiertelnie poważnie. Choć z racji przynależności do Inhumans mogłaby czuć się wyróżniona, wciąż pozostaje bardzo bliska czytelnikowi i jego perspektywie. Śmiem zaryzykować stwierdzenie, że większość fanów komiksu o Miss Marvel jest w pewnym stopniu właśnie taka, jak ona, i w podobny sposób mogłaby zareagować w sytuacji nagłego odkrycia u siebie nadnaturalnych mocy. A przynajmniej ja jestem i dzięki temu tym łatwiej przychodzi mi empatyzowanie z protagonistką.

Ms. Marvel

Ale „Ms. Marvel” to rzecz jasna nie tylko rozważania o konflikcie pokoleń czy istocie superbohaterstwa. To równocześnie zabawna, lekka seria, pełna ujmującego i absurdalnego humoru. Niesłychanie cieszy mnie fakt, iż od pierwszego zeszytu nikt nie próbuje pisać tej historii ze zbędnym zadęciem. Wręcz przeciwnie ― nieustannie odnoszę wrażenie, że sami autorzy doskonale zdają sobie sprawę z faktu, jak odrealniony jest pod pewnymi względami świat, w którym ścierają się superbohaterowie i ich nemezis, a dzięki temu bez zahamowań uderzają w groteskowy ton. Przy okazji tą świadomością obdarzają też swoich bohaterów; i tak Miss Marvel zostaje wysłana do typowych dla utworów fantastycznych kanałów, nienaturalnie rozległych i strzeżonych przez olbrzymiego zmutowanego aligatora, ale od razu dostrzega absurd całej sytuacji. Antagonistą pierwszych dwóch tomów uczyniono zaś Thomasa Edisona, klona słynnego naukowca… tyle że obdarzonego głową nimfy, ptaka z rzędu papugowatych z charakterystycznym czubem. Co równocześnie nie przeszkadza twórcom wkładać w jego dziób ― pomiędzy kłótnie o by nikt nie nazywał go ptakiem ― także poważniejszych stwierdzeń.

Ms. Marvel

Pozostaje jeszcze ostatni aspekt ― oprawa graficzna. Fanką kreski Adriana Alphony jestem od momentu, gdy ujrzałam pierwszy kadr w pierwszym albumie i ten stan rzeczy nie uległ zmianie. W tomie drugim nastąpiło jednak to, co w przypadku komiksów Marvela nieuniknione ― część zeszytów została narysowana przez kogoś innego. W „Healing Factor” miejsce Alphony zajął Jacob Wyatt, szerzej jeszcze nieznany w świecie komiksu. Wystarczy rzut oka na dowolną stronę tej dwuczęściowej historii, by zauważyć brak charakterystycznych, odręcznych ramek kadrów czy delikatnych konturów postaci. Rysownikowi udało się za to zachować uproszczoną, wymowną mimikę bohaterów i ogólny ton oprawy graficznej, i to na szczęście bez prób kopiowania bardziej doświadczonego konfratra. Choć linie Wyatta są grube i wyraziste, sylwetki Miss Marvel i Wolverine’a kanciaste i przysadziste, a tła dość ubogie, to wciąż obecna pozostaje dobrze oddana dynamika czy właściwa Kamali niezdarność.

Ms. Marvel

Do czego tak właściwie zmierzam w tym wywodzie? Nie tylko do prostej rekomendacji, sprowadzającej się przecież do jednozdaniowego: przeczytajcie ten komiks, moim zdaniem warto. Prędzej do autodiagnozy i próby stwierdzenia, dlaczego akurat do tej serii wracam, skoro przecież na rynku mamy tak wiele komiksowych tytułów, z których można wybierać. Równocześnie to ostateczne przyznanie się do tego, że wciąż potrzebuję pozytywnych bohaterów, tak często deprecjonowanych przez dzisiejszą popkulturę. A przecież nie wszystko musi być ponure, dojrzałe i antybohaterskie. Ja wybieram Miss Marvel.

Careful the wish you make, Wishes are children ― „Into the Woods”

Miłośnicy wysokobudżetowych ekranizacji musicali nie mają lekkiego życia. Twórcy filmów rozpieszczają ich zdecydowanie zbyt rzadko, raptem raz na kilka lat, a i nawet wtedy nie zawsze efekt końcowy potrafi sprostać długim oczekiwaniom fanów scenicznych pierwowzorów. Wycinanie utworów, skracanie fabuł czy zatrudnianie aktorów o wątpliwych warunkach głosowych i wokalnym talencie to jednakże nie jedyne problemy. Musicalom zwykle towarzyszy także zła fama, mająca źródło w zbiorowych opiniach osób nieprzygotowanych na to, co zobaczą na kinowym ekranie. I tak po „Les Miserables” można było przeczytać narzekania na zbyt dużą dawkę śpiewu ― najwyraźniej nie tego spodziewał się niedzielny widz po filmie opisanym jako „musical”. „Into the Woods” z kolei boryka się z innymi oskarżeniami ― otóż jakim prawem, krzyczą zagniewani rodzice, nie jest to film dla dzieci, skoro na plakacie widnieje logo Disneya, a wśród bohaterów znajdziemy Czerwonego Kapturka, Kopciuszka i Roszpunkę. Tymczasem mimo obecności piosenek, postaci o baśniowych rodowodach i fantastycznego sztafażu absolutnie nie mamy do czynienia z produkcją dla milusińskich. A wystarczyło wiedzieć jedno, by uniknąć rozczarowania ― toż to musical Stephena Sondheima.

intothewoods1

Stephen Sondheim, jeden z najbardziej znanych kompozytorów i autorów tekstów do przedstawień musicalowych, zdobywca niezliczonej ilości nagród wszelakich, od Grammy, przez Tony, po Pulitzera, pisze muzykę rozpoznawalną od pierwszej nuty. Nawet jeśli nie śledzicie broadwayowskich spektakli, ale kojarzycie choćby ekranizację „Sweeney Todd: The Demon Barber of Fleet Street” Tima Burtona sprzed paru lat, to już po kilku dźwiękach otwierających „Into the Woods” poczujecie się jak w domu. Także specyficzna melodia, układ rymów czy dominacja pewnych instrumentów w partiach o określonym ładunku emocjonalnym ― wszystko to pewnie wyda się Wam znajome. Nie inaczej jest z nastrojem produkcji. Choć nie brakuje w niej elementów komediowych (z tym że w wersji scenicznej zdają się one mocniej wybrzmiewać) ani scen ciepłych, podnoszących na duchu, to równocześnie wiele miejsca poświęcono tematom dojrzałym, scenom pełnym powagi, smutku czy makabreski.

Fabularny punkt wyjścia „Tajemnic lasu” stanowią dzieje dobrze nam znanych postaci baśniowych: Kopciuszka, Czerwonego Kapturka, Jasia (mającego powiązania z magiczną fasolą) i Roszpunki, a także Piekarza i Piekarzowej, których los splata z tą nietypową gromadką na skutek klątwy rzuconej przez Wiedźmę. Choć na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że mamy do czynienia wyłącznie z modnym w ostatnich latach retellingiem klasycznych opowieści z morałem, to warto odrzucić owo mylne skojarzenie. Oczywiście, baśniowe wątki przeniesiono na scenę teatru, a potem ekrany kin — w dodatku w wersjach posępniejszych, tych znanych ze zbioru braci Grimm, gdzie siostry Kopciuszka odcięły sobie fragmenty stóp podczas mierzenia pantofelka, a ciernie wykłuły oczy księciu zakochanemu w Roszpunce — ale wyłącznie w tym celu, by móc w pewnym momencie odwrócić właściwe tego typu opowieściom schematy. Musical Sondheima jest bowiem uniwersalną historią o marzeniach i ich konsekwencjach. Poznawanie poszczególnych postaci rozpoczyna się od wyjawienia widzowi, czego sobie życzą; jednak konfrontacja z rzeczywistością szybko zmusza bohaterów do ponownego przyjrzenia się swoim pragnieniom — zarówno na poziomie samoświadomości, czyli tego, czy w ogóle można być pewnym, czego się tak naprawdę chce, jak i skutków dążenia do realizacji tych życzeń. Po drodze nie mogło zabraknąć także motywów ceny marzeń i celu, który uświęca środki.

intothewoods2 intothewoods3

Najważniejsze jest jednak to, jak marzenia odmieniają bohaterów. Każdy z nich w leśnej głuszy dozna przemiany — i niekoniecznie będzie z tego powodu zadowolony. Na wskroś fantastyczny las, miejsce obce i nieznane, budzi obawy nawet postaci zanurzonych na co dzień w świecie pełnym magii. Wędrówka wśród drzew oznacza wyjścia ze swojej strefy komfortu i położenie na szali tego, co znane i bliskie, by spróbować zawalczyć o marzenia — które nie zawsze okazują się tego warte. O podręcznikowym happy endzie nie może być więc mowy, co najwyżej o słodko-gorzkim pogodzeniu się z rzeczywistością. Także typowy dla baśni morał jest tu raczej cierpki i niekoniecznie właściwy do zaaplikowania młodym widzom. Oczywiście w „Into the Woods” da się odnaleźć o wiele więcej — zarówno bardziej oczywistych, jak i głębiej ukrytych interpretacji — i wyłącznie od widza zależy, ile wyniesie z tytułowej wyprawy do lasu. Ta mnogość płaszczyzn to niewątpliwie jedna z najlepszych cech tak filmu, jak i jego pierwowzorów, przesądzająca o konieczności obejrzenia go przez każdego niemającego alergii na musicale.

intothewoods7

Innym mocno zarysowanym tematem pozostaje kwestia relacji między najbliższymi, szczególnie rodzicami i dziećmi. Rodzice popełniają liczne błędy, poczynając od wahania, czy w ogóle są na potomstwo gotowi, przez pretensje do własnych rodzicieli, co przekłada się na kolejne pokolenie, po stawianie dzieciom określonych wymagań czy wychowanie pod kloszem. Oczywiście nic nie jest tu czarno-białe, a postaciom tak naprawdę daleko do typowych „dobrych” czy „złych”. W opowieści Jamesa Lapine’a również Wiedźma ma swoje racje, podczas gdy bohaterowie, którym kibicuje odbiorca, nierzadko postępują nieetycznie czy egoistycznie. „Nice is different than good”, jak śpiewa Czerwony Kapturek, a protagoniści to właśnie typowi mili ludzie, niekoniecznie zaś na wskroś dobrzy. A czasami niewiele trzeba, by i te miłe osoby pokazały nieco inną twarz. Oczywiście, wszystko to nie jest w kulturze niczym nowym czy przełomowym, ale w połączeniu z fantastyczną oprawą tworzy warty uwagi produkt końcowy.

O sukcesie adaptacji przesądziła jednak nie tylko jakość materiału wyjściowego. Równie ważna pozostaje wizja reżysera, zmuszonego przełożyć język sceny teatralnej na ekran kinowy. Rob Marshall, twórca świetnej ekranizacji „Chicago” (jak i krytykowanego „Nine”), poradził sobie wyśmienicie. Na szczególne brawa zasługuje dobór obsady. Przede wszystkim — każdy z aktorów umie zaśpiewać przewidziane dla siebie partie. Przed seansem można było obawiać się nieco występu Meryl Streep, która, choć niewątpliwie aktorką jest znakomitą, nie popisała się w partiach śpiewanych w „Mamma Mia!”. Tymczasem jako Wiedźma sprawdza się idealnie i prezentuje świeżą kreację, nominowaną zresztą do Oscara, niebędącą powtórzeniem żadnej z wcześniejszych ról. Rewelacyjnym, głębokim głosem zaskoczył Chris Pine, a jego duet z Billym Magnussenem w „Agony” to zarazem jeden z najjaśniejszych, jak i najśmieszniejszych momentów całej produkcji. Właściwie każde nazwisko należałoby z osobna wymienić i pochwalić; broadwayowska weteranka Anna Kendrick czaruje w roli niezdecydowanego Kopciuszka, James Corden i Emily Blunt tworzą niewątpliwie jedne z najsympatyczniejszych wersji Piekarza i Piekarzowej, a najmłodsi członkowie obsady — Daniel Huttlestone (Jaś; wcześniej Gavroche w „Les Miserables) oraz Lilla Crawford (Czerwony Kapturek; debiut na dużym ekranie) przez cały czas dotrzymują kroku doświadczonym aktorom.

intothewoods4 intothewoods5

Jeśli więc zarzucać cokolwiek produkcji Disneya, to jedynie zatrzymanie się w pół drogi i rezygnację z najbardziej kontrowersyjnych wątków. Nie jest to jedynie utyskiwanie miłośników wersji scenicznej; wiadomo, oddani fani zawsze życzyliby sobie jak najmniejszej liczby modyfikacji. W tym przypadku strata jest jednak o tyle znacząca, że na skutek cięć ucierpiała nieco spójność fabuły, w szczególności zaś wątek Roszpunki, który w wersji filmowej w jakimś momencie się po prostu urywa, nie łączy z innymi opowieściami i tym samym niewiele z niego wynika. Także postaci obu książąt znacząco wybielono, co poskutkowało wycięciem ze scenariusza repryzy „Agony” — nad czym szczególnie ubolewam.

intothewoods6

Jeżeli jednak hollywoodzkie adaptacje broadwayowskich klasyków miałyby zmierzać w tym kierunku — wysokobudżetowych, dopracowanych produkcji, przy których pracują twórcy pierwowzorów, a do ról zatrudniani są aktorzy o odpowiednich umiejętnościach wokalnych — trudno mieć cokolwiek przeciwko temu. Po każdym takim sukcesie łudzę się, że może kolejną ekranizacją, jaki wezmą na warsztat filmowcy, będzie wreszcie „Wicked”, również mające wiele wspólnego z baśniami i odwracaniem schematów… i wygląda na to, że nie jest to wykluczone. Trzeba więc uzbroić się w cierpliwość, także w przypadku innych godnych uwagi tytułów, i doceniać to, co już dostaliśmy. Najskuteczniej chyba — poprzez głosowanie portfelami i wybranie się na „Into the Woods”. Zdecydowanie warto.

  • Tytuł: Tajemnice lasu (Into the Woods)
  • Reżyseria: Rob Marshall
  • Scenariusz: James Lapine
  • W rolach głównych: Meryl Streep, Emily Blunt, James Corden, Anna Kendrick, Chris Pine, Tracey Ullman, Johnny Depp, Lilla Crawford, Daniel Huttlestone, MacKenzie Mauzy
  • Rok produkcji: 2014
  • Czas trwania: 2 godz. 4 min.

Dla moli książkowych ― „Wśród obcych”, Jo Walton

"Wśród obcych", Jo WaltonW historii literatury fantastycznej niewiele pozycji może poszczycić się równie imponującym spisem uzyskanych nominacji i wyróżnień, co ostatnia książka walijskiej autorki Jo Walton. „Wśród obcych” zdobyło Hugo i Nebulę (i na chwilę obecną jest jedną z zaledwie 23 powieści, które mogą cieszyć się obiema statuetkami), British Fantasy Award, a do tego nominowano je także do World Fantasy Award i Locusa. Wszystkie najważniejsze nagrody branżowe mamy więc odhaczone. Wiele lat dzieli Walton od pisarskiego debiutu, nie jest to nawet jej pierwszy spektakularny sukces ― także poprzednie utwory autorki zostały dostrzeżone przez krytyków. Choć publikuje regularnie od piętnastu lat, na rynku polskim pojawiła się dopiero w 2013 roku ― i miejmy nadzieję, że nie był to ostatni raz, ponieważ „Wśród obcych” okazało się jednym z największych wydawniczych zaskoczeń minionych kilkunastu miesięcy.

Główna bohaterka, piętnastoletnia Morwenna, boryka się z traumą po śmierci siostry-bliźniaczki i wypadku, na skutek którego sama została kaleką. Ucieka z rodzinnego domu i trafia pod opiekę ojca, będącego dla niej obcym człowiekiem. Lepszy już jednak ojciec-lekkoduch i jego trzy ekscentryczne siostry niż niespełna władz umysłowych matka-czarownica. W nowym domu nie przyjdzie jej jednak zabawić długo, a wkrótce po przyjeździe zostanie wysłana do angielskiej szkoły z internatem, idealnie wpisującej się w wyobrażenia placówki edukacyjnej dla dzieci pochodzących z zamożnych rodzin. Wszędzie czuje się jednak obca — jest tą wyróżniającą się, zwracającą na siebie uwagę, dziwaczką. Dziewczyną chodzącą o lasce, w brzydkich butach ortopedycznych, Walijką w Anglii, wciąż mówiącą z dziwnym akcentem, zamkniętą w sobie i przedkładająca towarzystwo książek nad integrację z koleżankami. Warto zaznaczyć, iż w oryginale tytułowi „obcy” to rzecz jasna nie „aliens”, ani nawet nie „strangers”, co po prostu „others” — i tak właśnie wśród obcych, among others, dryfuje bohaterka.

Nie wiem, czy Tolkien znał wróżki. Lubiłam sobie wyobrażać, że tak. Że znał je, a one opowiadały mu wszystkie te historie, które spisywał, prawdziwe opowieści. Wróżki nie bardzo umieją kłamać. [str. 43]

Gdyby przyrównywać „Wśród obcych” do innych popularnych powieści, znalazłaby się gdzieś w punkcie przecięcia twórczości Neila Gaimana, Jonathana Carrolla i J.K. Rowling. U Jo Walton angielski szyk i tradycja przenikają się z walijskim folklorem, a realizm przetykany jest fantastyką, ale tą bardziej ludową, sięgającą do korzeni. Motywem przewodnim są tu fairies, czyli wróżki rodem z dawnych podań i baśni. Magię przedstawioną w książce można jednak interpretować dwojako; choć protagonistka od czasu do czasu widuje to, co nadnaturalne, wyłącznie od czytelnika zależy, czy uzna te wstawki za bujną wyobraźnię nastolatki, która w ten sposób radzi sobie z problemami, czy może za faktycznie występujące zjawiska nadprzyrodzone, dostrzegane jedynie przez wtajemniczonych.

Powieść Jo Walton wpisuje się równocześnie w literaturę poświęconą dorastaniu i szukaniu własnej drogi. Nie jest to jednak w żadnym stopniu typowa lektura młodzieżowa. Wspomnijmy choćby fakt, iż niebagatelną rolę we wchodzeniu Morwenny w dorosłość odgrywa literatura. Protagonistka lubuje się w klasyce fantasy i science fiction; pasjami czytuje LeGuin, Delany’ego, Norton. „Wśród obcych” może więc pełnić rolę przewodnika dla nowych czytelników, szukających wartych uwagi tytułów, jak i sentymentalnej podróży dla bardziej obeznanych moli książkowych, którzy porównają swoje wrażenia z odczuciami bohaterki. Do wielu czytelników silnie przemówi także ukazanie literatury jako pomostu między tytułowymi obcymi — to dzięki książkom Morwenna znajduje nić porozumienia z ojcem, nawiązuje nowe znajomości podczas bibliotecznych spotkań, otwiera się na ludzi, wymianę poglądów, a do tego poznaje inne rodzaje wrażliwości niż jej własna. W konsekwencji uczy się mówić o emocjach i uczuciach, a więc lepiej poznaje także samą siebie.

Na niższej półce stała powieść Johna Brunnera, której nie znałam. Lepiej — dwie, nie, trzy powieści Johna Brunnera, których nie znałam. Poczułam, że łzy napływają mi do oczu. [str. 18]

W pełniejszym rozumieniu przeżyć bohaterki i poznania świata widzianego jej oczami pomaga narracja pamiętnikarska. Dziennik Morwenny pisany jest lekkim, dość prostym stylem, co sprawia, że książkę czyta się z łatwością i można rekomendować ją także tym czytelnikom, którzy jeszcze nie zjedli zębów na wysmakowanej stylistycznie fantastyce. Wadą tej formy jest dość powierzchowne spojrzenie na postacie drugoplanowe. O ile Morwennę i jej punkt widzenia odbiorca ma szansę poznać dogłębnie, o tyle w przypadku pozostałych bohaterów ograniczeni jesteśmy wyłącznie do spostrzeżeń protagonistki. Nie uprzedzajcie się jednak do narracji pierwszoosobowej, będącej plagą zbyt wielu młodzieżowych powieści. Jo Walton nie skazuje nas na opisy tego, co jadła czy w co ubrała się nastolatka, a gros jej przemyśleń koncentruje się na wrażeniach z przeczytanych lektur lub też stanowi trafne komentarze do otaczającej ją rzeczywistości.

Choć wydawnictwo Akurat, imprint znanej na rynku od wielu lat Muzy, nie jest jeszcze powszechnie wymieniane w czołówce ulubionych oficyn fanów fantastyki, mam przeczucie, że ten stan rzeczy szybko ulegnie zmianie. Obok uznanego „Wśród obcych” w zeszłym roku Akurat zafundowało nam także nowatorskiego „Marsjanina” Andy’ego Weira i pełne humoru „Czerwone koszule” Johna Scalziego. W perspektywie najbliższych miesięcy możemy zaś spodziewać się kolejnej powieści obsypanej nagrodami, laureatki Hugo, Locusa i Nebuli, „Ancillary Justice” pióra Ann Leckie. Czekam z zapartym tchem — i Wam polecam to samo. Tymczasem zaś sięgnijcie koniecznie po powieść Jo Walton. Jeśli w głębi serca jesteście molami książkowymi i poszukujecie lektury, która poruszy w Was pewną szczególną, emocjonalną strunę, to trafiliście idealnie. Nie da się bowiem nie pokochać bohaterki, dla której najcenniejszym skarbem jest literatura!

Przecież pieniądze z funduszy wydawanych na budowę bomb atomowych, które mogłyby wytłuc wszystkich Rosjan, można by przeznaczyć dla bibliotek. Ile dobrego płynie z posiadania przez Wielką Brytanię własnej tarczy nuklearnej, a ile mogłoby dać powiększenie księgozbiorów? Komuś poprzestawiały się priorytety. [str. 279]

  • Tytuł: Wśród obcych (Among Others)
  • Autor: Jo Walton
  • Wydawnictwo: Akurat
  • Rok wydania: 2013
  • Liczba stron: 370
  • ISBN: 978-83-7758-450-7

Nieregularny przegląd filmowy #011 (Oscary 2015)

Witajcie w moim ulubionym czasie każdego roku ― przedoscarowej gorączce. Podobnie jak w 2014 i 2013 roku postanowiłam zaprezentować Wam krótki przegląd pozycji nominowanych w najważniejszych kategoriach. Cykl zakończymy zaś, podobnie jak w ubiegłym roku, spekulacjami i przewidywaniami. Na początek jednak ― pięć pierwszych tytułów, od których zaczęłam oglądanie. Pozostałe – już wkrótce.

***

„American Sniper” / „Snajper”, Clint Eastwood

American SniperNie wiem, jak to się stało, ale do chwili ogłoszenia nominacji oscarowych w ogóle o tym filmie nie słyszałam ― a przecież reżyseruje Clint Eastwood, a w głównej roli występuje Bradley Cooper. Tymczasem na naszym rynku film w ogóle nie był promowany mimo rychłej premiery. Z kolei w Stanach Zjednoczonych zdążył już wzbudzić kontrowersje ― zarówno z uwagi na trudny temat, niejednoznaczną postać protagonisty oraz scenariusz oparty na równie niejednoznacznej książce. Z jednej strony może nie powinno to dziwić, z drugiej ― w moim odbiorze to, co się z tego filmu wyniesie, zależy od indywidualnej wrażliwości widza. A sama produkcja? Dość angażująca, dobrze zagrana. Ot, poprawna, niewznosząca się jednak na żadne wyżyny wybitności. Moim typem oscarowym z pewnością nie będzie, również z uwagi na indywidualne preferencje i fakt, że filmy wojenne to zupełnie nie moje kino. Ale jeśli lubicie Bradleya Coopera, to warto zobaczyć go na ekranie.

„Foxcatcher”, Bennett Miller

FoxcatcherNie wyobrażacie sobie, jak strasznie się wynudziłam na tym filmie. A ja naprawdę rzadko piszę takie słowa. Nie chodzi tu w żadnym razie o tematykę, bo choć o zapasach nie wiem kompletnie nic, to poprzedni film reżysera Bennetta Millera, „Moneyball”, traktujący o równie obcym dla mnie baseballu, oglądałam jak urzeczona. Tymczasem „Foxcatcher”, choć opowiada z założenia ciekawą historię, jest produkcją kompletnie bez pomysłu. Interesująco na ekranie robi się tak naprawdę w ostatnich minutach ― i film zaraz się kończy. Gdyby finałowe wydarzenia przenieść przynajmniej na połowę seansu, a potem pokazać ich reperkusje, otrzymalibyśmy o wiele ciekawszy obraz. A tak pozostaje nam oglądanie pracy charakteryzatorów, którym udało się jakimś cudem oszpecić Marka Ruffalo i dorobić Steve’owi Carellowi odpychająco wielki nos. I tylko z Channingiem Tatumem niczego nie dało rady zrobić, dalej jedynie patrzy w przestrzeń wzrokiem nieskalanym myślą. Jak na razie zdecydowanie najsłabszy film, który obejrzałam, skuszona oscarowymi nominacjami.

„Gone Girl” / „Zaginiona dziewczyna”, David Fincher

Gone GirlNie jestem może największą fanką Davida Finchera na świecie, ale jeszcze nigdy się na jego filmach nie zawiodłam. „Gone Girl” przebiła wręcz moje oczekiwania ― w końcu czego dobrego można spodziewać się po produkcji, w której gra główną rolę Ben Affleck? Tymczasem okazało się, że Fincher nawet ze słomy jest w stanie ukręcić złoto ― i nawet drewniany Affleck jest tu wyjątkowo trafnie obsadzony. Film trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty, ma bardzo dobre zdjęcia (nienominowane), bardzo dobrą muzykę (nienominowaną), rewelacyjny scenariusz (nienominowany) oraz ― nominowaną, całe szczęście ― magnetyzującą Rosamund Pike w roli tytułowej. Zaskakuje kilkoma zwrotami akcji i niesztampowym, dającym do myślenia zakończeniem. Jeśli miałabym wskazywać największego niesłusznie przegranego tegorocznych nominacji do Oscarów, to będzie to definitywnie „Gone Girl”. Polecam wszystkim, nie tylko osobom maniakalnie śledzącym sezon nagród filmowych.

„The Grand Budapest Hotel” / „Grand Budapest Hotel”, Wes Anderson

The Grand Budapest HotelPrzyznam się Wam do czegoś ― do czegoś, przez co niektórzy mogą zacząć patrzeć na mnie krzywo. Nie przemawiają do mnie filmy Wesa Andersona. Mówię to bez niechęci, a i do obydwu produkcji reżysera, które oglądałam (pierwszą było „Moonrise Kingdom” przy okazji oscarowych nominacji dwa lata temu), podchodziłam całkowicie neutralnie. W obu przypadkach nie potrafiłam jednak zrozumieć, co tak właściwie powinno budzić mój zachwyt. Oczywiście, strona wizualna jest niesamowita, niezwykle spójna, a w dodatku oryginalna. Aktorzy, nawet ci na trzecim planie, to nierzadko pierwsza liga, grająca bez pudła. Ale to wszystko stwierdzam chłodnym okiem. Jeśli chodzi o emocje ― a koniec końców to one są dla mnie w kulturze najważniejsze ― nie doświadczam niczego. Ani się nie smucę, ani nie wzruszam, ani nie bawię, ani niczego nowego sobie nie uświadamiam. W dodatku fabuła nie ma sensu, no nie ma za grosz. Gdy pytam entuzjastów, o co chodzi z kinem Andersona, słyszę: ale tu nie chodzi o sens, chodzi o klimat. Akceptuję oczywiście taką odpowiedź, ale zaliczam się do tego ― wąskiego chyba ― grona, którym to nie wystarcza. Nie dla mnie Anderson.

„Whiplash”, Damien Chazelle

WhiplashFilm, w którym totalnie się zakochałam. Ostatnią produkcją, do której podchodziłam w równie emocjonalny sposób, był „Black Swan” Darrena Aronofsky’ego. W „Whiplashu” Damiena Chazelle’a można doszukać się podobnych motywów, choć bez psychodelicznych halucynacji i przy dźwiękach jazzu zamiast Tchaikovsky’ego. Poświęcenie, talent, granice własnej wytrzymałości, dążenie do perfekcji ― to wszystko jednak w „Whiplashu” odnajdziemy. Do tego świetny montaż i porażająca geniuszem gra głównych bohaterów odgrywanych przez J.K. Simmonsa i Milesa Tellera. Ale wysoki poziom poszczególnych składowych nie czyni filmu wybitnym. Potrzeba jeszcze emocji ― i to właśnie one różnicują w moim odbiorze produkcję Chazelle’a od innych nominowanych. Takiej dawki napięcia nie zwykło się oczekiwać po dramacie o aspirującym perkusiście. A jednak! Końcowe katharsis zasługuje na oddzielne oklaski. Choć od seansu minął już miesiąc, do dziś wzdrygam się na wspomnienie całej gamy przeżywanych wówczas uczuć. Takie filmy chcę oglądać.

Lifeboat for humanity ― „Ascension”

Relacja fanów fantastyki z telewizją Syfy (niegdyś: Sci-Fi Channel) nie należy do łatwych. A to serial skasują (w dodatku zostawiając widzów z cliffhangerem na pożegnanie), a to go anulują po pilocie, a to tylko zwiększą apetyty na produkcję, do realizacji której w ogóle nie dojdzie. Czasami też okazuje się, że projekt zapowiadany jako miniseria (czy też zamykająca się w kilku epizodach tzw. „event series”) ma tak naprawdę służyć jako backdoor pilot do potencjalnie dłuższego serialu, o ile słupki oglądalności znajdą uznanie w oczach włodarzy stacji. To ostatnie przydarzyło się emitowanemu w grudniu 2014 roku „Ascension” ― produkcji reklamowanej jako zamknięta całość, a de facto urywającej się tuż po tym, gdy na dobre się rozpoczęła.

ascension1

To właśnie nagłe, urwane w pół zdania zakończenie i wyraźne rozplanowanie tematu serialu czy rozwoju postaci na więcej niż pokazane widzom trzy ponadgodzinne odcinki sprawia, że mam problem z jednoznaczną oceną serialu oraz bezwarunkowym rekomendowaniem go widzom. Piszę te słowa z ciężkim sercem, ponieważ „Ascension” zauroczył mnie już podczas pierwszego kwadransa. Do czynienia mamy z socjologiczną science fiction, dla której kosmos jest li tylko sztafażem nieodciągającym uwagi od innych aspektów dzieła. Punktem wyjścia dla twórców było wyobrażenie sobie sukcesu Projektu Orion za czasów prezydentury Johna F. Kennedy’ego. W 1963 roku, w obawie przed skutkami zimnej wojny ― wśród których wymieniano także nuklearną zagładę Ziemi i wymarcie rodzaju ludzkiego ― wysłano na statku kosmicznym 350 ochotników lecących w stronę Proximy Centauri w poszukiwaniu planety mogącej stać się nową oazą dla ludzkości. Brzmi co najmniej intrygująco.

Pięćdziesiąt jeden lat później, w roku 2014, misja jest na półmetku, a statek niebawem przekroczy tzw. „point of no return” ― czyli punkt, po którym niemożliwe stanie się zawrócenie rakiety na Ziemię, znacząco ochrzczony Rubiconem. Głównymi bohaterami serialu są przedstawiciele środkowego pokolenia kolonistów ― pokolenia straconego, pozbawionego możliwości decydowania o swoim życiu w szerszej skali, urodzonego na Ascension i w większości przypadków skazanego na śmierć na jego pokładzie. Jak słusznie zauważa jeden z bohaterów, o nich nikt nie będzie pamiętać, a po latach ludzkość wspomni jedynie tych, którzy na misję wyruszyli, oraz tych, którzy ją zakończyli. Tymczasem, w przeciwieństwie do swoich przodków, osoby te nie znalazły się w kosmosie na własne życzenie. Nikt nie pozostawił im wyboru. Nigdy nie zagrają w baseball, nie wykąpią się w oceanie, nie poznają żadnego dzieła kultury stworzonego na Ziemi już po starcie misji. Nie dziwi fakt, iż niektórzy odbierają to jako atak na swoją wolną wolę, czują się niczym zamknięci w więzieniu, ograbieni z perspektyw.

ascension2

Jest to dobry przyczynek, by zastanowić się nad odpowiedzialnością i wyborami naukowców; co należy uznać za ważniejsze ― potencjalny ratunek dla ludzkiego gatunku (jak wiemy, do zagłady nuklearnej przecież nie doszło, a realność takiego zagrożenia pozostaje trudna do oszacowania) czy bezwzględną wolność każdego człowieka, który nie powinien być zmuszony do spędzenia życia w zamkniętej rakiecie na skutek decyzji i światopoglądu swojego przodka? „Ascension” nie udziela prostych odpowiedzi. Pokazuje nam co prawda także przebywających na Ziemi naukowców i prezentuje ich punkt widzenia, w tym syna autora całego projektu, związanego z przedsięwzięciem przez całe życie, ale zmusza do samodzielnego wysnuwania wniosków.

Wątpliwości dotyczące sensu życia to rzecz jasna niejedyny problem sześciuset osób zamkniętych w tej ogromnej, metalowej puszce, który może poruszyć widzów. Wszelkie decyzje podporządkowane są powodzeniu misji i przyszłemu życiu na nowej planecie. Liczba osób jednocześnie żyjących na statku musi utrzymywać stały poziom, w związku z czym kolejne dzieci mogą zostać poczęte dopiero wtedy, gdy ktoś z pasażerów umrze. Jednym z najgorszych przestępstw, jakiego można się dopuścić w tej społeczności, jest rozmnażanie bez odgórnej zgody ― i z wybranym przez siebie partnerem. Małżeństwa kojarzy tu bowiem program komputerowy, biorący pod uwagę wyłącznie potencjał genetyczny obu osobników. Wszystko po to, by przy tak ograniczonej liczbie pasażerów zapewnić przyszłym pokoleniom jak najbardziej zróżnicowaną pulę genów. Trudno obserwować ten porządek rzeczy w nabierającej coraz liczniejszych cech antyutopii rzeczywistości bez poczucia dyskomfortu i niesprawiedliwości.

ascension3

Choć założenia misji mogą brzmieć rozsądnie, gdy spoglądamy na nią trzeźwym okiem naukowca, z punktu widzenia uczestników (i odbiorców) są jednak bezduszne i nieludzkie. Nic dziwnego, że na porządku dziennym na Ascension dochodzi do zdrad, a dorastające środkowe pokolenie zaczyna się buntować. Kryzys wisi w powietrzu ― i wtedy następuje morderstwo. Pierwsze od czasu startu rakiety. Zjawisko znane w tym hermetycznym świecie wyłącznie z kart powieści Chandlera czy filmów noir. Część bohaterów będzie chciała dojść do sedna tej zbrodni i uczynić zadość sprawiedliwości, inni uznają, że sprawę lepiej zamieść pod dywan. Choć intryga kryminalna staje się iskrą zapalną kilku innych wydarzeń, to „Ascension” daleko do serialu detektywistycznego z klasycznym kręgiem podejrzanych. Od tego, kto zabił, dużo ważniejsze jest inne pytanie ― dlaczego. Co musiało się wydarzyć, by zbrodnia zawitała do świata?

Ale kryminalistyka i socjologia pozostawione same sobie nie wystarczą, by serial utrzymał nieprzerwaną uwagę widza. Potrzeba jeszcze ciekawych postaci. Mało kto na Ascension nie dba o własne interesy, a nie jest wcale łatwo osiągnąć sukces wśród potomków wybitnych naukowców, inżynierów czy pilotów. Niczym na luksusowym liniowcu z początku XX wieku, na statku możemy zaobserwować dość klasyczny podział „upstairs ― downstairs”, czyli pokład tych lepszych, oficerów, lekarzy, zawsze czysty, zadbany i pachnący świeżością, poniżej zaś wyglądający niczym najgorsza speluna sektor rzeźników i mechaników. Choć o początkowej przynależności do jednej z kast decyduje urodzenie, to w zależności od zasług ― lub przeciwnie, po złamaniu ustalonych praw ― można zostać awansowanym lub zdegradowanym. Nie dziwi więc ani walka o wpływy, ani knucie złożonych intryg, ani kierowanie się innymi pobudkami niż kompas moralny.

ascension4

Większość bohaterów, których losy przyjdzie nam śledzić, to grupa uprzywilejowana ― kapitan statku, usiłujący utrzymać władzę i stery; jego żona zarządzająca ekskluzywnym zespołem stewardess, a jednocześnie pociągająca za sznurki i manipulująca członkami Rady; pierwszy oficer, zapalony do prowadzenia detektywistycznego śledztwa. Oczywiście, jak to w serialach bywa, bohaterów łączą mniej lub bardziej skomplikowane relacje, a kolejne sekrety wychodzą na światło dzienne. Po trzech wyemitowanych odcinkach najciekawszą postacią spośród tej grupki wydaje się grana przez Tricię Helfer (pamiętna Number Six z „Battlestar: Galactica”) Viondra Denninger. Jest to rola idealnie wpisująca się w emploi aktorki, skupiająca wzrok i intrygująca, stale zmuszająca odbiorców do zastanawiania się, komu bohaterka usiłuje zaszkodzić najmocniej.

Podczas oglądania serialu uwagę zwraca też specyficzny klimat, budowany między innymi przez dekoracje, stroje czy muzykę. Czas na statku wydaje się płynąć dużo wolniej, na pokładzie wciąż czuć wspomnienie lat 60. Stewardessy stylizowane na pin-up girls; technologia łącząca w sobie klasyczne monitory i wajchy, jakie mogliśmy oglądać choćby w „Star Treku” Roddenbery’ego, z nowoczesnym szlifem; rozbrzmiewające z głośników „Fly Me To The Moon” — to tylko niektóre z elementów zwracających uwagę na dbałość twórców o detale i spójną wizję.

Główną bolączką serialu jest aktorstwo momentami dalekie od wybitnego (a niekiedy wręcz wyjątkowo słabe w porównaniu do tego, co ostatnimi laty zwykła serwować nam telewizja), szczególnie zaś rola dziecięca, a także nierówny poziom tak scenariusza, jak i dialogów. Są momenty lepsze i gorsze; do tych drugich zaliczyłabym zakończenie, którego nawet przy najlepszych intencjach nie da się nazwać inaczej niż królikiem wyciągniętym z kapelusza. Jeśli jego celem było wyłącznie zostawienie widzów z szokiem na twarzy ― to tę rolę faktycznie spełniło. Ale jako zamknięcie trzyodcinkowej miniserii nie sprawdza się ani trochę, a w dodatku wydaje się straszliwie naciągane i pośpieszne. Zbyt wiele pytań czy potencjalnych logicznych luk pozostało bez odpowiedzi. To z pewnością nie jest ta jakość, do której przyzwyczaiła nas „Battlestar: Galactica” dekadę temu. Mimo to życzyłabym sobie, by serial doczekał się kontynuacji i dostał swoją szansę na pokazanie nam tego, co tak naprawdę siedzi w głowach twórców ― a widać, że jest w tym pewien szerszy zamysł i plan na dłuższą opowieść.

Na koniec, by jeszcze bardziej zamieszać czytelnikom w głowach, wspomnę tylko o jednym: to wcale nie jest tak, jak myślicie. Jeśli przeczytaliście tę recenzję, obejrzeliście zwiastun (ale nie szukaliście w internecie żadnych spoilerów) i wydaje się Wam, że doskonale wiecie, o czym będzie ten serial ― mylicie się. Jednym z czynników przyczyniających się do nie najwyższych not zbieranych przez „Ascension”, była decyzja Syfy, by reklamować go jako serial, jakim tak naprawdę szybko przestaje być. Moim zdaniem to jednak odważny i godny uwagi krok, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy z reguły już w trailerach przedstawia się skrót całej fabuły i najlepsze sceny całości. Gra stacji z widzem jest dodatkowym powodem, który sprawia, że tak bardzo liczę na ujrzenie kontynuacji tego tytułu, skrywającego ogromny potencjał. Nie czytajcie więc niczego więcej na jego temat. Po prostu obejrzycie. Nie gwarantuję, że się nie zawiedziecie ― ale warto wybrać się w tę trwającą blisko cztery godziny podróż i samemu się przekonać, jakie tajemnice skrywa „Ascension”.

  • Tytuł: Ascension
  • Występują: Brian Van Holt, Brandon P. Bell, Tricia Helfer, Al Sapienza, Tiffany Lonsdale, Andrea Roth, Jacqueline Byers, P.J. Boudousque, Ran Robbins, Gil Bellows
  • Stacja: Syfy
  • Data premiery: 2014
  • Czas trwania: 230 minut (3 odcinki: 60, 80 i 90 minut)

Kapryszmaszsoul

Słuchajcie, słuchajcie! Wreszcie jest! Listopadowy wyjazd do Krakowa na Serialkon zaowocował niespotykanym nagraniem. Ekipa podcastu Kapryfolium, ekipa podcastu Myszmasz oraz ja – łączymy nasze głosy w jedynym w swoim rodzaju crossoverowym epizodzie, w którym opowiadamy o naszych guilty pleasures!

Zaryzykuję stwierdzenie, że świetnie się bawiliśmy podczas tego nagrania – i to w tym odcinku słychać. Dziś, gdy odsłuchałam całość, znów miałam z tego straszną frajdę. Chcę się więc tą radością podzielić i liczę na to, że i Wy nie pożałujecie spędzenia z nami tych dziewięćdziesięciu dwóch minut. A przy okazji poznacie najbardziej wstydliwe sekrety popkulturalne, które ujawniamy na kilogramy.

Polecam oczywiście regularne śledzenie odcinków Kapryfolium i Myszmasza. Z oboma miałam już zresztą przyjemność nagrywać, więc jeśli ktoś przegapił – to odpowiednio TU i TU znajdziecie wspomniane odcinki. Miłego słuchania!

Mierzyć siły na zamiary ― czyli plany na rok 2015

Czy wiecie, że bardzo wiele osób używa sformułowania z tytułu wpisu – „mierzyć siły na zamiary” – w znaczeniu zupełnie odwrotnym do zamierzonego? Traktują je jako synonim nieporywania się z motyką na słońce i radzą dostosowywać snute plany do realnych, w domyśle ograniczonych, możliwości. Tymczasem gdyby chwilę zastanowić się nad tymi słowami, dojdziemy do przeciwnego wniosku – to siły dopasowujemy do zamierzeń, czyli jeśli chcemy wiele osiągnąć, musimy włożyć w to odpowiednio duży wysiłek. Frazę do języka potocznego zaczerpnęliśmy zresztą z „Pieśni Filaretów” Adama Mickiewicza, wystarczy więc zajrzeć do źródła, by upewnić się w słusznej interpretacji:

Cyrkla, wagi i miary
Do martwych użyj brył;
Mierz siłę na zamiary,
Nie zamiar podług sił.

Bo gdzie się serca palą,
Cyrklem uniesień duch,
Dobro powszechne skalą,
Jedność większa od dwóch.

Hej, użyjmy żywota!
Wszak żyjem tylko raz;
Tu stoi czara złota,
A wnet przeminie czas.

Przyznaję, że chwalona w wierszu postawa mierzenia siły na zamiary jest mi zdecydowanie bliższa niż alternatywa, czyli mierzenie zamiaru podług sił – przynajmniej gdy mówimy o planach kulturalnych. Staram się zawieszać poprzeczkę dość wysoko, nawet jeśli realizacja moich limitów wymaga pod koniec roku panicznego nadrabiania niewyrobionych norm. Nie jest to wyłącznie kwestia wybujałej ambicji czy pogoni za okrągłymi cyferkami dla nich samych, bynajmniej! To raczej szczere chęci poznania jak największej liczby godnych uwagi dzieł, a nic nie motywuje mnie równie dobrze, co konkretne progi, statystyki i kolejne spisy. Tak już jakoś mam dziwnie w głowie poukładane, że dużo łatwiej mi zrobić listę „to do” i skreślać z niej kolejne pozycje, niż robić to samo – ale bez namacalnego dowodu, bez wyraźnie widocznego podziału na to, co już zrobione, a co jeszcze zostało, bez procentów i kolorowych wykresów. Myślę zadaniowo, nie tylko w pracy, ale i na co dzień. Lubię konkrety i lubię, gdy cele są S.M.A.R.T. Można by się pewnie z tym podejściem kłócić – i sama absolutnie nie uważam, że to najlepsza czy najskuteczniejsza metoda dla każdego – ale skoro u mnie się sprawdza, to skoncentruję się na jego doskonaleniu.

Popularne plany noworoczne. Tyle że zupełnie nie moje.

Popularne plany noworoczne. Tyle że zupełnie nie moje.

Gdy pisząc podsumowania roku 2014, przeglądałam podsumowania o rok wcześniejsze, w których kreśliłam też swoje plany na kolejne dwanaście miesięcy, uświadomiłam sobie, że to pierwszy raz – po roku! – kiedy do tychże postanowień zajrzałam. Bez sensu, prawda? Skoro już coś postanawiam, to wypadałoby trzymać się tego na bieżąco i monitorować swoje postępy częściej niż na sam koniec. Dlatego też moim pierwszym celem będzie wyznaczenie sobie celów w taki sposób, by mieć nad nimi kontrolę przez okrągły rok.

Co wiąże się z poprzednim punktem – cele całoroczne postanowiłam rozliczać nie na koniec roku, a stopniowo, co kilka miesięcy. Dzięki temu, jeśli jakieś postanowienie okaże się mocno przestrzelone – albo ja za mało zmobilizowana (czy wręcz pogrążona w sklerozie, że w ogóle sobie podobny cel wyznaczyłam, co też się zdarza) – pozostanie jeszcze trochę czasu na korektę i nadrobienie, ewentualnie zmodyfikowanie zamierzeń. Bo przecież nie chodzi w tym wszystkim o to, by powypisywać sobie losowe cele i się ich nie trzymać, a o konkretny postęp i późniejsze cieszenie się własnymi działaniami.


Co chciałabym osiągnąć w 2015 roku?

1. Ogólnie

Przeczytać co najmniej 70 książek. Czyli mniej więcej tyle samo, co w tym roku. Jeśli uda mi się utrzymać ten poziom, to będę zadowolona. A jeśli wśród przeczytanych znajdzie się choć kilka grubych tomów, to będę wręcz przeszczęśliwa.

Obejrzeć co najmniej 150 filmów. W zeszłym roku doszłam co prawda tylko do 140, ale hej, miały być siły na zamiary, prawda? A nuż się uda! Poza tym, przynajmniej na jednym polu muszę spróbować podnieść poprzeczkę.

Obejrzeć co najmniej 500 odcinków seriali. Tu czynię założenia kompletnie w ciemno, ponieważ jak do tej pory nie prowadziłam dokładnych serialowych statystyk. Od tego roku to zmieniam – i zobaczymy, jak wyjdzie.

Napisać co najmniej 40 wpisów na blogu. Może być trudno, ale przynajmniej będę się starała, by tak bardzo bloga nie zaniedbywać. Powinnam też powrócić do ciut częstszego recenzowania.

Grać w miarę regularnie. Tylko tyle – i aż tyle.

Uniwersalne porady brzmią dobrze. Punkt 4 to zawsze mój ulubiony.

Uniwersalne porady brzmią dobrze. Punkt 4 to zawsze mój ulubiony.

2. Szczegółowo

To właśnie ta kwestia domagała doprecyzowania i poprawy. Jak już się przekonałam, wyznaczanie sobie losowych tytułów na cały rok nie ma zbytnio sensu, ponieważ i tak do tej listy nie zaglądam (czy po prostu o niej zapominam). Albo stwierdzam, że mam ochotę na coś zupełnie innego, niż sądziłam, że będę mieć. Spróbujmy więc może podejść do tego koncepcyjnie? I sukcesywnie się z tego rozliczać. (Co pozwoli mi na pisanie mini-podsumowań, yay!).

Cele szczegółowe:

a) Co najmniej jedna pozycja z Uczty Wyobraźni na kwartał. Patrząc po tym, że w lutym ukażą się 4 nowe woluminy, a ja wciąż nie przeczytałam jeszcze wielu wcześniej wydanych tytułów, książek nie powinno mi braknąć przez wiele lat. Za prawdziwy skandal uważam zaś fakt, że w zeszłym roku sięgnęłam tylko po jeden tom z serii – w tym postaram się to zmienić.

b) Większa różnorodność. Co się kryje pod tym hasłem? Sięganie po książki czy filmy nie tylko z krajów anglojęzycznych czy Polski. Kino hiszpańskie czy francuskie, powieści z Ameryki Południowej czy Niemiec, europejskie komiksy… Mnóstwo jest pozycji, które warto poznać, a i ja cenię sobie wyprawy poza moją kulturalną strefę komfortu i poznawanie rejonów zupełnie mi obcych.

c) Więcej klasyki. Co prawda w pierwszych miesiącach zajmować się będę głównie oglądaniem najnowszych filmów, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by później skierować się w większym stopniu w stronę produkcjami minionych dekad. Podobnie jeśli chodzi o książki – może warto wreszcie nadrobić kilka tytułów spod znaku „wstyd nie znać”, które zapisały się już w historii literatury.

d) Może by tak wrócić do anime? Choć odrobinę? Żeby nie przesadzać z zamierzeniami, na początek chciałabym dokończyć powtarzanie sobie Code Geass – został mi jeszcze drugi sezon (po tym, jak trzykrotnie obejrzałam pierwszy; jestem niepoprawna). Potem chętnie wróciłabym do Fullmetal Alchemist (i może obejrzała wreszcie Brotherhood). Zobaczymy, jak wyjdzie!

e) Więcej zakończonych seriali, mniej nowszych. W końcu zaległości same się nie nadrobią, a premierowe tytuły to zawsze loteria – czy nie zdejmą go z anteny po kilku tygodniach, czy nie urwą po pierwszym sezonie kończącym się obowiązkowym cliffhangerem, czy nie będą go ciągnąć w nieskończoność, i tak dalej. Może więc zamiast kotów w worku lepiej częściej sięgać po sprawdzone produkcje.

f) Kończenie ponapoczynanych gier. Nie da się ukryć, że łatwiej mi zaczynać niż kończyć i coraz mniej tytułów przechodzę od A do Z. Częściej to jakieś… od A do S, nawet jeśli gra mi się podoba. Po prostu wystarczy dłuższa przerwa, bym kompletnie zapomniała, o co chodziło, gdzie byłam, co robiłam. Brakuje tu serialowego „previously” odpalanego na początku. Powinnam więc zmobilizować się do tego, by najpierw dokańczać jedną grę, a dopiero potem zabierać się za kolejną.

g) Rozsądniej kupować. Jestem bardzo dumna z zeszłego roku – po pierwsze, znacznie zmniejszyłam liczbę nabytków książkowych. Co prawda dalej więcej kupuję niż czytam, ale proporcje nie są już tak drastyczne, jak to drzewiej bywało. Co więcej, z każdym rokiem zmniejsza mi się baza tytułów spośród tych już napisanych, które chciałabym posiadać – a z nowościami z kolei warto czasem uważać i niekiedy lepiej najpierw poczekać na recenzje zaufanych osób niż kupować w ciemno, gdy kusi okładka czy opis wydawcy. Rok temu podjęłam też bardzo ważną decyzję dotyczącą zakupów filmowych – koniec z DVD. Gdy w zeszłym tygodniu kupowałam w jednym ze sklepów Blu-Raye po 12,99 za sztukę, cieszyłam się jak dziecko – toż to była świetna i perspektywiczna decyzja. Co więcej, moja filmoteka jak na razie nie pęka w szwach, więc tu nie muszę się jeszcze specjalnie powstrzymywać. Jeśli chcę jakiś film obejrzeć więcej niż raz – to znak, że warto go kupić. Najlepiej z dużą ilością dodatków.

Projekt główny na styczeń i luty 2015 roku: filmy oscarowe. To właściwie stały punkt rocznego planu, w dodatku taki, który przez ostatnie kilka lat udaje mi się realizować. W tym roku zaczęłam już swoją drogę do Oscarów – a wpisy na ten temat powinny pojawić się na blogu przed rozdaniem nagród zaplanowanym na 22 lutego (muszę jeszcze tylko przemyśleć, w jakiej formie chciałabym je widzieć). Spośród nominowanych w różnych kategoriach obejrzałam jak na razie 22 tytuły. Chciałabym zaś zobaczyć jeszcze 14, choć pewnie nie wszystkie uda mi się nadrobić do dnia gali, głównie z uwagi na opóźnienia premier i niedostępność niektórych produkcji (np. filmy studia Ghibli często pojawiają się na rynku, także anglojęzycznym, ze sporym poślizgiem). Chętnie nadrobiłabym też kilka innych tytułów z 2014 roku, by wiedzieć, czy kogoś w nominacjach moim zdaniem pominięto. Zobaczymy, jak mi to wyjdzie, ale jestem dobrej myśli.

Brzmi chyba dobrze, prawda?

Brzmi chyba dobrze, prawda?

No dobrze, dość. Nie chcę się zachłysnąć całym tym planowaniem jeszcze w styczniu. Tak naprawdę pierwsze dwa-trzy miesiące to okres testowy, dzięki któremu sprawdzę przede wszystkim to, czy jakkolwiek rośnie moja motywacja i mobilizacja do nietracenia czasu, lepszego zorganizowania się i sięgania po ciekawe tytuły. Możecie trzymać kciuki. :) A i konkretnymi tytułami czy pomysłami nie pogardzę, dodatkowe inspiracje zawsze mile widziane!

Strona 2 z 3312345...102030...Ostatnia »