Author Archives: Oceansoul

Filmowe podsumowanie 2013

Biorąc pod uwagę wszystkie moje kulturalne rozrywki, na filmy najłatwiej mi znaleźć czas. Wiadomo, ogląda się szybciej niż czyta czy gra, a równocześnie często łatwiej mi sięgnąć po zamkniętą, zakończoną produkcję niż wielosezonowy serial. Przyjrzyjmy się więc, co dobrego i co złego udało mi się obejrzeć w mijającym roku, a jakie plany mam na rok kolejny.

FILMOWE PODSUMOWANIE ROKU 2013

Zacznijmy od statystyk. Obejrzałam 133 tytuły (o 29 więcej niż rok wcześniej, średnio 11 miesięcznie), w tym 26 filmów krótkometrażowych. Królowały produkcje fantastyczne (37), na kolejnych miejscach uplasowały się dramaty i melodramaty (35), animacje (15), komedie (15), kryminały i thrillery (5). Poniżej wykresy, jak przystało na miłośniczkę porządków, notatek i wyliczeń.

filmy2013-1
filmy2013-2

Przejdźmy do jakości. Średnia ocena wszystkich tegorocznych filmów wyniosła 6,56 ― nie jest to mój najlepszy wynik, więc pierwszym postanowieniem na rok przyszły będzie dobieranie lepszych filmów. Co oczywiście nie zawsze można przewidzieć przed seansem, ale chyba warto spróbować, szczególnie gdy zrezygnuję z wielu nowości na rzecz cenionej klasyki kina. Rozkład ocen wygląda nieco lepiej, produkcji prawdziwie kiepskich (ocena 1-4) było tylko 15; średniaków (ocena 5-6) już znacznie więcej, 41; najwięcej trafiło się filmów bardzo dobrych (ocena 7-8), aż 63; pozostałe 14 oceniłam na 9, a na maksymalną notę nie zasłużył w tym roku nikt. Przyjrzymy się więc pokrótce kilku tytułom, które moim zdaniem zasługują na polecenie:
• „Gabinet doktora Caligari” ― jeden z najstarszych filmowych klasyków (z 1920 roku!), który warto obejrzeć bez żadnych uprzedzeń. Wspaniały estetycznie i koncepcyjnie (zwłaszcza miłośnicy stylistyki Tima Burtona powinni czuć się jak w domu), z rewelacyjnym zakończeniem. Jeśli nic mi tych planów nie pokrzyżuje, opowiem Wam o nim niebawem trochę więcej.
• „Vanilla Sky” ― produkcja łącząca w sobie elementy fantastyki, romansu i thrillera, w której prawie nic nie jest tym, czym się wydaje. Świetny scenariusz, znakomite emocje, niesamowicie smutna historia. Pamiętajcie, że im mniej wiecie na temat tego filmu przed seansem, tym lepiej.
• „Kochanek królowej” ― duński dramat historyczny. Nie wiem właściwie nic na temat monarchów tego kraju, a po tym świetnym filmie mogę tylko żałować i chcieć ten brak nadrobić. Do tego rewelacyjna gra trójki głównych bohaterów (wśród nich fantastyczny Mads Mikkelsen). Chyba powinnam częściej sięgać po kino skandynawskie, a zwłaszcza filmy utrzymane w zimnej tonacji kolorystycznej.
• „Gladiator, „Braveheart” ― nadrabianie dramatycznych megaprodukcji z tłem historycznym ruszyło pełną parą. Uwielbiam kino, które z rozmachem przenosi widza do innej epoki, a w centralnym punkcie umieszcza chwytające za serce losy jednostki, związane jednak mocno z pewnym ważnym wydarzeniem o szerszej skali. Najczęściej też skłania mnie to szperania po literaturze faktu i konfrontowania wizji scenarzystów z prawdą.
• „Nędznicy” ― mój ukochany musical w wersji filmowej. Co prawda nie śpiewają tak ładnie jak na Broadwayu (nawet osoba tak głucha muzycznie jak ja to wychwytuje), ale jest w tej produkcji magia. No i Hugh Jackman na ekranie, a dzięki jego obecności każdy film staje się lepszy.
• „Wichry namiętności” ― spodziewałam się po prostu łzawego melodramatu, tymczasem otrzymałam znacznie więcej. Długa, obejmująca wiele lat opowieść o dziejach pewnej rodziny, z niepowtarzalnym klimatem i przepięknymi krajobrazami w tle.
• „Joe Black” ― połączenie fantastyki z melodramatem w opowieści o miłości i śmierci mogło wyjść kiczowato. Na całe szczęście w tym przypadku do tego nie doszło. Pamiętajcie, że to niesamowicie smutny film, na którym płacze się przez co najmniej ostatni kwadrans, paczka chusteczek pod ręką jest więc obowiązkowa.
• „Fantazja”, „Fantazja 2000” ― magiczne widowisko, łączące znane utwory muzyki poważnej z przepięknymi wizualizacjami stworzonymi przez rysowników Walt Disney Animation Studios. Po więcej szczegółów odsyłam do niedawnego obszernego wpisu.

filmy2013-3

I jeszcze krótka wzmianka o kilku wybranych filmach, które Wam serdecznie odradzam:
• „Abraham Lincoln: Łowca wampirów” ― niby wiedziałam, na co się piszę, ale film był tak głupi i tak nudny jednocześnie, że aż trudno mi to pojąć. Wybieram jednak Lincolna w tradycyjnym wydaniu i Daniela Day-Lewisa w roli głównej.
• „Piątek 13-go” ― reboot jednej z najsłynniejszej serii horrorów, chyba jeszcze głupszy od pierwowzoru. No dobrze, horror nie musi być mądry. Byle był straszny. A ten nijak nie był. Plus, polski tytuł wyjątkowo bezsensownie zapisany.
• „1000 lat po Ziemi” ― tragedia. Nic się w tym filmie kupy nie trzyma, aktorzy grają tragicznie, fabułę wymyślano chyba po pijaku. Zdecydowanie szkoda czasu.
• „Millerowie” ― wiele osób chwaliło, że takie śmieszne. Cóż, albo ja mam inne poczucie humoru, albo coś było mocno nie tak z tym filmem. Nie zaśmiałam się ani razu, siedziałam raczej zażenowana.
• „Coś” ― obejrzałam w celach ʻresearchowychʼ przed napisaniem recenzji opowiadania „Cosie” Petera Wattsa. Film, jak na uznany klasyk, bardzo mnie rozczarował. Efekty kiedyś pewnie przerażały, teraz została tylko niezbyt sensowna fabuła, kiczowaty potwór i postacie zachowujące się wyjątkowo nielogicznie. Albo po prostu horrory to zupełnie nie moja bajka, niezależnie od ich wieku.

filmy2013-4

Plany na rok 2014? Jak wspomniałam, chciałabym dobierać jeszcze lepsze filmy, w końcu tak wielu jeszcze nie widziałam, że szkoda czasu na gnioty. Dobrze by było nadrobić kilka starszych produkcji, zwłaszcza że w tym roku i poprzednim skupiałam się w głównej mierze na premierach. Planuję także poszerzać swoją filmotekę ― w tym roku przybyło mi kilka smakowitych kąsków na dvd i blu-ray (jak siedem sezonów „Doctora Who”, „Atlas chmur” czy „Avengers”), ale to wciąż mizerny zbiór w porównaniu do mojej biblioteczki. A na zakończenie spis kilku produkcji z lat ubiegłych, które bardzo chcę zobaczyć:
• „Metropolis” ― w ramach dalszego poznawania starszych filmów i niemieckiego ekspresjonizmu. Kto wie, jeśli spodoba mi się równie mocno co „Gabinet doktora Caligari”, może postanowię jeszcze bardziej zagłębić się w ten nurt?
• „Mary Poppins” ― jeden z nielicznych filmów wytwórni Disneya, których jeszcze nie widziałam. Ponadto, jego znajomość przyda mi się przy okazji styczniowej premiery „Ratując pana Banksa”, opowiadającego o powstawaniu tej ekranizacji.
• „Wyścig” ― przez wielu chwalony jako jeden z najlepszych filmów minionego roku. Przegapiłam go, gdy leciał w kinach, ale prędko tę zaległość nadrobię. Co prawda nie mam zielonego pojęcia o Formule 1, ale to nie powód, by nie zobaczyć Daniela Brühla w roli Nikiego Laudy.
• „Pulp Fiction” ― nadrabianie zaległości z cyklu „wszyscy widzieli oprócz mnie”. Poza tym, tak bardzo podobały mi się te filmy Quentina Tarantino, które już widziałam, że nie sądzę, by w tym przypadku mogło być inaczej.
• „Moon” ― muzyka Clinta Mansella i jeden z nielicznych nowszych filmów science fiction, którego jeszcze nie widziałam. W przeciwieństwie do wielu innych tytułów z mojej listy jest dość krótki, co znacząco zwiększa jego szanse na pojawienie się w harmonogramie nawet w te zapracowane dni.
• „Kraina lodu” ― film, który zmuszona byłam zbojkotować w kinach, gdyż wersji angielskiej nigdzie nie grali. Dubbingowanie śpiewającej Idiny Menzel uważam jednak za zbrodnię i cierpliwie czekam na dvd.
• „Dźwięki muzyki”, „Skrzypek na dachu” ― chyba moja największe zaległości jeśli chodzi o musicale (choć „Skrzypka…” znam już z teatru). Może uda się je wreszcie nadrobić.
• „Spartakus”, „Kleopatra” ― w ramach dalszego poznawania megaprodukcji historycznych, a przy okazji także sięgnięcia po kino lat 60. Obydwa filmy wymagają jednak wielu godzin wolnego czasu, więc pewnie zostawię je sobie na czas urlopu.

filmy2013-5

A jak wypadły Wasze filmowe perypetie w 2013 roku? Jakieś plany na 2014?

Literackie podsumowanie 2013

Dziś moja ulubiona kategoria ― literatura. Zaczynamy od podsumowań ilościowych (z wykresami, bo mam do nich słabość), potem przechodzimy do jakościowych, którym towarzyszą krótkie listy najlepszych i najsłabszych pozycji tego roku, by zakończyć ten wpis prezentacją „moich” książek i planami na rok 2014.

LITERACKIE PODSUMOWANIE ROKU 2013

Pod względem literackim mogę ten rok uznać za całkiem owocny. Przeczytałam 85 pozycji (o 5 więcej niż rok temu; średnio 7 miesięcznie; oto pełen spis), z czego 6 było albumami komiksowymi, 15 literaturą niebeletrystyczną, a 39 fantastyką. 37 z nich doczekało się recenzji, a 8 krótkiego omówienia w Nieregularnym przeglądzie. Sporo było wśród moich lektur tegorocznych nowości (blisko połowa, biorąc pod uwagę datę czytanego przeze mnie wydania). Dla lubiących porządek i wykresy (ja lubię porządek i wykresy!) ― przedstawiam poniżej słupki i koło.

ksiazki2013-6
ksiazki2013-5

Moja biblioteczka wzbogaciła się w minionym roku o rekordową liczbę nowych woluminów ― doszło aż 308 nowych pozycji (i dodatkowo skromne 10 e-booków), tak więc pełen księgozbiór liczy już 1428 tomów (a wolne miejsce na półkach prawie się wyczerpało). Największy udział miały w tym rzecz jasna moje zakupy, które podpadają chyba pod jakieś uzależnienie; zakupiłam 233 książki i 13 komiksów, 33 tytuły przygarnęłam do recenzji, a 29 otrzymałam w prezencie lub wymieniłam na Targach Książki. Nie ukrywam, że trochę przerażają mnie te wyniki i mam szczerą nadzieję, że w tym roku ograniczę napływ nowych pozycji. W przeciwnym razie trzeba je będzie zacząć gromadzić w garnkach i pod łóżkami, bo pozostałe miejsce będą już zajęte.

ksiazki2013-7

Pozostawmy jednak w spokoju zestawienia ilościowe, a skupmy się na ważniejszym aspekcie ― jakości. Sądzę, że tegoroczne proporcje między literaturą słabą a wartą poświęconego jej czasu wypadły nader zadowalająco. 5 książek nie otrzymało ode mnie żadnej oceny (nie czuję się w mocy, by oceniać pozycje, które współtworzę ― ale o nich szerzej w jednym z kolejnych akapitów), 16 z przeczytanych zaliczę do kiepskich lub przeciętnych (oceny 4-6), 53 do bardzo dobrych (oceny 7-8), a 11 do rewelacyjnych (oceny 9-10). W tej ostatniej grupie znalazły się:
• „Cyberiada” i „Bajki roborów”, Stanisław Lem ― czyli początek mojej przygody z twórczością Lema. Nie mogłam chyba trafić lepiej; zabawa językiem w wykonaniu pisarza połączona z treściami refleksyjnymi i otoczką sf to idealne zestawienie. Na pewno nie raz wrócę jeszcze do tych utworów, a na przyszły rok obiecuję sobie kolejne spotkania z autorem.
„Strażnicy”, Alan Moore, Dave Gibbons ― według wielu to najlepszy komiks, jaki kiedykolwiek napisano. Nie mam zbyt wielkiego porównania, ale dla mnie to dzieło kompletne i idealne, zarówno fabularnie, jak i graficznie. Czego nie da się powiedzieć o późniejszej serii prequeli (te są chwilami co najwyżej dobre, a często jedynie przeciętne).
• „Rok 1984” i „Folwark zwierzęcy”, George Orwell ― nie wiem, jak to zrobiłam, że tak późno przeczytałam te pozycje. Trudno mówić o antyutopiach, nie wspomniawszy Orwella i jego przerażających, bolesnych, a jednocześnie tak prawdziwych wizji.
• „Limes inferior”, Janusz A. Zajdel ― kolejna wstydliwa zaległość, którą z powodzeniem nadrobiłam. Rewelacyjna powieść, która z biegiem czasu nie straciła ani trochę na aktualności. Spotkania z twórczością Zajdla również zamierzam kontynuować w przyszłości, co po części zawdzięczam fantastycznej akcji BookRage i ich e-bookom.
„Portret pani Charbuque. Asystentka pisarza fantasy”, Jeffrey Ford ― z tego tandemu to powieść wywarła na mnie większe wrażenie. Pisać o malarstwie ― to trochę jak tańczyć o architekturze; a jednak Fordowi się udało. Do tego klimat Nowego Jorku końca XIX wieku i wspaniały, plastyczny styl.
„Jonathan Strange i Pan Norrell” ― współczesna fantastyka, której tak blisko do społeczno-obyczajowej powieści wiktoriańskiej, jak to tylko możliwe. Realizm, dbałość o szczegóły i dopieszczony w każdym calu styl autorki sprawiają, że zaczynamy wierzyć w to, iż wojny napoleońskie wygrano dzięki umiejętnościom magicznym Jonathana Strange’a.
„Kąpiąc lwa”, Jonathan Carroll ― nowa powieść jednego z moich ulubionych autorów. Trzeba było czekać na nią aż sześć lat, ale zdecydowanie się opłaciło. Przedziwna, enigmatyczna, symboliczna, oniryczna. Jednocześnie w stylu Carrolla, jak i znacznie odmienna od swoich poprzedniczek.
• „Życie Pi”, Yann Martel ― książka, dzięki której rzekomo można uwierzyć w Boga. Mnie utwierdziła w słuszności poglądów ateistycznych. Ponownie przekonałam się też, że częściej powinnam sięgać po powieści laureatów Nagrody Bookera, gust jurorów jest chyba dość zbieżny z moim.

ksiazki2013-4

Wspomnę też o kilku rozczarowaniach:
„Złomiarz”, Paolo Bacigalupi ― dokładnie to samo, co w „Zatopionych miastach”, tyle że ciut gorzej. Młodzieżowe powieści autora nie przekonały mnie do siebie, i to wcale nie dlatego, że nie lubię młodzieżówek z założenia. Te są po prostu zbyt jednowymiarowe i wtórne.
• „Ostatni jednorożec”, Peter S. Beagle ― ponoć klasyka fantasy. Dla mnie nudne i nijakie, całe szczęście, że takie krótkie. Może przeczytałam tę książkę po prostu o kilka lat za późno?
„Światło” i „Pusta przestrzeń”, M. John Harrison ― pierwszy autor z Uczty Wyobraźni, który tak bardzo do mnie nie trafił. Specyficzny styl, naturalistyczne obrazy i bohaterowie, którzy ani trochę nie dają się polubić czy nawet zrozumieć. Z tej trylogii tylko „Nova Swing” sprawiła mi względną przyjemność podczas lektury.
• „Lista moich zachcianek”, Gregoire Delacourt ― wygrałam ją w konkursie, była krótka, to przeczytałam siłą rozpędu przed sprzedażą. Sensu w tym za grosz, główna bohaterka tragiczna i odpychająca, a fabuła maksymalnie przewidywalna. Nie czytać, choćby Wam dopłacali.

ksiazki2013-2

Jeśli chodzi o moją aktywną rolę w literaturze, mam się czym pochwalić. Przetłumaczyłam pięć książek dla Wydawnictwa Helion (ostatnia nie ma jeszcze okładki i tytułu, więc się nią jeszcze w pełni nie pochwalę), a do tego siedem opowiadań science fiction, które ukazały się w antologiach Wydawnictwa Solaris „Złoty Wiek SF”. Aktualnie pracuję nad powieścią do serii Galaktyka Gutenberga, a na horyzoncie czai się do przekładu jeszcze kilka innych pozycji spod szyldu fantastyki. Zważywszy na to, że pracuję dopiero od półtora roku, jestem ze swoich postępów niezmiernie zadowolona.

ksiazki2013-1

Plany na rok 2014? Przede wszystkim chciałabym… mniej recenzować. Przy swoim stażu coraz częściej łapię się na tym, że z niechęcią patrzę na lektury obowiązkowe, które w określonym terminie trzeba przeczytać i skomentować. Pragnęłabym też nadrobić więcej starszych pozycji, zamiast koncentrować się w tak dużym stopniu na nowościach; najlepiej tych z własnej półki, zamiast wciąż tylko kupować i kupować. Poniżej przedstawiam kilka posiadanych już przeze mnie książek, do których najbardziej mi spieszno. Ograniczyłam się (z trudem!) tylko do dziesięciu tytułów:
• „Holocaust F”, Cezary Zbierzchowski ― po zbiorze „Requiem dla lalek” mam spory apetyt na kolejny utwór autora, zwłaszcza że to ponoć jeden z najlepszych powieściowych debiutów 2013 roku.
• „Intryga małżeńska”, Jeffrey Eugenides ― pokochałam autora za wspaniałe „Samobójczynie” (vel „Przekleństwa niewinności”), nie mogę więc doczekać się lektury jego najnowszej powieści.
• „Wyspa skarbów”, Robert Louis Stevenson ― wstyd nie znać. Potrzebuję także znajomości oryginału przed sięgnięciem po serial „Black Sails” i komiks „Long John Silver”. A do tego mam na półce piękne wydanie z ilustracjami.
• „Frankenstein”, Mary Shelley i „Dracula”, Bram Stoker ― jeszcze większy wstyd nie znać. Tym bardziej, że obydwie opowieści przemielono już na tyle sposób (a kolejne mielenia zostały już zapowiedziane), że chętnie dowiem się, jak tak właściwie wyglądały te historie w swym pierwotnym kształcie.
• „Nędznicy”, Victor Hugo ― cegła to straszna, więc moje szanse na lekturę maleją, ale marzę wciąż o poznaniu książkowego pierwowzoru mojego ukochanego musicalu. Poza tym, XIX-wiecznych powieści nigdy dość, a po angielskich pisarzach najwyższy czas na choć jednego francuskiego.
• „Solaris”, Stanisław Lem ― pora pójść o krok dalej i sięgnąć po kolejną powieść Lema. Masa osób wypomniała mi już nieznajomość jego najbardziej uznanego dzieła, trzeba więc wreszcie przestać się tłumaczyć i zacząć czytać.
• „Ektenia”, Emil Strzeszewski i „Rok po końcu świata”, antologia ― zeszłoroczne pozycje wydawnictwa Powergraph, które wyróżnia wyłącznie forma elektroniczna. Choć uwielbiam książki papierowe, zwłaszcza te w twardych oprawach, to lepiej dostać e-booka niż nie dostać nic, czyż nie? A i czytnik się cieszy, że nie leży w kącie i nie zbiera kurzu.
• „Złodziejka książek”, Markus Zusak ― książka od paru lat zdobi moją półkę, ale ciągle odwlekałam jej lekturę. Nadchodząca ekranizacja, którą planuję obejrzeć, zweryfikowała jednak moje plany, a powieść stała się jedną z priorytetowych lektur.

ksiazki2013-3

To oczywiście jedynie wierzchołek góry lodowej moich zaległości.

A jak wypadły Wasze literackie perypetie w 2013 roku? Macie jakieś książkowe postanowienia na 2014?

Serialowe zapowiedzi na styczeń 2014

Z roku na rok pojawia się coraz więcej seriali, które szkoda byłoby przegapić (lub choć nie dać im szansy). W premiery nie obfituje tylko jesień, lecz także tzw. midseason, przypadający na okres między styczniem a majem. Miejsce seriali, które zostały anulowane lub zakończone po krótkich sezonach zajmują nowe produkcje, najczęściej również liczące nie więcej niż trzynaście odcinków. Przyjrzyjmy się więc styczniowym premierom (i jednemu powrotowi w ramach wyjątku), w tym roku zaskakująco licznym. Wybrałam dla Was te, których sama wypatruję z zainteresowaniem.

Sherlock (3 odcinki, premiera 1 stycznia)
Jako typowa fanka Sherlocka (czy, szerzej, BBC) na żaden serial nie czekam w tej chwili równie niecierpliwie. Po dwóch latach spekulacji poznamy wreszcie odpowiedź na pytanie, którym żyjemy od chwili zakończenia drugiego sezonu. A abstrahując od głośnego cliffhangera ― sam powrót Benedicta Cumberbatcha i Martina Freemana do ról Sherlocka i Watsona jest wystarczająca okazją do świętowania. Pozostaje tylko jeden problem ― sezon ponownie liczy sobie jedynie trzy odcinki i po 12 stycznia fani znów będą zmuszeni pogrążyć się w żalu i wiecznym oczekiwaniu, licząc na to, że czwarty sezon faktycznie kiedyś powstanie.

Intelligence (13 odcinków, premiera 7 stycznia)
Połączenie filmu akcji, dramatu i thrillera szpiegowskiego z elementami cyberpunku? Muszę to sprawdzić! Główny bohater, Gabriel Vaughn (w tej roli powracający do telewizji Josh Holloway; tylko nie mówcie, że nie kojarzycie go jako Sawyera z Lost), nie jest zwykłym agentem ― do jego mózgu wszczepiono mikroczip pozwalający na bezpośrednie nawiązywanie połączenia z centralną bazą danych. Partneruje mu agentka Riley Neal (Meghan Ory, czyli Ruby z Once Upon A Time), mająca zarówno ochraniać go podczas misji, jak i kontrolować jego nieprzewidziane zachowania i brak poszanowania dla ustalonych procedór. Nie brzmi to jak najbardziej odkrywczy scenariusz na świecie, ale nie tracę nadziei, że ABC wciąż jest w stanie wyprodukować coś dobrego.

Helix (13 odcinków, premiera 10 stycznia)
Thriller science fiction o grupie naukowców na Antarktydzie, szukającej źródeł tajemniczej epidemii, która potencjalnie może zagrażać całej ludzkości. Reklamowany jako serial Ronalda D. Moore’a, producenta wykonawczego Battlestar: Galactica (co jest dla mnie świetną rekomendacją, bo to jeden z najlepszych seriali wszechświata), zachwycił mnie klimatycznym trailerem, z którego właściwie nic nie wynika. Mam nadzieję, że nie podzieli losów kilku innych produkcji SyFy i nie zniknie w połowie sezonu czy z urwanym zakończeniem. Informacja dodatkowa dla wszystkich, co na serialach sf zęby zjedli ― w roli głównej Billy Campbell, czyli Jordan Collier z The 4400.

True Detective (8 odcinków, premiera 12 stycznia)
HBO nie robi złych seriali. Najnowsza produkcja stacji ma mieć formę antologii, co oznacza, że w każdym sezonie zmieniać się będzie obsada i opowiadana historia. Co więc ma stanowić łącznik? Sądząc po tytule, można podejrzewać, że praca detektywa i tropienie kolejnych zbrodni. W przypadku pierwszych ośmiu epizodów Woody Harrelson i Matthew McConaughey podążą śladami seryjnego mordercy grasującego w Luizjanie na przestrzeni siedemnastu lat.

The Musketeers (10 odcinków, premiera 19 stycznia)
Ekranizacji przygód muszkieterów, stworzonych przez Aleksandra Dumasa, było już bez liku. Po co więc kolejny serial? Nie wiem, ale mam na tyle duże zaufanie do BBC, by wierzyć w to, że wiedzą, co robią. Poza tym, na tyle uwielbiam klimat produkcji kostiumowych, że nawet jeśli Brytyjczycy nie zafundują widzom zupełnie nowego wydania tej historii, wystarczy mi dobra realizacja i wciągający scenariusz. Oraz Peter Capaldi (dwunasty Doctor, gdyby ktokolwiek mógł nie kojarzyć nazwiska) jako kardynał Richelieu.

Black Sails (8 odcinków, premiera 25 stycznia)
Od dawna marzył mi się jakiś serial o piratach, i oto go dostałam. Black Sails to osadzony dwadzieścia lat wcześniej prequel „Wyspy skarbów” Roberta Louisa Stevensona (książka leży u mnie już od dłuższego czasu, a teraz wreszcie zyskam dodatkową motywację do jej lektury!), opowiadający o przygodach pirackiego kapitana Flinta (Toby Stephens) i jego załogi. Wśród kamratów nie zabraknie rzecz jasna słynnego Johna Silvera. Za produkcję odpowiada stacja Starz, najbardziej znana jako twórca Spartacusa.

Fleming: The Man Who Would Be Bond (4 odcinki, premiera 29 stycznia)
Choć jak do tej pory nie ciągnęło mnie do oglądania przygód Jamesa Bonda, nie odmówię sobie biograficznego serialu o jego twórcy. Ian Fleming miał naprawdę ciekawe życie, a pisząc o przygodach agenta 007, nierzadko sięgał do własnych doświadczeń. To właśnie o jego młodości w wywiadzie wojskowym i romansie z Ann O’Neill opowie czteroodcinkowa produkcja BBC America. W głównej roli zobaczymy Dominica Coopera (Howard Stark w Captain America), a na drugim planie między innymi Larę Pulver (Irene Adler w Sherlocku) czy Ruperta Evansa (idealnie odpychający Godwyn w Świecie bez końca).

Growe podsumowanie 2013

Przez dłuższy czas zastanawiałam się nad tym, czy warto w tym roku tworzyć growe podsumowanie, ponieważ tak się składa, że miałam niewiele okazji, by pograć w nowości. Po czym przyszła refleksja ― a może nie tylko ja tak mam? Może Wy też często sięgacie po produkcje z lat ubiegłych, które akurat pojawiły się w promocji lub na które wcześniej nie znaleźliście czasu? Dlatego postanowiłam opisać kilka tytułów, którym poświęciłam szczególną uwagę w ciągu minionych dwunastu miesięcy.

GROWE PODSUMOWANIE ROKU 2013

Batman: Arkham Asylum (PC; 2009)
Jeśli ktoś ominął najlepszego Humble Bundle w tym roku, mogę tylko gorąco i szczerze współczuć ― nie często bowiem zdarza się, że tak rewelacyjna gra jak Batman: Arkham Asylum dostępna jest za jednego dolara (a za dodatkowe trzy także jej kontynuacja, Batman: Arkham City, jeden z moich must-play na rok 2014). Produkcja Rocksteady Studios miała premierę w 2009 roku; choć pod względem graficznym w niewielkim stopniu widać na niej ząb czasu, to niezwykle płynna rozgrywka nie zestarzała się ani trochę. Wcielamy się rzecz jasna w Batmana, który po raz wtóry musi zmierzyć się ze swoim arcywrogiem, Jokerem. Psychopata o szerokim uśmiechu pozwolił zamknąć się Azylu Arkham, nad którym przejął kontrolę i powypuszczał z cel wielu znanych i lubianych nieprzyjaciół Człowieka-Nietoperza, między innymi Harley Quinn, Killer Croca czy Scarecrowa. Trzeba więc na powrót zaprowadzić porządek w szpitalu psychiatrycznym, przy okazji ratując komisarza Gordona.
Gra zapewnia dość długi czas zabawy jak na produkcję action-adventure (mnie przejście zajęło 20 godzin, a nie był to najwyższy poziom trudności, nie zaliczałam też dodatkowych wyzwań poza trybem fabularnym), łączy w sobie elementy bijatyki, skradanki i zręcznościówki. Nie można też zapominać o urozmaicających rozgrywkę zagadkach Riddlera i poukrywanych znajdźkach rozszerzających lore (są to na przykład taśmy zawierające fragmenty wywiadów z pacjentami Azylu). Zwróciłam też uwagę na świetne udźwiękowienie, z dubbingiem na czele ― Mark Hamill jako Joker tworzy niezapomnianą kreację (choć miłośników przygód Batmana, znających filmy i seriale animowane, nie trzeba o tym przekonywać), a pozostali aktorzy dotrzymują mu kroku. Grę bez wahania polecam wszystkim, nie tylko oddanym fanom komiksowego pierwowzoru.

Batman: Arkham Asylum

Tomb Raider (PC; 2013)
Z Larą Croft łączy mnie długoletnia, zażyła relacja. Nie było Tomb Raidera, w którego bym nie zagrała (wliczając nawet nietypowego Guardian of Light), podobny los musiała więc podzielić najnowsza odsłona ― w dodatku dość szczególnia, ponieważ mamy do czynienia nie tylko z rebootem słynnej serii, lecz także z odmiennym modelem rozgrywki i nowym podejściem do głównej postaci. Początkowo byłam oburzona ― przecież to jawny skok na kasę, a tak grę, jak i bohaterkę, można było ochrzcić zupełnie innymi mianami. Z czasem ochłonęłam, no trudno, stało się, a moje oburzenie niczego tu nie zmieni. Na całe szczęście sama rozgrywka okazała się na tyle przyjemna, że sięgnięcia po tę pozycję nigdy nie żałowałam.
Fabuła kręci się wokół katastrofy statku u wybrzeży tajemniczej wyspy nieopodal Japonii, na której ekipa badawcza planowała szukać artefaktów starożytnej cywilizacji. Larę spotykają wszelkie możliwe nieszczęścia ― prawie tonie, zostaje porwana przez członków dziwnego kultu, wielokrotnie jest ranna i co i rusz rozdzielana z pozostałymi członkami załogi. Gracz eksploruje wyspę kawałek po kawałku, zdobywając przy okazji kolejne informacje na temat zaginionego królestwa Yamatai. Najprzyjemniejszym aspektem rozgrywki było dla mnie eksplorowanie nielicznych grobowców (niestety, wielokrotnie mniej złożonych od tych w starszych Tomb Raiderach!) i odkrywanie wszystkich ukrytych sekretów (na co składało się szukanie przedmiotów, ulepszanie broni i wykonywanie minizadań). Zawiodłam się z kolei na finale, przepełnionym w nadmiarze walką. Potwierdzam też swoje początkowe wątpliwości ― gra była warta poświęconego jej czasu, ale to nie jest ‘moja’ Lara.

Tomb Raider

LEGO Lord of the Rings (PC; 2012)
Od dawna zachwycam się gram z serii LEGO, choć ta poświęcona Władcy Pierścieni, do niedawna najnowsza (w tej chwili jest już na rynku jej następca, Marvel Super Heroes), była pierwszą, którą ukończyłam w całości. Ba, nie tylko w całości, ale na 100%, zdobywając wszelkie możliwe osiągnięcia, co zdarzyło mi się dokładnie pierwszy raz w życiu. Nie muszę więc chyba dodawać, jak dobrze mi się grało, skoro posunęłam się do takiego zaangażowania.
Produkcja studia Traveller’s Tales prowadzi gracza przez fabułę i poszczególne sceny filmowej trylogii Petera Jacksona, czerpiąc z niej także muzykę i w pełni udźwiękowione dialogi ― to novum w serii LEGO, ponieważ poprzednie odsłony (wyłączając drugą część Batmana) cechowały się znacznymi uproszczeniami w stosunku do przedmiotów licencji, brakowało w nich dialogów, a fabuły był raczej zbiorem kolejnych gagów z udziałem legoludzików.
Oczywiście także LotR utrzymany jest w humorystycznej stylistyce, a sceny znane z ekranu zostały odpowiednio zmodyfikowane, by wzbudzać uśmiech gracza. Ja bawiłam się całkiem nieźle, choć nie wszystkie żarty były równie błyskotliwe. Najważniejsza jest jednak rozgrywka ― do czynienia mamy z typową trójwymiarową platformówką, w której postać kierowana przez gracza biega, skacze, walczy z wrogami i zbiera klocki. Każdy z bohaterów, nad którymi można przejąć kontrolę, posiada jednak inny zestaw umiejętności, stąd konieczność przełączania się między ludkami ― lub poproszenie o pomoc drugiego gracza, który w dowolnej chwili może przyłączyć się do rozgrywki lub ją opuścić. Podczas pierwszego przejścia każdego poziomu, w trybie fabularnym, ograniczeni jesteśmy do postaci obecnych w filmie podczas danej sceny. Później możemy powrócić do ukończonej planszy i swobodnie pokicać po niej dowolnym z odblokowanych charakterów. Tym sposobem Gandalf może zawitać do jaskini Szeloby, a Gollum zwiedzić Rivendell. Takie zabiegi konieczne są do odkrycia wszystkich sekretów, zdobycia mithrillowych klocków i wykucia wszystkich przedmiotów u kowala. Pełne przejście gry to zabawa na co najmniej kilka wieczorów ― mnie zajęło to 50 godzin.

LEGO Lord of the Rings

Uncharted: Drake’s Fortune (PS3; 2007)
Ostatnią z omawianych w tym roku pozycji jest exclusive dla konsoli PS3, co sprawia, że wszyscy ci, którzy jej nie posiadają, powinni w tym momencie wylać morze łez. Przy Uncharted: Drake’s Fortune bawiłam się wyśmienicie, a każdy jej aspekt był dopracowany w największym stopniu ― czy to strzelanie, czy elementy zręcznościowe, czy też oprawa audio-wizualna, która wciąż wygląda wyśmienicie (a w kolejnych częściach jeszcze lepiej!). Tym, co ostatecznie przesądziło o sukcesie serii i miłości graczy całego świata, był charyzmatycznych główny bohater, Nathan Drake, potomek samego Francisa Drake’a. To bardzo wyrazista postać, do której łatwo zapałać sympatią; ma w sobie trochę z Indiany Jonesa, trochę z Jamesa Bonda, a trochę z Tintina. Jego zawadiactwo, powodzenie u kobiet, poczucie humoru i wieczny luz bez trudu zjednują mu fanów tak u graczy, jak i u graczek.
Rozgrywka jest typowym action-adventure z perspektywy trzeciej osoby ― strzelamy (dużo! o dziwo, na padzie nie jest to wcale tak niewygodne, jak mogłoby się wydawać i nawet ja szybko przywykłam), skaczemy, uciekamy, rozwiązujemy proste zagadki. Fabuła może nie jest szczególnie odkrywcza, ale rekompensuje to dynamizmem, zwrotami akcji i fantastyczną lekkością. Czas przy grze upływa właściwie niepostrzeżenie i nim się człowiek obejrzy, już uruchamia drugą część tej rewelacyjnej serii. Dla samych przygód Nathana warto było kupić konsolę!

Uncharted: Drake’s Fortune

A w co Wy graliście w tym roku?

TOP 5: Co mnie wkurza na blogach książkowych

Pora na mocne uderzenie. Hejt dotyczący kultury może budzić emocje i kontrowersje, dziś spróbujmy jednak pójść o krok dalej i przyjrzeć się środowisku, które w jakimś stopniu wszystkich nas dotyczy ― nie tylko twórców blogów, lecz także ich komentatorów i czytelników, nawet jeśli sami nie blogują. Spojrzałam więc na książkowe blogi (w tym oczywiście i na własny) krytycznym okiem, by stwierdzić, co mnie w nich najbardziej denerwuje.

TOP 5: Co mnie wkurza na blogach książkowych

top5-2.1

1. Przepraszam, czy tu recenzują?
Szukacie na blogu recenzji czy choć krótkiej opinii o ostatnio przeczytanej książce, a tu atakuje was wszystko, byle nie treść: kolejne zdjęcia stosików, najlepiej minimum raz w tygodniu (jakby ktoś wierzył autorowi czy autorce, że przeczyta te 20-30 tomów do czasu publikacji kolejnej fotki w kolejnym tygodniu), konkursiki (obowiązkowo z banerkami, które potem inni muszą u siebie zamieszczać, dzięki czemu każdy blog wygląda jak choinka ― patrz punkt 4.), od czasu do czasu jakieś zdjęcie kota czy chomika, a na święta pierogi i choinki. Sami blogerzy nie do końca ponoszą winę za ten stan rzeczy ― czasem nawet rozumiem ich postawę, wystarczy bowiem szybkie porównanie tego, ile komentarzy zbierają wpisy „o niczym”, a ile te treściwe, których przygotowanie z pewnością kosztowało autora więcej czasu i wysiłku. Może więc lepiej cyknąć kolejne zdjęcie albo napisać o tym, co mnie wkurza, by przyciągnąć więcej zainteresowanych, niż dumać nad sensem pięćsetstronicowej powieści? To kusi, przyznaję, mnie też (chyba żadnego mojego tekstu nie przeczytało tyle osób, ile obejrzało zdjęcia mojej biblioteczki). Na razie staram się patrzeć na to z przymrużeniem oka, ale czy taka właśnie przyszłość czeka wszystkie blogi kulturalne pragnące popularności na poziomie tuzów blogosfery?

top5-2.2

2. Bo to genialna książka była
Im więcej opisanych książek, tym więcej zainteresowanych czytelników ― to dość logiczne, liczniejsze grono odbiorców ma wówczas szansę znaleźć coś dla siebie. Rekordem, na jaki trafiłam kiedyś w odmętach internetu, były regularnie pojawiające się co drugi dzień recenzje pięciu książek, składające się niemalże w całości z napisanej nieco innymi słowami noty z tylnej okładki, a do tego krótkiego zdania w stylu „Genialne, polecam!!!”. Logika podpowiada, że lektura takich nic niewnoszących „recek” mało komu wydawałaby się przyjemna i niosąca ze sobą cenne informacje ― ale gdzie tam! Blog popularnością bił na głowę wszystkie blogi literackie, które sama czytuję regularnie. Tak, Wasze też. Staramy się, nierzadko poświęcamy dużo czasu na wnikliwą lekturę, a potem przelanie naszych myśli na papier ― tylko po to, by gros czytelników i tak ominął nasze teksty ze wzruszeniem ramion i powędrował tam, gdzie każda książka jest „genialna”, a recenzja składa się z opisu fabuły. Bo te nasze to są za długie. Albo czasem trafi się mądre słowo, które trzeba by sprawdzić w słowniku, a komu by się chciało. No i po co, skoro można sięgnąć po opinię będącą odpowiednikiem fast foodu, i to nawet nie takiego serwowanego w McDonald’s, a w jakiejś podejrzanej budzie, gdzie wszystko ma smak gołębia. I czy to nie wkurza?

top5-2.3

3. Ta ostatnia korekta
Wydawałoby się, że w dobie wszechobecnej autokorekty ― w edytorach tekstów, w przeglądarkach ― większość błędów odejdzie do lamusa. W pewnym sensie jest to prawda i trudno natrafić na blog z „rzabą” czy „żeką”. Problem w tym, że obecność autokorekty rozleniwia część piszących do tego stopnia, że ucieszeni brakiem owej „rzaby” nie szukają już żadnych innych omyłek w swoich tekstach. Oczywiście, nikt z nas nie jest profesorem Miodkiem, każdy czegoś nie wie, każdy coś przeoczy. Gorzej, gdy osoby piszące o literaturze ― czyli z założenia ten oczytany kwiat polskiej blogosfery ― popełniają wpadki na poziomie gimnazjalistów, mają absolutnie zerowe pojęcie o interpunkcji lub w jednym zdaniu trzykrotnie umieszczają słowo „książka”, jak gdyby synonimy były iście szatańskim wymysłem. Zdaję sobie sprawę z tego, że trudniej wykrywać błędy we własnych tekstach ― wystarczy więc umowa z ulubionym blogerem i wzajemne czytanie swoich wpisów przed publikacją. Wreszcie, aby unikać pewnych najczęstszych wpadek, nie potrzeba wcale ślęczeć nad tomiszczami słowników czy nudnymi, rozwlekłymi publikacjami językoznawców. Taką wiedzę można w tej chwili zdobywać całkowicie nieinwazyjnie, choćby polubiając odpowiedni profil na Facebooku, który kilka razy dziennie zaprezentuje rzucającą się w oczy grafikę z przekreślonym „wziąść”. Mogłabym pewnie wymyślić jeszcze kilka innych porad ― tylko po co, skoro ci, których to dotyczy, pewnie i tak tego nie przeczytają i nie wezmą sobie do serca.

top5-2.4

4. Kolorowe kredki w pudełeczku noszę
Jak słusznie zauważają najpopularniejsi blogerzy, blogi są brzydkie. W internecie jest tak mało ładnych blogów, że z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że Twój i mój też są brzydkie, jeśli zestawić je z najurodziwszymi stronami. Oczywiście trudno oczekiwać od każdego piszącego, by znał się na designie, a od niszowego blogera z garstką czytelników, by już na wstępie inwestował w drogie szablony. Również nie spełniam ani pierwszego, ani drugiego kryterium. Miło jednak, kiedy widać, że bloger przynajmniej się stara, by jego strona nie wyglądała jak kolorowanka nadpobudliwego przedszkolaka ― tu jakieś ogromne logo, które przewija się w nieskończoność, do tego jeszcze większe zdjęcie, masa pierdółek, w które i tak nikt nie klika, wychodzące poza kolumny kolorowe banerki wszelkich możliwych rozmiarów, reklamy konkursików i wyzwań, najczęściej brzydkie jak noc, pstrokate, niepasujące ani do siebie nawzajem, ani do całościowego wyglądu bloga. Efektu choinki dopełnia fatalna typografia i fonty z różnych parafii, często te o wyjątkowo kiepskiej czytelności. Dobrze, że przynajmniej migające gify zostały już tylko na nielicznych onetowych blogaskach.

top5-2.5

5. Pojawiam się i znikam
Macie grupkę swoich ulubionych blogerów, czytacie każdy ich wpis, często komentujecie, na blogu czujecie się wyjątkowo dobrze. Aż tu nagle autor bądź autorka z dnia na dzień postanawiają zniknąć. Nie, nie tylko przestają pisać ― automatycznie zapadają się pod ziemię, jakby obrazili się na internety całego świata. Nie dość, że najczęściej próżno można wypatrywać jakichś ostrzeżeń czy pożegnań (nagły roczny wyjazd na Antarktydę pewnie każdy by zrozumiał i usprawiedliwił, ale jawna niechęć poświęcenia kilku minut osobom, które bloga lubiły i wspierały długi czas, już trochę boli), to dodatkowo delikwent całkowicie rezygnuje ze swojego internetowego życia. Przestaje blogować? U siebie też już go nie zobaczycie, co automatycznie prowadzi do wniosku, że dotychczas wchodził z wami w dyskusję jedynie po to, byście złożyli mu rewizytę i napisali coś u niego ― bo chyba trudno uwierzyć w to, by z dnia na dzień przestał mieć cokolwiek do powiedzenia na temat swej dotychczasowej pasji albo przeciął w domu wszystkie kable sieciowe? Co ciekawe, im krócej i mniej intensywnie blog żyje, tym większa szansa, że nagle i niespodziewanie wyparuje ― można być więc względnie spokojnym o losy ulubionych blogerów piszących już od kilku lat. Prędzej bez pożegnania odejdą od Was ci, którzy dopiero zaczęli. A co z tymi, którzy jednak po jakimś czasie wracają? Z obserwacji wnoszę, że prędzej czy później znikną znowu, nie przywiązujcie się więc do nich dla własnego dobra. Blogerzy bywają okrutni!

A co Ciebie wkurza?

Dekada blogowania

Dziś jest dla mnie dzień szczególny. Dokładnie dekadę temu 15-letnia Ocia (choć wówczas nawet jeszcze nie Ocia, prędzej Lara) rozpoczęła swoją przygodę z blogowaniem. Nikt, włącznie ze mną, nie przypuszczał, że idea pisania w internecie, zapoczątkowana nastoletnim pamiętnikiem, przetrwa we mnie aż tyle czasu, a sam blog z osobistego przekształci się w tematyczny, skoncentrowany raczej na kulturze niż moim życiu.

27 grudnia jest datą, o której zawsze będę pamiętać i to ją będę w jakiś sposób świętować. Mój obecny blog został powołany do życia 20 października 2009 roku, ale o jego czwartych urodzinach tradycyjnie nie pamiętałam. Pisanie traktuję raczej globalnie, a tak naprawdę od doboru tematu zawsze ważniejszy był dla mnie dźwięk naciskanych klawiszy i widok kolejnych zdań na monitorze. Kto wie, może za kolejną dekadę mój blog będzie traktował jeszcze o czymś innym?

Rzadko mam okazję, by życzyć czegoś sobie, dziś jednak to zrobię — życzę więc sobie pisarskiej wytrwałości, niekończącej się weny, kolejnych fascynujących tematów i, przede wszystkim, czytelników, którym będzie chciało się tu regularnie zaglądać, a czasem i coś napisać. Dziękuję, że jesteście. :)

W ramach drobnego prezentu na ten okrągły jubileusz możecie polubić lub zachęcić do tego Waszych znajomych. Blog i ja będziemy wdzięczni. :)

Klątwa boga Wisznu — „Księżycowy Kamień”, Wilkie Collins

„Księżycowy Kamień”, Wilkie CollinsWilkie Collins to jeden z tych pisarzy, z którymi pamięć i historia obeszły się dość okrutnie. Choć trudno kwestionować popularność, jaką autor cieszył się za życia, a także rolę prekursora powieści detektywistycznej, to dziś po jego utwory, w tym opowiadania i dramaty, sięga mało kto. O sławie, jaka stała się udziałem jego przyjaciela Charlesa Dickensa, mógłby tylko pomarzyć. Także polski rynek książki nie potraktował Collinsa szczególnie łaskawie. Tym bardziej warto zwrócić uwagę na tegoroczne wznowienie przez wydawnictwo Zysk i S-ka „Księżycowego Kamienia”, uznawanego za najlepsze dzieło w dorobku angielskiego mistrza pióra.

Intryga kręci się wokół tytułowego diamentu, skradzionego niegdyś z indyjskiej świątyni, obłożonego klątwą i odziedziczonego przez Rachel Verinder, pannę z wyższych sfer, w dniu osiemnastych urodzin. Już pierwszej nocy po przyjęciu kamień znika z sypialni damy, a podejrzenia padają zarówno na domowników, służących, jak i widzianych w okolicy trzech Hindusów. Wokół losów precjoza zbudowana została nie tylko historia kryminalna, lecz także opowieść o rodzinie, miłości i szczęściu. Jak szybko się okaże, obecność niezwykle cennej błyskotki więcej psuje w relacjach międzyludzkich, niż przynosi radości, a jej pojawienie się i nagły rabunek staną się przyczyną wielu tragedii i nieporozumień.

Historię poznajemy dzięki pierwszoosobowym relacjom kilku świadków zdarzenia. To właśnie ten aspekt pisarstwa Collinsa, nie zaś meandry fabuły czy suspens, są oznaką jego literackiego talentu. Każdy z bohaterów inaczej przelewa swe myśli na papier ― jedni w sposób konkretny i rzeczowy, inni okraszają je mnóstwem dygresji. Inaczej się wysławiają, na inne fragmenty rzeczywistości zwracają uwagę. Całość powieści cechuje niespieszność, powolny rozwój wydarzeń, drobiazgowość i dbałość o detale. Dzięki takim zabiegom „Księżycowy Kamień” nie jest jedynie zwyczajnym kryminałem, a doskonałym obrazem połowy XIX wieku. Autor korzysta też z możliwości przemycenia kilku swoich przemyśleń i poglądów, między innymi postępowego wówczas sposobu postrzegania służących jako oddanych i godnych zaufania członków rodziny.

O „Księżycowym Kamieniu” często mówi się jako o pierwszej powieści detektywistycznej (choć toczą się też spory, czy palma pierwszeństwa w stworzeniu nowego gatunku nie powinna przysługiwać Edgarowi Allanowi Poemu), spełniającej większość wytycznych wpisanych później w ramy tego typu prozy. Obecny jest więc profesjonalista prowadzący śledztwo, sierżant Cuff, choć warto nadmienić, że u Collinsa nie przebywa on stale na kartach powieści i wcale nie dokonuje wszystkich odkryć prowadzących do dotarcia do prawdy o przestępstwie. Do czynienia mamy także z zamkniętym kręgiem podejrzanych, fałszywymi tropami i niejednym zwrotem akcji.

Powieść Collinsa to niewątpliwie kamień milowy w historii literatury. Utwór skierowany jest jednak przede wszystkim do miłośników XIX-wiecznych powieści społeczno-obyczajowych, podzielających zachwyty nad stylistycznym kunsztem i obszerną objętością, w mniejszym zaś stopniu do fanów współczesnych kryminałów, w których kolejne wydarzenia następują po sobie w błyskawicznym tempie.

  • Tytuł: Księżycowy Kamień (The Moonstone)
  • Autor: Wilkie Collins
  • Wydawnictwo: Zysk i S-ka
  • Rok wydania: 2013
  • Liczba stron: 516
  • ISBN: 978-83-7785-144-9

-
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka oraz Portalowi LubimyCzytać.

Magia dźwięku i obrazu — „Fantazja” & „Fantazja 2000”

Okres świąteczny ma w sobie pewną nieuchwytną magię, także i dla większości tych osób, które ich nie obchodzą lub oddają się jedynie praktykom wynikającym z rodzinnych tradycji, a nie religijnej przynależności. Miłośników kultury często nachodzi wtedy ochota na sprzężenie odczuwanego nastroju z odpowiednim doborem konsumowanych dzieł, a w internecie królują rankingi filmów poświęconych Bożemu Narodzeniu czy specjalnych odcinków seriali, których akcja rozgrywa się w tym właśnie okresie. Ja jednak mam dla Was zupełnie inną propozycję ― filmy pozornie niemające ze świętami, choinką, śniegiem czy Mikołajem absolutnie nic wspólnego. Wyczuwa się w nich jednak prawdziwą magię i mogą one zgromadzić przed telewizorem wszystkich członków rodziny, bez względu na wiek i kulturalne upodobania.

Plakaty filmów „Fantazja” & „Fantazja 2000”.

Plakaty filmów „Fantazja” & „Fantazja 2000”.

Mowa o dwóch nietypowych produkcjach Walt Disney Animation Studios: „Fantazji” i „Fantazji 2000”. Część pierwsza ukazała się w 1940 roku jako trzeci (po „Królewnie Śnieżce…” i „Pinokiu”) pełnometrażowy film animowany wytwórni, a zarazem jako pierwszy film z dźwiękiem stereofonicznym. Część druga ― prawie sześćdziesiąt lat później, w 1999 roku. Jeśli krzywicie się w tym momencie, bo żadne ‘bajki’ Was nie interesują, to spieszę z informacją, iż te tytuły mają z nimi niewiele wspólnego. Zamysłem twórców było zilustrowanie znanych utworów muzyki poważnej, powiązanie dźwięków z obrazami, oddanie nastroju kompozycji. Za ilustracje poszczególnych segmentów odpowiadali różni rysownicy, dzięki czemu każdy z nich jest charakterystyczny, a co więcej często odbiega wizualnie od typowej disneyowskiej kreski znanej z innych animacji studia.

"Fantazja" - ilustracja do „Ucznia czarnoksiężnika” Paula Dukasa.

„Fantazja” – ilustracja do „Ucznia czarnoksiężnika” Paula Dukasa.

Oprawą muzyczną „Fantazji” zajęła się Orkiestra Filadelfijska dyrygowana przez Leopolda Stokowskiego. W programie koncertu znalazły się utwory Jana Sebastiana Bacha, Piotra Czajkowskiego, Ludwiga van Beethovena czy Franza Schuberta, a ich wizualizacje można podzielić na trzy grupy: operowanie światłem, kolorem i abstrakcyjnymi wzorami w takt muzyki; animacje żywych bądź ożywionych obiektów (jak kwiaty, grzyby, postacie wróżek czy zwierzęta), przypominające balet; krótkometrażowe fabuły, opowiadające określoną historię. W trzeciej kategorii najbardziej znanym fragmentem jest niewątpliwie ilustracja do „Ucznia czarnoksiężnika” Paula Dukasa, w której Myszka Miki ożywia miotłę mającą za zadanie napełnić kocioł wiadrami wody ― magia wymyka się jednak spod kontroli niedoświadczonego czarodzieja. Innym zapadający w pamięć segment stanowi połączenie „Nocy na Łysej Górze” Modesta Musorgskiego i „Ave Maria” Franza Schuberta; pojawia się w nim przedstawienie diabła, nierzadko uważanego za jeden z najbardziej przerażających czarnych charakterów w animacjach Disneya (zaraz obok Maleficient ze „Śpiącej królewny”).

"Fantazja 2000" - ilustracja do „II Koncertu fortepianowego” Dmitrija Szostakowicza.

„Fantazja 2000″ – ilustracja do „II Koncertu fortepianowego” Dmitrija Szostakowicza.

Choć „Fantazja” liczy sobie już przeszło siedemdziesiąt lat, wciąż zachwyca oprawą wizualną. Powstrzymajcie jednak cisnące się na usta zachwyty do czasu sięgnięcia po „Fantazję 2000”, która poszczycić się może jeszcze piękniejszymi animacjami i bardziej zróżnicowaną kreską. W sequelu zachowany został podział na trzy kategorie wizualizacji (powtórzono także, jako jedyny, fragment z „Uczniem czarnoksiężnika”, który stał się znakiem rozpoznawczym serii), a muzykę zagrała Orkiestra Symfoniczna Chicago pod batutą Jamesa Levine’a. W filmie usłyszymy między innymi utwory Ludwiga van Beethovena, George’a Gershwina, Edwarda Elgara i Igora Strawińskiego. Największe wrażenie wywarł na mnie segment „II Koncert fortepianowy F-dur. I Allegro, op. 102” Dmitrija Szostakowicza zilustrowany opowieścią opartą na baśni „Dzielny ołowiany żołnierz” Hansa Christiana Andersena. Bardzo ciekawie wypada także „Błękitna rapsodia” Gershwina, do której dobrano przedstawienie Nowego Jorku w latach 30.

"Fantazja 2000" - ilustracja do „Błękitnej rapsodii” George'a Gershwina.

„Fantazja 2000″ – ilustracja do „Błękitnej rapsodii” George’a Gershwina.

Obydwie „Fantazje” to wspaniałe widowiska, adresowane nie tylko do koneserów muzyki poważnej czy miłośników animacji studia Walta Disneya. Każdy widz, starszy i młodszy, ma szansę zachwycić się tymi produkcjami, a większość z nich, gwarantuję, chętnie będzie wracać do ulubionych segmentów. Polecam gorąco, nie tylko fanom Myszki Miki i spółki.

Nieregularny Przegląd Literacki #006

Dziś podłączamy kolejny cykl pod respirator. To ostatni tegoroczny Nieregularny przegląd literacki, postanowiłam więc przyjrzeć się kilku przeczytanym pozycjom, o których dotąd nie wspominałam, a są szczególnie godne polecenia.

***

„Gościnność słowa. Szkice o przekładzie literackim”, Jerzy Jarniewicz„Gościnność słowa. Szkice o przekładzie literackim”, Jerzy Jarniewicz
Trafiłam na tę pozycję trochę przez przypadek i całe szczęście, że tak się stało. Niech nie zmyli was tytuł ― to nie jest żadna nudna i rozwlekła rozprawa naukowa, pełna wydumanych i niezrozumiałych pojęć. Jerzy Jarniewicz w zajmujący sposób rozpatruje konkretne przekłady znanych i lubianych powieści bądź całokształtu dzieł prozatorskich lub poetyckich danego autora, biorąc na warsztat zarówno translacje na język polski, jak i na język obcy. Złorzeczycie niekiedy tłumaczom, którzy odzierają oryginał z ukrytych znaczeń albo dodają do tekstu zbyt wiele od siebie? Zastanawiacie się, czy faktycznie istnieją pozycje nieprzetłumaczalne, a jeśli tak, to gdzie leży ta granica? A może po prostu ciekawi was, na jakie dylematy często natykają się w swojej pracy translatorzy? „Gościnność słowa” oferuje wiele cennych odpowiedzi, za przykłady biorąc choćby „Solaris” Stanisława Lema, „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza, utwory Edgara Allana Poego i Jamesa Joyce’a, czy też nowe, kontrowersyjne tłumaczenie „Kubusia Puchatka”, który ściśle rzecz ujmując, powinien być odtąd „Fredzią Phi-Phi”. Całość okraszono humorem i erudycją. Polecam nie tylko lingwistom.

„Wielkie nadzieje”, Charles Dickens„Wielkie nadzieje”, Charles Dickens
Zachwycam się XIX wiekiem, zachwycam misternym językiem i obszernymi powieściami społeczno-obyczajowymi, a tymczasem to dopiero trzeci utwór Charlesa Dickensa, po jaki miałam okazję sięgnąć. „Wielkie nadzieje” to jedna z jego ostatnich powieści, jednocześnie należąca do najpopularniejszych i najbardziej chwalonych. Opisuje losy sieroty Pipa, który dzięki szczęśliwym zbiegom okoliczności oraz własnym zasadom moralnym otrzymuje od życia szansę, by wyrwać się z biedy i kowalskiego warsztatu, wyruszyć do Londynu, zostać dżentelmenem, a może nawet stać się godnym ręki ukochanej z wyższych sfer. Dickens wzbogaca prostą fabułę kunsztownym językiem, cennymi obserwacjami, pełną gamą emocji, a nierzadko także humorem. Z punktu widzenia XXI-wiecznego czytelnika intryga może jawić się jako przewidywalna, a postacie zbyt czarno-białe i nieprzystające do moralności dzisiejszych czasów ― kiedy jednak rozpocznie się lekturę, łatwo przenieść się do rzeczywistości sprzed dwóch wieków i poddać czarowi Dickensowskiego stylu.

„Requiem dla lalek”, Cezary Zbierzchowski„Requiem dla lalek”, Cezary Zbierzchowski
Przed wydaniem powieściowego debiutu Cezarego Zbierzchowskiego, „Holocaustu F”, wydawnictwo Powergraph uraczyło czytelników ebookiem zawierającym jedenaście wcześniejszych opowiadań autora. Większość tekstów osadzona została w tym samym uniwersum, stąd warto zapoznać się z nimi przed sięgnięciem po dłuższą formę. Każdy wprowadza nowe elementy do konstrukcji świata Rammy, przedstawia aktualny stan rozwoju technologicznego czy myśli filozoficznej. Szczególną uwagę trzeba zwrócić na „Miejsce na drodze”, „Monetę” oraz otwierające „Innego nie będzie”. Moim faworytem w tym zbiorze jest jednak opowiadanie ostatnie, znane mi już wcześniej z antologii „Science Fiction” ― rewelacyjny „Smutek parseków” przedstawiający społeczno-antropologiczny eksperyment, rozważający kwestie odpowiedzialności badaczy i granice zabaw w Boga. Polecam tym, którzy stracili już wiarę w kondycję polskiej fantastyki ― na całe szczęście wciąż tworzy u nas wielu wyśmienitych autorów, a choć to nie ich nazwiska są najgłośniejszymi w branży, to warto do ich tekstów dotrzeć, zamiast tylko ograniczać się do sporów na temat jakości nowego „Wiedźmina”.

„Folwark zwierzęcy”, George Orwell„Folwark zwierzęcy”, George Orwell
Choć to „Rok 1984” jest tą bardziej uznaną powieścią Orwella, która wywołuje wręcz wewnętrzny ból podczas lektury, to wracać będę raczej do „Folwarku zwierzęcego”. Dzięki alegorycznemu użyciu postaci zwierząt kojarzył mi się z klasycznymi bajkami La Fontaine’a czy Krasickiego, krytykującymi postawy i zachowania ludzi w satyrycznej formie. Tekst powieści powstał w 1943 roku i w pierwszej chwili może wydawać się jedynie krytycznym przedstawieniem ówczesnej sytuacji politycznej oraz jej przyczyn, ukazanym w zawoalowanej formie i wymagającym przyporządkowania poszczególnym bohaterom nazwisk polityków czy przedstawicieli określonych warstw społecznych. Warto jednak czytać ją także w szerszym kontekście, jako krytykę wszelkich postaw totalitarnych, zwłaszcza że książka po dziś dzień pozostaje świeża i aktualna, a zawarte w niej obserwacje uderzają trafnością. Dzięki oryginalnej formie jest to tekst świetnie przyswajalny także dla osób, które w swych zwyczajowych lekturach stronią od tematów politycznych; to po prostu jedna z najlepszych antyutopii, jakie kiedykolwiek pojawiły się w literaturze.

„Bloger”, Tomek Tomczyk„Bloger”, Tomek Tomczyk
Czy jest ktokolwiek w blogosferze, kto nie słyszał o Kominku? Nie sądzę. Sama czytuję jego blogi od ładnych paru lat (tych sięgających 2005 roku, niebieskiego szablonu i czasów, gdy nikt się do tego nie przyznawał), a choć nigdy nie napisałam na nich nawet jednego komentarza, to zawsze cieszyły mnie kolejne sukcesy Tomka i innych znanych blogerów. W końcu też jestem blogerką, nawet jeśli to blogowanie zupełnie innego kalibru, więc miło, że komuś się udało, że zrealizował marzenia, że blogi nie są już wstydliwą niszą kojarzącą się z pamiętnikami nastolatek. Książka mnie nie zawiodła, zawierała odpowiednią dawkę kominkowych przeżyć i doświadczeń zdobytych podczas długich lat blogowania oraz praktycznych porad, także udzielanych przez innych obeznanych w branży blogerów. Część ze wskazówek siłą rzeczy nie dotyczy mojej sytuacji, a część była mi już dobrze znana, ich obecność jest jednak uzasadniona z uwagi na tych odbiorców, którzy Kominka nie czytują i wszystkie te historie poznają po raz pierwszy. Zasadniczym pytaniem pozostaje: czy wyniosłam z lektury coś prawdziwie wartościowego, co nagle zmieni moje podejście do pisania? Jestem tego pewna. Przede wszystkim dużo inspiracji i zapału, którego, mam nadzieję, wystarczy mi co najmniej na najbliższy rok. A co z tego dalej wyjdzie? Zobaczymy. Jestem jednak dobrej myśli, a to już połowa sukcesu. Ach, no i Epilog był świetny, a ja koniecznie muszę przeczytać „Martina Edena” Jacka Londona.

Strona 10 z 33« Pierwsza...89101112...2030...Ostatnia »