Author Archives: Oceansoul

Zawód książkowy, zawód filmowy ― „Brooklyn”, Colm Tóibín (oraz ekranizacja)

Od chwili, kiedy pojawiły się pierwsze trailery filmu „Brooklyn”, była to jedna z najbardziej oczekiwanych przeze mnie produkcji. Tematyka, zarys fabuły, obsada aktorska, a później też nominacje do Oscarów ― spodziewałam się obrazu idealnie trafiającego w moją wrażliwość, a jednocześnie bardzo dobrego filmu. Moja niecierpliwość była tak wielka, że na miesiąc przed polską premierą ekranizacji postanowiłam sięgnąć po książkowy pierwowzór, poznać treść, a zarazem zapoznać się z nagradzaną irlandzką powieścią, gdyż poszerzania horyzontów nigdy dość. Jak się okazało ― srodze się pomyliłam w swoich przewidywaniach.

Tekst nie jest recenzją, ale analizą fabularną i zdradza treść zarówno książki, jak i filmu.

brooklyn2

Główna bohaterka, Eilis Lacey, jest jedną z najbardziej irytujących postaci literackich, jakie można sobie wyobrazić. Powieść ukazuje wydarzenia z jej perspektywy, a znaczną część narracji stanowią myśli i rozważania dziewczyny ― co nie byłoby problemem, gdyby tylko Eilis miała jakieś życie wewnętrzne. Niestety, to idealny przykład osoby płynącej z prądem, której od pierwszej do niemalże ostatniej strony książki rzeczy po prostu się przydarzają, a ona nie zdobywa się nawet na zbyt wiele refleksji na ich temat.

Zacznijmy od początku, gdy poznajemy Eilis w Irlandii. Dziewczyna nie może znaleźć stałej pracy, nie ma zbyt wielu znajomych, nie cieszy się powodzeniem wśród mężczyzn i choć chciałaby zostać księgową, jak jej starsza siostra Rose, to nic w tym kierunku nie robi. Szczęśliwy splot okoliczności sprawia, że znajomy ksiądz umożliwia jej wyjazd do Nowego Jorku ― załatwia wizę, bilety i potrzebne dokumenty, na miejscu zaś czekają na nią praca i zakwaterowanie. Pomińmy już milczeniem ten szczęśliwy splot okoliczności i absolutny brak kłód fabularnych rzucanych pod nogi protagonistki (co jest jednym z bardziej irytujących literackich zabiegów). Skupmy się na problemie postawy samej Eilis, która tak naprawdę nie chce wyjeżdżać, ale z nikim na ten temat nie rozmawia i ani razu nie próbuje protestować. Bliscy cieszą się na myśl o szansie stojącej przed dziewczyną, tymczasem sama bohaterka niechętnie spogląda w przyszłość za oceanem. Dlaczego Eilis nie komunikuje swoich myśli i potrzeb rodzinie, choć panują między nimi ciepłe, pełne zrozumienia stosunki? Nie mam pojęcia. Eilis cierpi w milczeniu, i jest to postawa, jaką będzie przejawiać przez kolejne dwieście stron.

Po przyjeździe do USA Eilis jest nieszczęśliwa i tęskni za Irlandią. Płacze w pracy, ale rzecz jasna może liczyć na wyrozumiałość szefowej oraz kolejną interwencję pomocnego księdza, który niczym wróżka chrzestna z „Kopciuszka” z własnej inicjatywy zapisuje bohaterkę na wieczorowy kurs księgowości, opłacany przez hojnego parafianina. Niedługo później protagonistka poznaje Tony’ego, syna włoskich imigrantów, który zakochuje się w niej. Para zaczyna regularnie się umawiać, a Eilis… pozostaje w najlepszym wypadku bierna i po prostu poddaje się wydarzeniom. Zgadza się na wszystkie propozycje Tony’ego, deklaruje odwzajemnianie jego uczuć ― choć wcale nie jest ich pewna ― i nigdy nie dzieli się z nim tym, co naprawdę myśli. Kulminacja frustracji czytelnika, na próżno czekającego na moment, gdy Eilis zacznie wreszcie jakkolwiek działać czy podejmować decyzje, następuje w scenie pierwszej wspólnej nocy pary, kiedy to bohaterka według narracji nie jest zadowolona z przebiegu wydarzeń i nie znajduje żadnej przyjemności w zbliżeniu, wręcz przeciwnie, odczuwa wyłącznie ból i dyskomfort. Postanawia jednak nie mówić absolutnie nic, choć Tony przez cały czas ich znajomości dał się poznać jako osoba czuła i szczerze w niej zakochana, co sprawia, że bierność i milczenie Eilis nie mają tu żadnego sensownego podłoża.

Kiedy niespodziewanie umiera Rose i Eilis postanawia pojechać do Irlandii, by pocieszyć matkę, Tony nalega na ślub, będący dla niego gwarancją powrotu dziewczyny do USA. Eilis w ogóle nie jest entuzjastką tego pomysłu, ale z przyczyn wymykających się czytelniczemu pojmowaniu godzi się na ten pomysł i w tajemnicy przed wszystkimi poślubia Tony’ego w przededniu powrotu do ojczyzny. W Irlandii postanawia nikogo nie informować o swoim zamążpójściu, łącznie z najlepszą przyjaciółką, która w jak najlepszej wierze swata Eilis z lokalną dobrą partią ― Jimem, mającym lada chwila odziedziczyć dom i pub po wyprowadzających się rodzicach.

Eilis i Jim coraz bardziej się do siebie zbliżają i narracja nie pozostawia wątpliwości co do faktu, że Eilis jest w Jimie zakochana. Choć do Tony’ego też odczuwa pewne przywiązanie, to z całą pewnością nie jest to miłość jej życia ― o czym czytelnik wie równie dobrze, co bohaterka. Jednocześnie po raz kolejny Eilis dostaje wszystko podane pod nos niczym na złotej tacy; czeka na nią wymarzona praca, wśród Irlandczyków uchodzi za światową i wykształconą osobę, a w dodatku wszyscy kibicują jej związkowi z Jimem. Nic, tylko zostać w ojczyźnie, o czym zresztą zdawała się marzyć sama Eilis przez większość czasu spędzonego na emigracji.

Zdawałoby się, że oto nadchodzi moment, kiedy nasza bierna heroina wreszcie stanie przed pierwszym w pełni samodzielnym wyborem ― wrócić do USA, do męża, któremu przysięgała, ale którego nie kocha, do kraju, za którym wcale nie tęskni, mając w perspektywie prędkie rodzenie dzieci i niemożność pracowania, co wcale jej nie cieszy, czy może zostać w ojczyźnie, wśród bliskich, z rokującym na dłuższy związek Jimem, pracując jako księgowa, o czym marzyła przez cały czas nauki w USA. Niestety, po raz kolejny Eilis po prostu godzi się na decyzję, jaką podejmuje za nią otoczenie ― i kiedy matka, dowiedziawszy się o ślubie Eilis, mówi jej, że ma wracać do męża, Eilis pakuje się i wraca. Tak po prostu. Oczywiście, mamy tu także wątek źle życzącej dziewczynie właścicielki sklepu, która (zrządzeniem li tylko imperatywu narracyjnego) poznaje tajemnicę bohaterki i sugeruje wprost, że zdradzi ją Jimowi oraz miasteczku, ale nie oszukujmy się ― gdyby tylko Eilis zechciała, mogłaby przynajmniej spróbować wybrnąć z popełnionego błędu i skoncentrować się na naprawieniu go w taki sposób, by przeżyć szczęśliwie pozostałe lata życia. Niedoczekanie czytelnika!

I choć znęcam się od kilku akapitów nad postacią Eilis, to nie będę zaprzeczać jednemu ― najwyraźniej taki był cel i świadomy zamysł autora. Choć może mnie to irytować nad wyraz, to nie śmiem odmawiać pisarzowi prawa do wykreowania najbardziej biernej i frustrującej postaci, jaka tylko mu się wymarzyła. Ba, na poziomie przesłania jest to książka, która może odbiorcę wielu rzeczy nauczyć przez pokazanie mu, jakie są skutki takiego płynięcia z prądem. „Brooklyn” pokazuje, jak może skończyć się pochopne godzenie się na wszystko, co wybierają dla/za ciebie inni, nawet jeśli robią to z jak najlepszymi intencjami. Dzięki książce dowiemy się na przykład, że nie warto wychodzić za mąż za pierwszego mężczyznę okazującego zainteresowanie twoją osobą, jeśli nie jest się przekonanym o sile własnych uczuć ― bo być może tuż za rogiem czeka prawdziwa miłość. Powieść nie przekazuje tego wprost, ale nie pozostawia wątpliwości ― Eilis przez resztę życia nie będzie szczęśliwa; w Irlandii zostawia samotną matkę, a sama wraca do mężczyzny, którego nie kocha i życia, którego nie chce. Może nie jest to najbardziej odkrywcze przesłanie na świecie, ale przynajmniej da się z tego wyciągnąć jakieś wnioski.

A czego uczy nas film?
Że życie to bajka, a wszystko zawsze dobrze się kończy.

brooklyn1

Przez pierwszą połowę film podobał mi się znacznie bardziej niż książka i nieco pochopnie stwierdziłam, że jest od niej lepszy. Na swoją obronę mam jedynie to, że obraz w reżyserii Johna Crowleya zaczynał się naprawdę obiecująco. Miał dobrą kompozycję ― skrócił rozwleczony i niewiele wnoszący początek powieści do niezbędnego minimum, niemalże od razu decydując się na pokazanie życia Eilis za wielką wodą. Tchnął życie w płaskie postaci drugoplanowe, dodał nieco humoru do opowieści. Obsadzona w głównej roli Saoirse Ronan dodała także więcej energii postaci bohaterki, a jej Eilis o wiele bardziej wie, czego chce, przez co widzowi łatwiej obdarzyć ją sympatią i utożsamiać się z jej losem na emigracji. Niestety, lepsze zobrazowanie protagonistki okazało się jednocześnie wadą ekranizacji ― patrząc na grę Saoirse, widzimy Eilis zakochaną w Tonym, która nie chce wracać do Irlandii. Później zaś ― obserwujemy Eilis uprzejmą dla Jima, zwodzącą go nieco, ale jednak trzymającą na dystans i ostatecznie wybierającą męża.

Co niezwykle istotne dla interpretacji, w książce Eilis i Jim nie tylko rozmawiają ze sobą podczas spacerów, lecz także całują ― a dzięki narracji wiemy, jak odbiera to bohaterka i co różni jej uczucia żywione do Tony’ego i do Jima. W filmie zaś to Jim daje Eilis do zrozumienia, że chciałby się jej oświadczyć, a dziewczyna jedynie dziękuje mu za komplement, by wyjechać dzień później. Oczywiście, jako widzowie możemy sobie z łatwością dopowiedzieć, że Eilis była zauroczona przystojnym Irlandczykiem (zwłaszcza że gra go Domhnall Gleeson), ale jednocześnie widzimy, że ma w sobie na tyle moralnego kręgosłupa, by nie łamać świeżej przysięgi małżeńskiej, a jej uczucie do Tony’ego jest silniejsze. Mamy też moment konfrontacji z podłą sklepikarką, gdy protagonistka ze złością ― ale i pewna dumą ― potwierdza, że w istocie ma męża i nazywa się Eilis Fiorello (czemu w filmie w ogóle ukrywa fakt, że jest mężatką, pozostaje równie niezrozumiały co cała ta część). I wreszcie ostatnia scena ― w książce nie widzimy ponownego spotkania Eilis i Tony’ego, ale wiemy, że bohaterka nie cieszy się na nie, że wolałaby zostać w Irlandii u boku Jima. W filmie? Cukierkowy happy end, para małżonków w objęciach, Tony przedstawiony jako Ta Prawdziwa Miłość, dla której warto było zostawić matkę samotną w Irlandii.

Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest żal o to, że film nie jest wierną ekranizacją książki ― raz, że dawno z takich żali wyrosłam; dwa, powieść nie zrobiła na mnie szczególnego wrażenia i przez długi czas z radością przyjmowałam wszystkie zmiany scenariuszowe. Choć aktorzy robili, co mogli, z otrzymanym materiałem (muszę wspomnieć o fantastycznej Julie Walters!), zdjęcia i stroje są bardzo miłe dla oka, irlandzka muzyka jest momentami przepiękna, a część „amerykańską” dobrze się ogląda, to nie potrafię ukryć fali rozczarowania, jaka ogarnęła mnie po ujrzeniu drugiej połowy i zakończenia. Zupełnie nie potrafię pojąć całościowego wydźwięku tej produkcji; zmieniona w swej wymowie historia, którą oferuje filmowy „Brooklyn”, jest tak banalna i nic niewnosząca do kinematografii, że oscarowe nominacje w kategoriach Najlepszy film oraz Najlepszy scenariusz adaptowany (sic!) to w moim odbiorze największe tegoroczne pomyłki Akademii. Z opowieści o złych decyzjach, pochopnym postępowaniu i skutkach zbytniej bierności „Brooklyn” zmienił się w opowiastkę o miłości za oceanem i dziewczynie, która nie ulega pokusie podczas krótkiego powrotu do ojczyzny. Rozczarowujące.

Spodziewam się, że w tegorocznych podsumowaniach zarówno książkowy, jak i filmowy „Brooklyn” będą zajmować miejsca na listach rozczarowań, choć każde z innych powodów i z własną listą grzechów. Irytująca powieść i miałka ekranizacja ― niestety, mimo jak najlepszych chęci tak mogę najtrafniej podsumować prace autora Colma Tóibína i scenarzysty Nicka Hornby’ego. Szkoda, wielka szkoda! Przecież mogło być lepiej.

Oscary 2016 ― faworyci i spekulacje

Dziś ostatni dzień, by pobawić się w spekulanta i spróbować przewidzieć, na kogo spłynie deszcz statuetek. Przyznaję, nie widziałam wszystkich nominowanych filmów — części z braku czasu, innych z braku możliwości legalnego obejrzenia — ale sądzę, że i tak powinno mi się udać co nieco trafić. W końcu Akademia niekoniecznie słynie z nieprzewidywalności.

Najlepszy film

Nominowani: Big Short; Brooklyn; Mad Max: Na drodze gniewu; Marsjanin; Most szpiegów; Pokój; Spotlight; Zjawa

Mój faworyt: Spotlight

Oscara otrzyma: Zjawa

Spośród ośmiu filmów walczących o tytuł najlepszego filmu roku 2015 nie widziałam tylko „Brooklynu”, ale jako że czytałam książkę, a trailery zdradzają naprawdę wiele, mam wrażenie, jakbym i tak go obejrzała. Pozostałe widziałam, przy czym nie ukrywam, że należę do tej (nielicznej?) grupy widzów, na których najmniejsze wrażenie ze wszystkich nominowanych zrobił „Mad Max”. Kciuki trzymam za „Spotlight”, ponieważ to właśnie ten tytuł trzymał mnie przez cały seans na krawędzi krzesła. Jest wspaniale zagrany, przy czym obsada rewelacyjnie sprawdza się jako grupa, ma swoją wewnętrzną dynamikę i nie jest to tylko popis indywidualności. Ucieszyłaby mnie także wygrana „Zjawy” lub „Pokoju”, przy czym obstawiam, że to właśnie ten pierwszy tytuł zgarnie tej nocy statuetkę.

Najlepszy aktor pierwszoplanowy

Nominowani: Bryan Cranston (Trumbo); Matt Damon (Marsjanin); Leonardo DiCaprio (Zjawa); Michael Fassbender (Steve Jobs); Eddie Redmayne (Dziewczyna z portretu)

Mój faworyt: Leonardo DiCaprio

Oscara otrzyma: Leonardo DiCaprio

Czyżby to wreszcie miał być rok z Oscarem dla DiCaprio? Mam taką nadzieję, ponieważ ja sama od czasu „Aviatora” najchętniej obdzielałabym aktora wszystkimi możliwymi nagrodami. W „Zjawie” po raz kolejny jest niesamowity i jeśli Akademia po raz kolejny postanowi ten fakt zignorować, to będę jutro rano poważnie obrażona. Jeśli chodzi o pozostałych kandydatów — Eddie Redmayne nie był moim zdaniem równie dobry co rok temu, kiedy odchodził ze statuetką, zaś obecność Matta Damona na tej liście to jakieś nieporozumienie. Cranstona i Fassbendera co prawda nie widziałam, ale jakoś nie wierzę, by mogli być moimi faworytami w tym roku.

Najlepsza aktorka pierwszoplanowa

Nominowani: Cate Blanchett (Carol); Brie Larson (Pokój); Jennifer Lawrence (Joy); Charlotte Rampling (45 lat); Saoirse Ronan (Brooklyn)

Mój faworyt: ???

Oscara otrzyma: Brie Larson

Kategoria, która wyjątkowo nie budzi we mnie żadnych emocji. Nie widziałam Cate i Saoirse, ale obstawiam w ciemno, że Cate była równie wyśmienita, co zawsze. Pozostałe panie widziałam i niewątpliwie Brie Larson wybija się na tle stawki, ale nie jest to faworytka mojego serca — przede wszystkim dlatego, że w mojej opinii „Pokój” aktorsko kradnie Jacob Tremblay i nie pojmuję, jakim cudem ten chłopiec nie dostał żadnej nominacji.

Najlepszy aktor drugoplanowy

Nominowani: Christian Bale (Big Short); Tom Hardy (Zjawa); Mark Rylance (Most szpiegów); Mark Ruffalo (Spotlight); Sylvester Stallone (Creed: Narodziny legendy)

Mój faworyt: Mark Rylance

Oscara otrzyma: Sylvester Stallone

Obstawiając potencjalnego zwycięzcę idę tropem Złotych Globów, ponieważ „Creed” jest tak daleki od moich zainteresowań filmowych, jak tylko się da. Jak zresztą wszystkie filmy ze Stallone’em (nie widziałam ani jednego, poważnie!). Jeśli chodzi o pozostałych nominowanych, to każdy z nich zasłużył, by opuścić oscarową galę ze statuetką w dłoniach, ale będę trzymać kciuki za Marka Rylance’a, który ukradł dla siebie „Most szpiegów”.

Najlepsza aktorka drugoplanowa

Nominowani: Jennifer Jason Leigh (Nienawistna ósemka); Rooney Mara (Carol); Rachel McAdams (Spotlight); Alicia Vikander (Dziewczyna z portretu); Kate Winslet (Steve Jobs)

Mój faworyt: Alicia Vikander

Oscara otrzyma: Alicia Vikander

Olbrzymia jest moja sympatia do Alicii Vikander od chwili, gdy po raz pierwszy zobaczyłam ją na ekranie — w doskonałym „Kochanku królowej”. Od tamtej pory kibicuję szwedzkiej aktorce i cieszy mnie fakt, jak często można ją było oglądać na ekranach kin w ubiegłym roku. Moje typowanie jej zwycięstwa opiera się także na zgarnięciu SAG — w ubiegłych latach nagrody wręczane przez Amerykańską Gildię Aktorów Filmowych w dużej mierze pokrywały się z wyróżnieniami przyznawanymi później przez Akademię. Zobaczymy, jak będzie w tym roku.

Najlepszy reżyser

Nominowani: Lenny Abrahamson (Pokój); Alejandro González Iñárritu (Zjawa); Tom McCarthy (Spotlight); Adam McKay (Big Short); George Miller (Mad Max: Na drodze gniewu)

Mój faworyt: Alejandro González Iñárritu

Oscara otrzyma: Alejandro González Iñárritu

Powtórzy się zeszłoroczne rozdanie Oscarów i ponownie ze statuetkami wyjdzie Alejandro González Iñárritu. Zasłużenie. I choć seans „Zjawy” nie był dla mnie łatwy (podobnie jak niegdyś oglądanie „Amores Perros” czy „Biutiful”), to szalenie doceniam ten efekt, jaki wywierają na mnie filmy meksykańskiego reżysera. Raczej nikt mu nie zagrozi.

Najlepszy scenariusz oryginalny

Nominowani: Ex Machina, Most szpiegów, Spotlight, Straight Outta Compton, W głowie się nie mieści

Mój faworyt: Spotlight

Oscara otrzyma: Spotlight

Żałuję trochę, że nie mogę mieć dwóch faworytów — drugim byłoby oczywiście „Inside Out”, zwłaszcza że bardzo rzadko filmy animowane nominowane są w jakichkolwiek innych kategoriach niż tej przeznaczonej wyłącznie dla nich. Muszę być jednak wewnętrznie uczciwa i przyznać, że na nagrodę zasłużyło rewelacyjne „Spotlight”.

Najlepszy scenariusz adaptowany

Nominowani: Big Short, Brooklyn, Carol, Marsjanin, Pokój

Mój faworyt: Big Short

Oscara otrzyma: Big Short

Wydaje mi się, że w tym wyścigu liczą się tylko dwa filmy — „Big Short” i „Pokój”. Obstawiłam „Big Short” z uwagi na nietypowe zabiegi konstrukcyjne oraz uczynienie filmu poświęconemu teoretycznie nudnemu tematowi (przynajmniej dla mnie) tak angażującym i dowcipnym, a jednocześnie pełnym refleksji. Chociaż jeśli ostatecznie wygra „Pokój”, też będę usatysfakcjonowana.

Najlepszy długometrażowy film animowany

Nominowani: Anomalisa, Baranek Shaun, Chłopiec i świat, Marnie. Przyjaciółka ze snów, W głowie się nie mieści

Mój faworyt: W głowie się nie mieści

Oscara otrzyma: W głowie się nie mieści

Nie popisałam się w tym roku — i z grona nominowanych obejrzałam jedynie „W głowie się nie mieści” oraz „Baranka Shauna”. Nie oszukujmy się jednak, od początku wiadomo, że z Oscarem może odejść jedynie film Pixara. Szalenie oryginalny, dojrzały, wspaniale animowany, jeden z najlepszych filmów minionego roku.

Pozostałe kategorie

Zdjęcia: Wyłącznie „Zjawa” i Emmanuel Lubezki. Wieszałabym na ścianie kadry z tego filmu. I nie, nie zgadzam się z tymi, którzy wycinaliby część scen, by skrócić czas trwania produkcji. Trzeci Oscar z rzędu będzie jak najbardziej zasłużony.

Montaż: „Mad Max”. Mogę nie być fanką tego filmu, ale och, tak rewelacyjnego montażu nie można nie docenić, zwłaszcza że najmniejszy błąd mógłby zaburzyć dynamikę i płynność kolejnych scen. Mistrzostwo.

Efekty specjalne: Z sympatii dałabym nowym „Gwiezdnym wojnom”, ale pewnie i tu zatriumfuje „Mad Max” — jak najbardziej zasłużenie.

Scenografia i kostiumy: „Dziewczyna z portretu”, najładniejszy film minionego roku.

Charakteryzacja: Obstawiam „Mad Maxa”.

Muzyka: „Nienawistna ósemka” i Ennio Morricone. Nie ma innej opcji.

Dźwięk i montaż dźwięku: Tak bardzo się nie znam, ale niech będzie „Mad Max”.

***

I to tyle na ten rok. Może uda mi się nad ranem obejrzeć kawałek Oscarowej gali (czego nie robiłam już od ładnych paru lat, acz nie z wyboru). A kto jest Waszym faworytem? :)

Podsumowanie roku 2015 ― seriale, gry i reszta

Uff, to już chyba ostatni tekst podsumowujący miniony rok. Najwyższa pora, w końcu za nami już pierwszy tydzień stycznia. Tym razem nieco mniej szczegółowo, ale obiecuję, że nie zabraknie ani wykresów, ani wymieniania najlepszych z najlepszych. Przed nami seriale, gry i cała reszta, czyli kilka słów o teatrach, konwentach i życiu.

SERIALOWE PODSUMOWANIE ROKU 2015

Zacznijmy od seriali. Rok 2015 był pierwszym, kiedy postanowiłam szczegółowo zacząć notować obejrzane odcinki. Dzięki temu wiem, że przez dwanaście miesięcy widziałam 523 epizody trzydziestu sześciu różnych seriali. Zdecydowanie częściej sięgam po produkcje, których odcinek trwa ok. 40 minut lub dłużej (350 pozycji), rzadziej zaś po tytuły o odcinkach krótszych (173 pozycje). W sumie na oglądanie poświęciłam 18795 minut (co w przeliczeniu daje 313 godzin i 15 minut, czy też 13 dni). Dużo lepiej wypadła pierwsza połowa roku — w drugiej odczułam lekkie zniechęcenie serialami, do tego stopnia, że na jesieni miałam spore problemy, by powrócić do regularnie oglądanych tytułów. Część z nich nadrobiłam dopiero w grudniu, części — nie nadrobiłam do tej pory. Poniżej wykres w minutach (co wydaje mi się bardziej miarodajne od liczby odcinków).

2015varia1

W przypadku doboru oglądanych przeze mnie seriali dużo bardziej niż w przypadku filmów czy książek widoczne jest skupienie się na fantastyce — odcinki seriali tego typu to prawie 2/3 oglądanych przeze mnie w 2015 roku. Głównym winnym są w tym przypadku seriele komiksowe, które wciąż śledzę mimo coraz częstszych narzekań. Czasami sięgam też po animacje (przy czym część z nich również adaptuje komiksy), a niekiedy dla odmiany po komedię, dramat lub kryminał.

2015varia2

Połowę czasu poświęciłam na produkcjom z lat 2010-2015, połowę tytułom starszym. Nie widziałam ani jednego odcinka serialu sprzed 1990 roku, ale w przypadku seriali mocne skupienie się na współczesnych czasach przeszkadza mi o wiele mniej niż w przypadku książek czy filmów. Niestety, coś trzeba wybrać, a nie da się ukryć, że najwięcej rozmów poświęconych tej akurat gałęzi kultury odbywa skupia się wyłącznie na nowościach. Chcąc więc uczestniczyć w dyskursie czy pragnąc po prostu uniknąć spoilerów, widz jest zmuszony do oglądania przede wszystkim tego, co emitowane na bieżąco. Pozostawia to niewiele czasu na nadrabianie zaległości. A przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie i czuję pewną serialową presję.

2015varia3

Wróćmy jeszcze do oglądanych tytułów. Z seriali, które są w tej chwili regularnie emitowane na antenach stacji telewizyjnych (i nieistotne jest, czy ma to miejsce przez większą część roku, czy może co dwa lata), oglądałam 18 różnych tytułów. Do tego można by doliczyć jeszcze dwa, które miały w tym roku sezon ostatni i w związku z tym moja przygoda z nimi dobiegła końca. Dwa bieżące seriale oglądałam i porzuciłam. 14 kolejnych to z kolei produkcje zakończone, które nadrabiam lub powtarzam. Razem daje to 36 różnych seriali i wydaje mi się, że jest to wynik nad wyraz skromny, szczególnie gdy spoglądam na kalendarze serialowe znajomych i widzę w nim większy zbiór śledzonych tytułów na przestrzeni jednego tygodnia czy miesiąca.

Ale dość wykresów i statystyk, skupmy się na tytułach! Tym razem może zamiast toplist — kategorie? Tak oto wyglądał mój serialowy rok 2015.

2015varia4

Najbardziej nieodżałowana serialowa strata — Ascension (2014)

Och, jak ja nie cierpię stacji SyFy. Serio, nie wiem, czy kiedykolwiek będę w stanie podarować im decyzję o niekontynuowaniu tego miniserialu, który pokochałam od pierwszych minut. Choć minął już rok, odkąd obejrzałam „Ascension”, i niewiele krócej od oficjalnego ogłoszenia dalszych losów tego tytułu, smutek i złość wciąż są we mnie silne. Nie wiem, kiedy mi przejdzie, ale na razie skutecznie odstrasza mnie to od oglądania jakiegokolwiek innego nowego serialu tej stacji. Przecież nigdy nie wiadomo, czy nie zdejmą go z antenty akurat wtedy, kiedy zdążę się wciągnąć… [Link do recenzji]

Pożegnane z wielkim żalem — Downton Abbey (2010)

Po pięciu latach czas zakończyć odwiedziny u rodziny Crawley. Choć końcowe sezony odstawały poziomem od początkowych, a wraz z upływem lat widownia musiała pożegnać niektóre z najbardziej lubianych postaci, to nie da się ukryć, że był to jeden z tych seriali, na który w okresie emisji niecierpliwie czekałam. Czyżby działała tu magia czasów minionych, podkoloryzowanych i dosłodzonych, tak by cieszyć oko, wzruszać i bawić współczesnego widza? Ostatni odcinek, ku niczyjemu zaskoczeniu, okazał się dodatkową porcją lukru na tym i tak słodkim już wypieku, ale trudno mi się gniewać na Juliana Fellowesa, że każdemu chciał w ostatnich minutach wynagrodzić wcześniejsze życiowe zakręty. Wiem, że koniec był nieunikniony, ale i tak będę tęsknić!

Pożegnane z westchnieniem ulgi — Glee (2009)

Pamiętacie jeszcze, że to był ten rok, kiedy wreszcie, po sześciu sezonach (czyli tak o trzy sezony za późno) skończyło się „Glee”? Ja muszę przyznać, że gdyby nie moje notatki, to z pewnością bym zapomniała. Serial Ryana Murphy’ego przegapił kilka o wiele lepszych momentów na pożegnanie się z widzami. Niestety, wszystkie kolejne próby przywrócenia produkcji do życia, wymiana obsady i zmiana koncepcji, powrót do starej obsady i starej koncepcji, łączenie jednego z drugim, i tak dalej — wszystko to sprawiło, że z sezonu na sezon było tylko coraz słabiej, a widzowie czekali już tylko na kolejne piosenki, gdyż z fabuły niewiele sensownego zostało. Niestety, pod koniec nawet muzyka przestała do mnie przemawiać, cieszę się więc, że przygoda z tym tytułem wreszcie się skończyła. [Link do wielogłosu na Pulpozaurze]

Najbardziej irytujący serial ever — Arrow (2012)

Serio, ja nie wiem, czemu ja jeszcze oglądam ten serial. Po całkiem do rzeczy sezonie numer dwa dostaliśmy okropny sezon trzeci, a teraz leci równie zły sezon czwarty (tak, ma lepszego złego, ale za to bohaterowie stali się o wiele bardziej denerwujący; najwyraźniej coś za coś). Tak, potrafiłabym wymienić kilka zalet tego serialu (John Barrowman, powiązania z „The Flash”… yyy, już mówiłam, że John Barrowman?), ale oglądam go raczej z dziwnie pojętego obowiązku i jako zapychacz podczas wykonywania innych czynności. I pomyśleć, że emitowane równolegle przygody Flasha są takie urocze i sympatyczne! Tymczasem scenarzyści „Arrow” najwyraźniej wciąż nienawidzą swoich bohaterów — stale każą postaciom kłamać, ukrywać tajemnice i robić wszystko, by widz ich nie znosił. Cóż, gratuluję, udało im się.

Najgłupszy serial ever — Gotham (2014)

Pamiętacie jeszcze w ogóle ten serial? Jego początki nie były może spektakularne, ale pozwalały żywić nadzieje, że z czasem będzie lepiej. Tymczasem chyba nawet najwięksi sceptycy nie przewidzieli, że serial z czasem osiągnie poziom takiego absurdu, że swoim idiotyzmem zacznie wręcz bawić. Ostatnia jedna trzecia pierwszego sezonu to festiwal spod znaku „tak głupie, że już śmieszne” — i nie ukrywam, że gdy oglądałam je hurtem, będąc w fazie jakiegoś wisielczego humoru, zaśmiewałam się w głos do ekranu telewizora, czasem mamrocząc pod nosem „no ja nie wierzę, że oni tak na serio”. Lepsze niż kabarety, tylko tu [SPOILER!] postać ot tak wydłubuje sobie oko łyżką, nawet jeśli nie ma to najmniejszego sensu. Wciąż boję się włączyć drugi sezon.

2015varia5

Największe odkrycie wśród seriali niepremierowych — Orphan Black (2013)

Jeśli jeszcze nie oglądacie „Orphan Black”, to rzućcie ten tekst, rzućcie internet, rzućcie życie — i lećcie oglądać. Trzy sezony, czyli trzydzieści odcinków, a każdy jeden to aktorski popis rewelacyjnej Tatiany Maslany, która z uwagi na jakieś skandaliczne niedopatrzenia nie została jeszcze obsypana wszystkimi nagrodami świata. Sam serial to idealna mieszanka dramatu, thrillera, komedii i science-fiction, która wciąga w swój świat od pierwszej sceny pierwszego odcinka — i już nie wypuszcza. To także (a może przede wszystkim?) galeria niezwykle barwnych, charakterystycznych postaci, którym bardzo szybko zaczyna się kibicować. A spiski i tajemnice? Schodzą na dalszy plan.

Najlepszy powracający serial — Broadchurch (2013)

Nie ma wystarczająco wielu słów, bym była w stanie oddać, jak bardzo uwielbiam „Broadchurch”. Wiem, że drugi sezon nie wszystkim przypadł do gustu — wątek kryminalny był tym razem na drugim planie, a najważniejszą część stanowił dramat sądowy, poświęcony sprawie z sezonu pierwszego. Tym, co najbardziej pociąga mnie w „Broadchurch” (pomijając Davida Tennanta ;)) są bohaterowie i ich punkty widzenia. Pod tym względem sezon drugi nie zawodzi, nowe postaci są niesamowite i od razu skupiają na sobie uwagę, ale nic dziwnego, gdyż jak to w brytyjskiej telewizji — oglądamy występy znakomitych aktorów (w drugim sezonie dołączają m.in. Charlotte Rampling i James D’Arcy). Polecam bardzo.

Najlepszy zakończony serial, jaki nadrobiłam w całości — The Legend of Korra (2012)

Nie oglądam zbyt często seriali animowanych (w tym roku, prócz Korry, jeszcze tylko „Wolverine and the X-Men” oraz początek „Batman: The Animated Series”), ale zaczynam się zastanawiać, czy nie powinnam tego zmienić. Wszystko przez to, że obejrzana w tym roku „The Legend of Korra” okazała się jednym z lepszych tytułów, jakie poznałam. Jeśli szukacie opowieści, w której znajdziecie wspaniałą bohaterkę, ciekawy świat przedstawiony, wartką akcję, humor, a do tego najsłodsze zwierzaki serialowego świata, to sprawdźcie koniecznie. Mnie zaś pozostaje czekać na komiksową kontynuację, która nadejść ma na jesieni 2016 roku.

Największe zaskoczenia wśród seriali premierowych — Galavant (2015) / Scream (2015)

Dwa skrajnie różne seriale, z jedną cechą wspólną — realizują gatunki, których nie kojarzymy z materiałem na serial, a w dodatku robią to w sposób zaskakująco udany. „Galavant” to komediowy musical (właśnie powrócił z drugim sezonem!), pełen absurdalnego humoru i wpadających w ucho piosenek pisanych przez samego Alana Menkena (czyli autora muzyki z większości animacji Disneya lat 90.). Z kolei „Scream” udowania, że horror-slasher sprawdzi się w formacie serialu oraz że można z powodzeniem przenieść uznaną markę z dużego na mały ekran, i choć wprowadza zupełnie nowych bohaterów oraz rezygnuje z charakterystycznej maski mordercy, to pozostawia jeden z najlepszych elementów serii: aspekt meta.

2015varia6

Powody, dla których kocham Netflix — Daredevil (2015) / Jessica Jones (2015)

Gdy czytacie te słowa, Netflix jest już w Polsce, a pewnie nawet w domach wielu z Was. Patrząc na to, jakie tytuły otrzymaliśmy w tym roku dzięki tej firmie, trudno się dziwić temu, że obecność Netflixa w kolejnych krajach to w ostatnich dniach temat numer jeden na stronach związanych z popkulturą. Ja jestem Netflixowi wdzięczna przede wszystkim za dwa najlepsze seriale superbohaterskie, jakie do tej pory zaoferowała nam telewizja — „Daredevila” i „Jessicę Jones”. Uwagę przykuwa nie tylko dwójka odmiennych od siebie, ale świetnie wykreowanych i zagranych protagonistów, lecz przede wszystkim ich przeciwnicy. O ile bowiem MCU w filmach kinowych zarzuca nas niezapadającymi w pamięć, niepogłębionymi sylwetkami villainów, o tyle obydwa seriale czynią z głównych złoczyńców pełnokrwiste postaci, którym można czasem współczuć, którzy budzą sprzeczne emocje. Warto, nawet jeśli nie jest się fanem konwencji superhero.

GROWE PODSUMOWANIE ROKU 2015

Jako że to już 22. strona podsumowań, o grach postaram się napisać skrótowo. Jak to przez ostatnie lata bywało — nie grałam dużo. Poświęciłam czas na dwadzieścia tytułów, z czego większość stanowiły gry przygodowe (zarówno te bardziej tradycyjne, jak i ich młodsza i nieco uproszczona odmiana, tzw. hidden object games). Przygodówki nie zajmują bardzo wiele czasu i dzięki temu zaczęte tytuły w większości ukończyłam (z tytułów napoczętych mam już tylko „The Longest Journey”, które przechodzę ponownie po latach, oraz sezon pierwszy „The Walking Dead”, o którym po prostu stale zapominam, że wciąż go nie skończyłam).

2015varia7

Godzinowo najwięcej czasów pochłonęły mi erpegi, choć ilościowo była to raptem jedna czwarta wszystkich tytułów. W dodatku… żadnego z nich nie skończyłam. Porzuciłam „Divinity: Original Sin” (24 godziny) oraz „Pillars of Eternity” (30 godzin), ponieważ ani świat, ani fabuła nie porwały mnie na tyle, bym wytrzymała kolejne kilkadziesiąt godzin powtarzającego się gameplayu, którego mozolność i powtarzalaność nie bawi mnie już niestety w takim stopniu, co dziesięć lat temu. Może po prostu się starzeję… a może mimo starań te gry nie mają w sobie po prostu tej samej magii, co „Divine Divinity” czy „Baldur’s Gate”.

Kolejne 28 godzin spędziłam w świecie „Deus Ex: Human Revolution”, co było moim pierwszym spotkaniem z tą serią — i utwierdziło mnie w przekonaniu, że chyba po prostu nie lubię cyberpunka. Jasne, bieganie postacią wyposażoną we wszczepy jest świetne, ale już fabuły kręcące się wokół złych korporacji i spisków — zupełnie mnie nie pociągają. DE: HR nie dokończyłam jednak z innego powodu. W drugiej połowie gry rozgrywka staje się po prostu zbyt prosta i schematyczna, a przez to przestaje mnie bawić. Całkowicie rozumiem osoby urzeczone tym tytułem, ale po prostu nie jestem jedną z nich. Choć może kiedyś spróbuję jeszcze sięgnąć po wersję reżyserską.

2015varia8

Napoczęłam też, po raz drugi, „Wiedźmina 2” (ok. 24 godziny w 2015 roku), którego porzuciłam niegdyś w drugim akcie, grając zaraz po premierze. Tym razem zaszłam nieco dalej, ale wciąż nie mam pewności, czy kiedykolwiek tę grę dokończę, ponieważ gameplay irytuje mnie straszliwie — i to od samego początku, więc nie jest to kwestia wyłącznie znudzenia i rutyny. To raczej pytanie, czy jestem w stanie kontynuować tę drogę przez mękę, tylko po to, by poznać fabułę. Może jednak lepiej będzie obejrzeć jakiś skrót fabularny na YouTubie…?

2015varia9

Rekordzistą, ze 113 godzinami w samym roku 2015, jest jednak „Dragon Age: Inquisition”, czyli trzecia część serii BioWare, wydana pod koniec 2014 roku. Choć nie wszyscy zakochali się w tym dark gritty fantasy, nie wszyscy polubili sterowanie i system rozwoju postaci (w części pierwszej nieco oldschoolowy, w kolejnych — już znacznie uproszczony), nie wszyscy lubią zarządzać drużyną bohaterów i nie każdy ma te setki godzin wolnego czasu, by wykonywać dziesiątki zadań pobocznych — ja cykl uwielbiam od czasów „DA: Origins” wydanego w 2009 roku, przy którym od dnia premiery spędziłam ponad 250 godzin. W „DA: I” nie zagrałam zaraz po premierze tylko dlatego, że mój sprzęt był już nieco zbyt leciwy, bym mogła uruchomić grę w najwyższej możliwej jakości, a w innej przecież nie godziło mi się grać w ukochaną serię. W listopadzie, po zdobyciu nowej karty graficznej, zaczęłam nadrabiać ten karygodny brak. I tak dziś, w roku 2016, po 124 godzinach, wciąż gry nie skończyłam. Ale zrobię to, och, z pewnością zrobię. To przecież Dragon Age.

Jeśli miałabym wyróżnić jeszcze jakieś tytuły, którym poświęciłam w tym roku czas, to wzmianki należą się dwóm grom. Pierwsza to platformówka z mojej ukochanej serii, „LEGO Star Wars: The Complete Saga” (36 godzin). Zasiadłam do niej, by nastroić się przed premierą filmu — w grze przechodzimy bowiem przez fabuły poprzednich sześciu części. Bardzo lubię relaksujący gameplay platformówek od Lego, ale tym, co lubię najbardziej, jest mania zbieractwa. Samo przejście każdego poziomu to dopiero początek przygody — potem należy przejść go jeszcze raz, innymi bohaterami, by odkryć wszystkie sekrety, znaleźć znajdźki, zebrać każdą grywalną postać. Wreszcie — każdy poziom możemy przejść po raz trzeci, w trybie wyzwania, na czas, zbierając jeszcze inne fanty. Stety lub niestety, gry Lego maniakalnie przechodzę na 100% (mam już tak wymaksowane dwa tytuły, Lord of the RIngs oraz Marvel Super Heroes), tak więc moja przygoda ze Star Wars wciąż nie dobiegła końca — obecnie mam ukończone ok. 90% gry.

Trzecim ważnym tytułem tego roku jest gra przygodowa „Life is Strange” (20 godzin), tegoroczna produkcja od studia Dontnod Entertainment, wydawana w epizodach w okresie od stycznia do października. Ja przeszłam całość w ciągu może trzech posiedzeń i byłam zauroczona — historią, klimatem, postaciami, ścieżką dźwiękową i reżyserią. Gorzej niestety wypada sama rozgrywka — możliwości bohaterki, która potrafi cofać czas, są mocno ograniczone przez gameplay oraz deaktywowane wtedy, gdy twórcom wygodnie, z kolei typowych dla gier przygodowych zagadek w grze nie ma wiele i są wyjątkowo proste. W pewnym momencie otrzymujemy też zupełnie niepotrzebny i niesłychanie toporny fragment skradanki. Na szczęście, w przypadku tego tytułu nie jest to szczególnie istotne, a na wady można przymknąć oko, ponieważ pierwsze skrzypce gra tu fabuła i przywiązanie do bohaterów. Polecam, nawet jeśli zwykle nie grywacie w gry komputerowe.

PODSUMOWANIE ROKU 2015 — VARIA

Co jeszcze robiłam w 2015 roku? Jeśli chodzi o kulturę — zaczęłam chodzić na kinowe transmisje z innych wydarzeń, takich jak spektakl teatralny czy baletowy. Widziałam „Hamleta” z Benedictem Cumberbatchem, „The Audience”, „Man and Superman”, „Koriolana”, „Jane Eyre” oraz „Dziadka do orzechów”. Bywałam też w teatrze tradycyjnym — choćby w Romie na „Mamma Mia!” [link do recenzji] oraz w Poznaniu na musicalu „Jekyll & Hyde”. Nie jest to może powalająco ogromna liczba wyjść, ale nie ukrywam, że dużo trudniej zebrać mi się na podobny wypad, zwłaszcza że o ile na filmy w kinie bez najmniejszych problemów chadzam sama, to w teatrze zdecydowanie wolę mieć towarzystwo, a nie jest to wcale takie proste. Odwiedziłam także dwa konwenty — warszawską Avangardę w sierpniu (udaną towarzysko, średnio udaną programowo) oraz krakowski Serialkon (bardzo udany w każdym aspekcie) w listopadzie. Mam nadzieję, że także w 2016 roku nie zabranie mnie podczas tych wydarzeń.

2015varia10

Cóż poza tym… Nie da się ukryć, że większość życia pochłania mi nie kultura, a praca — a każdy, kto mnie zna, wie, że wolałabym te osiem godzin dziennie (plus dojazdy, plus przerwa… wychodzi ponad 10 godzin na dobę, przerażające!) spędzać na oglądaniu filmów i seriali, czytaniu książek, chodzeniu do teatru, graniu, i tak dalej, i tak dalej. W dodatku w wakacje poświęciłam blisko trzy miesiące na tłumaczenie książki po pracy, więc tym gorzej dla czasu wolnego. Nie chcę przesadnie narzekać, ponieważ moja praca w gruncie rzeczy nie jest taka zła, a w dodatku pozwala na takie fanaberie jak jechanie do innego miasta, by pójść do teatru, czy też wykupienie abonamentu na kino, zaś w listopadzie spędziłam służbowo bardzo przyjemny tydzień w Berlinie, ale mimo wszystko nie umiem nie czuć żalu, kiedy patrzę na liczbę godzin rocznie, jaką pochłaniają mi nie przyjemności, a obowiązki. Tak, to jest akapit, w którym stwierdzam, że wciąż nie umiem pogodzić się z losem dorosłego człowieka i chciałabym wrócić na studia. I tym nieszczególnie optymistycznym akcentem zamykam cykl podsumowań. Powodzenia w 2016 roku!

Dinozaur i jego chłopiec ― The Good Dinosaur

Mam problem z najnowszą produkcją Pixar Animation Studio. Tak, tego Pixara ― studia, któremu zawdzięczamy jedne z najambitniejszych hollywoodzkich animacji, takie jak „Wall-E”, „Up” czy ubiegłoroczny „Inside Out”. Nie da się ukryć, że filmowcy z Kalifornii ostatnimi laty zaliczali mniejsze wpadki jedynie przy sequelach, a ich oryginalne produkcje zbierały powszechne wyrazy uznania i zachwytu. Tymczasem „Dobry dinozaur” spotkał się z zaledwie umiarkowanie ciepłym przyjęciem, także z mojej strony. Co poszło nie tak? Czy to kwestia wyłącznie zbyt wysokich oczekiwań widzów? [W tekście drobne spoilery, ale bez kluczowych szczegółów].

gooddinosaur-poster

„The Good Dinosaur” wita nas znanym z trailera ujęciem, w którym 65 milionów lat temu kometa, potencjalny sprawca zagłady prehistorycznych gadów, mija Ziemię, doprowadzając do tego, że kilka er później planetę zamieszkują zarówno ludzie, jak i dinozaury. Widz poznaje historię z perspektywy tych drugich, dokładniej zaś ― apatozaura (to te roślinożerne z długimi szyjami, do niedawna powszechnie mylone z brontozaurami) imieniem Arlo, który wraz z rodzicami i rodzeństwem żyje w skromnym gospodarstwie, gdzie uprawia się kukurydzę i hoduje przerośnięte kury.

Po krótkim zawiązaniu akcji „Dobry dinozaur” przeistacza się w dość typowy film drogi uzupełniony dodatkowo o morał właściwy filmom animowanym dla młodych widzów. Arlo próbuje wrócić do domu, w trakcie swej wędrówki spotyka różnorakie mniej lub bardziej przyjazne stworzenia, przeżywa przygody, ale przede wszystkim uczy się czegoś ważnego o sobie i przechodzi wewnętrzną przemianę. Wspomniana przemiana to niestety kolejny z ogranych schematów; główny bohater przeistacza się więc z osobnika raczej tchórzliwego i przekonanego o niewielkiej własnej wartości w dinozaura odważnego i pewnego siebie, zdobywa przyjaciół i zyskuje lepsze porozumienie z bliskimi. Znamy to aż za dobrze z kina i literatury. Duża liczba zapożyczeń nie jest może niczym zaskakującym w przypadku kina dla młodego widza, pewne morały muszą się powtórzyć, a przewidywalność rozwoju wątków czy postaci jest po części wpisana w gatunek. Tym razem kłuje to w oczy bardziej, gdyż mówimy o produkcji słynącego z nowatorstwa Pixara, od którego oczekuje się więcej niż od innych wytwórni. Tymczasem „Dobry dinozaur” podkrada wiele choćby od Disneya, z „Królem lwem” na czele. Oczywiście, jeśli od kogoś czerpać, to od najlepszych — ale Pixar przyzwyczaił mnie do tego, że to raczej on inspiruje swoich naśladowców, a nie powiela sprawdzone wzorce.

gooddinosaur-screen

Nie do końca rozumiem też zamysł stojący za skonfrontowaniem ze sobą dwóch znacznie odmiennych stylów animacji. W „The Good Dinosaur” podziwiamy przepiękne, dopracowane, fotorealistyczne tła, na które nałożono bardzo uproszczone wizerunki postaci. Kojarzycie dinozaura z „Toy Story”? To spróbujcie go w głowie nałożyć na obraz, dajmy na to, Matejki. Otrzymacie wówczas coś takiego: klik klik. Wiem, wiem, hiperbola, ale to było moje pierwsze skojarzenie na sali kinowej. Zupełnie mi się to razem nie zgrywa i nie ukrywam, że chętniej zobaczyłabym całość oprawy utrzymaną w bardziej realistycznym tonie, co również pasowałoby do nie tak przecież wesołej opowieści.

Z powyższych akapitów wyłania się litania narzekań — a mnie się w gruncie rzeczy ten film całkiem dobrze oglądało i nie jest to nawet najsłabsza z produkcji Pixara („Auta 2”, ekhem). Bohaterowie są całkiem sympatyczni (choć niektórzy, np. rodzeństwo głównego bohatera, jednowymiarowo zarysowani), a odwrócenie relacji dinozaura i chłopca — w której to Arlo jest tym inteligentniejszym gatunkiem, a mały jaskiniowiec przypomina raczej dzikie zwierzątko wymagające oswojenia — to ciekawa i dobrze zrealizowana koncepcja. Po prostu spodziewałam się kolejnego arcydzieła, rewolucyjnego podejścia do tematu (koegzystencja ludzi i dinozaurów ma przecież olbrzymi potencjał fabułotwórczy!) albo emocjonalnego rozłożenia na łopatki, co Pixarowi wychodzi jak żadnemu innemu studiu. Tymczasem dostałam zaledwie dobrą, podręcznikową animację, która bawi i wzrusza kiedy trzeba, ale nie wgniata w fotel i z pewnością nie zapisze się na liście najlepszych produkcji dekady.

gooddinosaur-sanjay

Na sam koniec kilka miłych słów o krótkometrażówce emitowanej przed „Dobrym dinozaurem” (widocznej na powyższym screenie). Pixar i Disney od dłuższego czasu przed każdą animacją raczą widza krótkim pokazem swojej kreatywności i, często, nietypowej animacji. Tym razem kilkuminutowa opowieść pod tytułem „Sanjay’s Super Team” przenosi nas do domu chłopca hinduskiego pochodzenia, fana superbohaterów, który poznaje świat wierzeń hinduizmu. Ta kilkuminutowa opowieść, oparta na wspomnieniach i przeżyciach jej twórcy, Sanjaya Patela, jest jedną z najlepszych krótkometrażówek studia (choć palmę pierwszeństwa wciąż dzierży jak dla mnie „Partly Cloudy”). Tak więc choćby z uwagi na nią warto wybrać się na „The Good Dinosaur” do kina, to zawsze dodatkowy profit.

Ostateczny werdykt? Tak, można obejrzeć, jak najbardziej, przecież to Pixar, który nigdy nie schodzi poniżej poziomu dobrego, solidnego filmu. Warto jedynie nieco obniżyć swoje oczekiwania i nie spodziewać się arcydzieła — może wtedy będziecie po seansie narzekać trochę mniej niż ja. Pamiętajmy też o tym, że to i tak bez wątpienia najlepszy film z dinozaurami, jaki dostaliśmy w 2015 roku, więc choćby z tego powodu można spojrzeć na niego łaskawszym okiem.

  • Tytuł: Dobry dinozaur (The Good Dinosaur)
  • Reżyseria: Peter Sohn
  • Scenariusz: Meg LeFauve
  • W rolach głównych: Jeffrey Wright, Frances McDormand, Raymond Ochoa, Sam Elliott, Anna Paquin
  • W rolach głównych (polska wersja językowa): Olaf Lubaszenko, Katarzyna Żak, Olaf Marchwicki, Jerzy Kryszak, Marian Dziędziel
  • Rok produkcji: 2015
  • Czas trwania: 1 godz. 39 min.

Podsumowanie roku 2015 ― filmy

Pora na część drugą, filmową. Przeglądam właśnie ubiegłoroczny wpis z podsumowaniami i dochodzę do wniosku, że choć moje dogłębne rozwodzenie się nad tematem oraz prezentowanie szczegółowych statystyk może wydawać się z zewnątrz nieco dziwne i przesadzone, to ja mam z tego ogromną frajdę ― i podczas tworzenia, i podczas późniejszego ich przeglądania. Zaczynam też wyraźnie dostrzegać pewne trendy we własnych zwyczajach.

FILMOWE PODSUMOWANIE ROKU 2015

W roku 2014 obejrzałam 140 filmów, których średnia ocen wyniosła 6,96. Rok później ― to raptem 124 filmy i średnia 6,76 (pełną listę tytułów znajdziecie tutaj), co oznacza lekki spadek formy zarówno ilościowy, jak i jakościowy. A jak wypadania porównanie z jeszcze poprzednimi latami? Nie tak najgorzej, średnio daje to 10 filmów miesięcznie; ale do 162 obejrzanych pozycji z 2010 roku pewnie nieprędko się zbliżę, o ile kiedykolwiek.

2015filmy1

Jeśli chodzi o rozkład miesięczny, to od kilku lat mogę zaobserwować pewne powtarzające się trendy ― na początku roku, w styczniu i w lutym, liczba tytułów jest pokaźna. Stoi za tym oscarowe szaleństwo, któremu chętnie się poddaję, staram się obejrzeć jak najwięcej nominowanych produkcji jeszcze przed ogłoszeniem wyników, by mieć możliwość snuć własne przypuszczenia na temat wygranych oraz kibicować swoim faworytom. Marzec i kwiecień (w tym roku też maj) to z kolei spadki ― po przesycie z początku roku przychodzi pora na lekki odpoczynek i nadrabianie seriali, które w tym okresie są już z powrotem na ekranach po zimowej przerwie. Czerwiec, lipiec i sierpień to miesiące przeciętne, w kinach pojawiają się letnie blockbustery, ja znów mam ochotę oglądać więcej filmów, ale trzeba też spędzić trochę czasu na zewnątrz, póki można nacieszyć się słońcem. Od września coraz częściej przebywam na powrót w domu, więc liczba filmów systematycznie rośnie (chyba że niespodziewanie pochłoną mnie gry komputerowe ― jak w listopadzie tego roku). Grudzień jest zaś regularnie równie dobry co styczeń, wiele dni wolnych sprzyja nadrabianiu filmowych zaległości, a niskie temperatury skłaniają do zaszywania się pod kocem przed telewizorem.

2015filmy2

Co oglądałam? Tradycyjnie, najwięcej dramatów, a w tym roku ich przewaga nad drugim co do popularności gatunkiem, fantastyką, okazała się jeszcze większa. Na trzecim miejscu dość niespodziewanie dla mnie uplasowały się komedie (można by powiedzieć, że nie przepadam za komediami, z wyjątkiem może brytyjskich). Spadł z kolei odsetek animacji, które rok temu plasowały się na ostatnim miejscu podium, a w 2015 muszą zadowolić się czwartą lokatą. Dramatycznie niska jest liczba musicali ― raptem dwa filmy ― i filmów, które wrzucam do wspólnego worka akcja/przygoda ― pięć tytułów.

2015filmy3

Ponad trzy czwarte oglądanych produkcji miało rodowód hollywoodzki. Polski film na liście znalazł się cały jeden, do tego siedemnaście produkcji brytyjskich, trzy japońskie (wszystkie od Ghibli), kilka francuskich i nawet jedna norweska. Nie da się ukryć, że dość monotematyczne to moje oglądanie, ale jakoś najbliżej mi do produkcji anglojęzycznych.

2015filmy4

Ponad połowę moich filmów stanowiły tytuły najnowsze, wyprodukowane w 2014 i 2015 roku (przy czym ich polska premiera często miała miejsce z opóźnieniem). Jeśli chodzi o wcześniejsze lata, to uzupełniłam też nieco produkcji z lat 2010 – 2013. Dużo gorzej poszło z odleglejszymi czasami ― obejrzałam pięć filmów powstałych do 1949 roku oraz dwadzieścia tytułów z drugiej połowy XX wieku.

2015filmy5

I jeszcze na koniec krótka refleksja dotycząca miejsca oglądania filmów. Otóż, jak uświadomiłam sobie pod koniec roku, bardzo rzadko bywałam w kinie. W okresie od stycznia do listopada miało to miejsce zaledwie dziesięć razy, czyli nawet nie był to jeden raz w miesiącu. Powiedziałam więc: dość! Przecież kino jest super! Gdy w grudniu Cinema City postanowiło wprowadzić usługę Unlimited, czyli abonament na kino ― płacisz raz, chodzisz ile chcesz ― byłam pierwsza w kolejce. Po miesiącu korzystania ze swojej karty jestem zachwycona tą opcją, zakupu nie żałuję ani trochę, a w grudniu salę kinową odwiedziłam osiem razy. Ostatecznie w roku 2015 stosunek filmów oglądanych w kinie do tych oglądanych w domowym zaciszu wyniósł 15% do 85%. Bardzo jestem ciekawa, jak będzie się to kształtowało w roku 2016, gdy od samego początku będę wykorzystywać swój abonament. Początek roku zapowiada bardzo częste wizyty i masę ciekawych premier!

***

To teraz przejdźmy do toplist. Postanowiłam tym razem postąpić inaczej niż w przypadku książek ― i skupić się wyłącznie na filmach wyprodukowanych w 2014 i 2015 roku. Doszłam do wniosku, że trochę bez sensu byłoby zachwycać się w podsumowaniu filmami sprzed kilku dekad, które wszyscy i tak już dawno obejrzeli (a był to rok, kiedy nadrabiałam m.in takie nieśmiertelne klasyki, jak „Przeminęło z wiatrem”, „Ojciec chrzestny” czy „Terminator”, więc chyba rozumiecie ;)). Zostawiłam więc tytuły wzglęnie nowe ― część z nich to premiery z 2014 roku, które nadrabiałam z opóźnieniem, część ― polskie premiery AD 2015.

TOP 5: Największe zaskoczenia

2015filmy6

Ant-Man (2015)

Pamiętam ten moment, kiedy nikt nie spodziewał się niczego dobrego po tym filmie. Zmiana reżysera, niekończące się poprawianie scenariusza, wybranie na centralnego bohatera postaci, która nie wydaje się ani szczególnie spektakularna, ani popularna wśród osób niezaczytujących się komiksami. Mogło się to bardzo źle skończyć, szczególnie po niezbyt dobrze przyjętym „Avengers: Age of Ultron”, a tymczasem okazało się świeże i zabawne. Moje prywatne TOP 2 filmów o mrówkach (no bo przecież „Dawno temu w trawie” jest nie do pobicia, odświeżałam w tym roku!). I mogę tylko żałować, że Wright nie został do końca ― przed „Ant-Manem” nadrabiałam jego filmografię i zauroczyłam się całkowicie „The Blood and Ice Cream Trilogy” (vel „Three Flavours Cornetto Trilogy”) ― gdyż moglibyśmy dostać jeszcze bardziej odjechany tytuł.

Dar / The Gift (2015)

Siadałam do tego filmu bez żadnej wiedzy na jego temat, a zarazem bez żadnych oczekiwań. Nie mam słabości do nikogo z członków obsady, a za reżyser i scenariusz odpowiadał Joel Edgerton, którego kojarzę jedynie jako aktora (obsadził się zresztą w jednej z głównych ról). Ku swojemu zaskoczeniu dostałam solidny, dobry thriller, który do ostatnich minut zaskakiwał zwrotami akcji i utrzymywaniem napięcia. Niespodzianka tym większa, że zupełnie się o tym filmie nie mówiło, przynajmniej w mojej części internetu, a obejrzałam go trochę z przypadku, szukając produkcji, która będzie trwała krócej niż dwie godziny. Jeśli będziecie kiedyś w podobnej potrzebie ― spróbujcie „Daru”, najlepiej wiedząc o nim jak najmniej.

Ex Machina (2015)

Film trójki aktorów ― trójki, którą bardzo lubię: Alicii Vikander, Oscara Isaaca i Domhnalla Gleesona. Brytyjska produkcja ze skromnym budżetem, debiut reżyserski scenarzysty Alexa Garlanda (którego mogę lubić przede wszystkim za „Nie opuszczaj mnie”). Film niepozbawiony jest wad, niektóre sceny są bardzo dziwne, niektóre nie mają sensu, inne zaś rażą nadmierną łopatologią. Mogę jednak pochwalić koncept, fabułę oraz aktorskie trio, które bardzo dobrze ogląda się na ekranie. Na pewno z ciekawością obejrzę kolejny film Garlanda, zapowiada się na ciekawego twórcę.

Gość / The Guest (2014)

Film co prawda debiutował u nas jesienią 2014, ale na mój ekran trafił w styczniu 2015. I cóż to była za jazda bez trzymanki! Zapowiadał się thriller, dostaliśmy… właściwie trudno powiedzieć, co dokładnie. Thriller z elementami akcji i horroru? Na pewno był tam hipnotyzujący Dan Stevens, któremu dopiero wówczas wybaczyłam odejście z „Downton Abbey”. Było też sporo strzelania i uciekania, ale innego niż zwykle ― choćby z tego powodu, że przez cały czas kibicowałam wówczas czarnemu charakterowi (i podejrzewam, że nie byłam jedyna). Trudno ten film wpisać w jakieś kategorie; z jednej strony czasami ma się wrażenie, że to w pełni świadome kino klasy B; z drugiej, debiutował podczas Sundance Film Festival (który wówczas otwierał „Whiplash”), więc może jednak było w nim coś artystycznego?

Zaginiona dziewczyna / Gone Girl (2014)

I ponownie pozycja, którą część z Was mogła widzieć rok wcześniej, ja zaliczyłam jednak pewne opóźnienie. Bałam się tego filmu, głównie dlatego, że byłam wówczas w fazie niechęci do Bena Afflecka (która obecnie jest zdecydowanie mniejsza ― po pierwsze dzięki „Gone Girl” właśnie, po drugie dzięki nadrobieniu „Good Will Hunting”). Rosamund Pike z kolei stanowiła dla mnie wielką niewiadomą. Wszelkie obawy okazały się jednak nieuzasadnione, a Fincher ponownie pokazał, że czego się nie dotknie, potrafi zamienić to w rewelacyjny film. Żałuję jedynie, że nie przeczytałam książki przed seansem ― z pewnością dałoby mi to możliwość szerszego spojrzenia. Ale może jeszcze kiedyś nadrobię.

TOP 5: Największe rozczarowania

2015filmy7

Bezwstydny Mortdecai / Mortdecai (2015)

To był chyba najgorszy film, jaki obejrzałam w tym roku. Nieśmieszny, zupełnie bez sensu, źle zagrany, irytujący. Serio, jeśli jakiegoś filmu nie ratuje nawet Ewan McGregor, to wyobraźcie sobie, jak zły musiał być to obraz. Nie każcie mi ani chwili dłużej przywoływać sobie go z pamięci, gdyż to straszliwa tortura. I nie oglądajcie, chyba że pod groźbą tortur.

Fantastyczna Czwórka / Fantastic Four (2015)

Tak, przyznam się teraz do czegoś dziwnego ― wierzyłam w ten film i trzymałam za niego kciuki, przynajmniej do tego momentu, do którego się dało. Puszczałam mimo uszu najpierw dziwne plotki dotyczące fabuły, potem niepokojące wieści z planu. Naprawdę, naprawdę chciałam dostać może nie dzieło, ale choćby sympatyczną produkcję z dobrze nakreślonymi postaciami, szczątkową choćby fabułą i jako takim napięciem. Hej, przecież filmowcy mieli na planie dobrych aktorów… którzy w większości postanowili nie grać. Ale może nie ma się co dziwić, patrząc na całokształt. Czy można jeszcze mieć nadzieję, że pojawi się jakąś naprawdę dobra adaptacja przygód Fantastycznej Czwórki?

Jupiter: Intronizacja / Jupiter Ascending (2015)

Zaznaczę na wstępie, że nie byłam do tego filmu uprzedzona. Chciałam, żeby mi się podobał. Absolutnie uwielbiam „Atlas chmur”, który zraził do Wachowskich wielu widzów. Niestety, zupełnie nie potrafię lubić „Jupiter”, z wyjątkiem może cudownie przerysowanego Eddiego Redmayne’a. Ale Mila Kunis i Channing Tatum byli nie do zniesienia, podobnie jak dialogi (serio, czy ktoś je choć raz przeczytał po napisaniu?), podobnie jak fabuła, podobnie jak kompozycja tego filmu. Może to i miał być taki kicz od początku do końca, ale zupełnie nie kupuję tej wizji.

Jurassic World (2015)

To było chyba rozczarowanie, które ubodło mnie najdotkliwiej. Kocham dinozaury, a pierwszy „Park Jurajski” to film mojego dzieciństwa. Starałam się zaniżać swoje oczekiwania, dobrze wiedząc, że nie dostanę już po raz drugi tego samego, co kilkanaście lat wcześniej. Nie spodziewałam się jednak, że będzie aż tak tragicznie. „Jurassic World” jest wewnętrznie nielogiczny i niespójny, obraża inteligencję nawet najmniej bystrych widzów, ma okropnych, przestereotypizowanych bohaterów, a co najgorsza ― nawet z dinozaurami przegiął tak bardzo, że wręcz chciało mi się płakać na widok tego, jak je w tej produkcji potraktowano. Zabierzcie to badziewie jak najdalej ode mnie. I wiecie, co mnie jeszcze boli? Reżyser tego gniota będzie robił IX epizod Gwiezdnych Wojen… Umrzemy.

Makbet / Macbeth (2015)

Powiedzmy sobie od razu ― ten film to zupełnie inny kaliber rozczarowania, niż wyżej wymienione produkcje. Rozpieszczona częstymi seansami National Theatre Live spodziewałam się po Makbecie zupełnie czegoś innego ― większej teatralności, skupienia na emocjach. Dostałam film, w którym reżyser skupił się głównie na zdjęciach i (czego nie rozumiem zupełnie) efektach, takich jak na przykład slow motion rodem z „300”. Postawiono też na naturalizm, przez cały czas wszyscy chodzą więc brudni, bitwy w błocie zajmują znaczny czas ekranowy, a krew leje się gęsto. Giną w tym wszystkim dylematy postaci, ginie szaleństwo (lady Makbet, rewelacyjnie grana przez Marion Cotillard, ma tak skandalicznie mało czasu ekranowego, że to jakaś zbrodnia), ginie tragedia Makbeta i ginie Szekspir. Rozczarowałam się wielce.

TOP 5: Najlepsze z najlepszych

2015filmy8

Birdman (2014)

Mam wrażenie, że od styczniowej polskiej premiery wszyscy zdążyli o tym filmie zapomnieć. A szkoda! Miał przecież ciekawą, wielopłaszczyznową fabułę, świetne aktorstwo, fantastyczne zdjęcia Emmanuela Lubezkiego i sporo meta aluzji do filmowego przemysłu. Nie jestem może oddaną fanką Alejandra Gonzáleza Iñárritu i nie zawsze jestem w nastroju na dość ciężkie kino, które wychodzi spod jego ręki, ale do „Birdmana” nie miałam żadnych zastrzeżeń. Teraz z niecierpliwością czekam na „Zjawę”, zwiastuny zapowiadają kolejną ciekawą produkcję.

Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy / Star Wars: The Force Awakens (2015)

W tym roku kinomanów dzielimy na zachwyconych nowymi Gwiezdnymi Wojnami (z obserwacji wynika mi, że to ta większa grupa) oraz tych marudzących, że dostaliśmy odgrzewanego kotleta. Ja pokochałam ten film od pierwszych scen, uwielbiam jego spokojny początek i powolne poznawanie świata, zakochałam się w bohaterach (a zwłaszcza w Rey ― nie pamiętam, kiedy ostatnim razem dostałam w kulturze bohaterkę, która byłaby tak bardzo „moja”), wzruszałam się podczas spotkań ze starymi znajomymi, a dziś najchętniej wydałabym wszystkie pieniądze na własnego BB-8 naturalnych rozmiarów. Boję się trochę tego, co przyniesie przyszłość serii, ale przynajmniej już wiem, że oto mam kolejną część Star Wars, do której mogę wracać jeszcze po kilkanaście czy kilkadziesiąt razy.

Mały Książę / Le petit prince (2015)

Pierwsza z animacji na mojej topliście. Animacja, do której mam stosunek szczególny, ponieważ od najmłodszych lat życia uwielbiam bez jakichkolwiek zastrzeżeń „Małego Księcia”. Myśl, że ktoś mógłby zepsuć film na podstawie *mojej* książki, była straszliwa i przerażająca. Na szczęście, nic takiego nie nastąpiło ― nie jest to bowiem wierna ekranizacji dzieła Antoine’a de Saint-Exupéry, a raczej film wykorzystujący jedynie wątki tej opowieści i wplatający je w zupełnie inną historię ― losy małej dziewczynki, która spotyka ekscentrycznego staruszka. Takie podejście okazało się bardzo trafnym wyborem, a całość na szczęście zachowuje spójność oraz ducha oryginału. Ciekawie wypada animacja, zwłaszcza fragmenty realizowane poklatkowo ― te opowiadające historię „Małego Księcia”. I jeszcze jedno ― och, jakiego wspaniałego lisa ma ten film!

W głowie się nie mieści / Inside Out (2015)

Pixar ponownie w czołówce filmów roku. Co prawda palmę pierwszeństwa w moim prywatnym rankingu wciąż dzierży „Wall-E”, ale „Inside Out” to ― wraz z „Odlotem” ― zaszczytne drugie miejsce. Głównie z uwagi na niebanalny koncept, fantastyczne żarty (przestrzeń dwuwymiarowa!) i bycie czymś o wiele, wiele ciekawszym niż tylko przygodową animacją, przy jednoczesnej dobrej realizacji tejże warstwy przygodowej. Do tego fantastyczna animacji i obsada głosowa. I morał. Och, ten morał. Uwielbiam.

Whiplash (2014)

Tadam, tadam! Film roku, dziesięć na dziesięć, przeżywam go na nowo na samo wspomnienie, ale boję się obejrzeć ponownie. Popis geniuszu aktorskiego J.K. Simmonsa i, jak dla mnie, także Milesa Tellera, w pełni zasłużone laury za montaż i dźwięk. Jeszcze nigdy historia żadnego perkusisty nie była tak dramatyczna, porywająca, trzymająca w napięciu. Wiem, że wielu widzów nie mogło ścierpieć głównego bohatera ― ja widziałam w nim wiele siebie. To pewnie jeden z powodów, dla których ten film jest mi strasznie bliski. I ten soundtrack! Och, poproszę kolejny film Damiena Chazelle jak najszybciej, bo nie wytrzymam!

***

Skoro ten wpis i tak przybiera gigantyczne rozmiary, to może jeszcze kilka słów o nieobecnych. Na pytanie, gdzie jest „Mad Max: Na drodze gniewu”, w wielu rankingach jednogłośny film roku, odpowiem: ano u mnie nigdzie, gdyż ani mnie ziębi, ani grzeje. Doceniam fantastyczną stronę techniczną, wspaniałe zdjęcia, dopracowane efekty, rewelacyjne zabiegi montażowe i przepiękne kolory, ale ani świat przedstawiony, ani klimat, ani fabuła mnie zupełnie nie porwały, tak więc nie dołączę do grona fanów. Wybaczcie.

Co mi się podobało, a nie załapało się na listę z braku miejsca? Na pewno „Marsjanin” (Ridley Scott dawno nie nakręcił tak dobrego filmu), „Most szpiegów” (Spielberg! o jak straszliwie fanię Spielberga! i Hanksa zresztą też), polscy „Bogowie” ze świetnym Tomaszem Kotem, „Tajemnice lasu”, które do dziś mam ― muzycznie ― w głowie, oscarowe „Teoria wszystkiego” i „Gra tajemnic”, przeuroczy „Kopciuszek” Branagha, gorzko-słodki „Mów mi Vincent”, czy też „Mroczny zakątek” ― nie tak dobra jak „Zaginiona dziewczyna”, ale wciąż godna uwagi ekranizacja innej powieści Gillian Flynn. Pojawiło się też sporo dobrych animacji ― plastelinowy „Baranek Shaun”, bajecznie kolorowa „Księga życia”, sympatyczny „Dobry dinozaur”. Dobrze bawiłam się na „Kingsman” i „Kryptonimie U.N.C.L.E”, zaśmiewałam do łez na „Naszych zwariowanych angielskich wakacjach”, wzruszałam na „Testamencie młodości” i przeżywałam „Z dala od zgiełku”. Po raz kolejny też Ron Howard, który rok wcześniej podbił moje serce „Wyścigiem”, udowodnił mi, że jest w stanie zaciekawić mnie filmem o dowolnym temacie; w tym roku padło na wielorybników, których losy śledziłam z zapartym tchem we „W samym sercu morza”.

Co rozczarowało, ale nie aż tak dotkliwie, by znaleźć miejsce na topliście? Przede wszystkim komedie ― „Agentka”, „Wykolejona”, „Witamy na Hawajach”, „Powiedzmy sobie wszystko” ― zupełnie nie mój typ humoru. Z dramatów zupełnie nie porwały mnie nominowane do ubiegłorocznych Oscarów „Foxcatcher”, „Selma”, „Grand Budapest Hotel” czy „Dwa dni, jedna noc”. „Hotel Transylwania 2” wypadł słabiej od pierwszej części, a drażniące „Minionki” absolutnie nie umywają się do dobrego „Jak ukraść Księżyc”. Z dystopii dla młodych widzów tylko „Igrzyska śmierci” były się w stanie w tym roku jakkolwiek obronić ― „Zbuntowanej” i „Więźnia labiryntu: Prób ognia” nie dało się wręcz oglądać bez bólu zębów. „Terminator: Genisys” sprawił mi frajdę, ale nie był dobrym filmem (choć przyjemniejszym od części trzeciej). Wiele spodziewałam się po francuskiej „Pięknej i bestii” z Leą Seydoux i Vincentem Casselem w rolach głównych, ale prócz ładnej otoczki film nie miał niestety za wiele do ofiarowania. Disneyowska „Kraina jutra” nie była tak zła, jak można by się spodziewać po finansowej klęsce, ale też mnie szczególnie nie zachwyciła. No i mieliśmy jeszcze „Piksele”, artystyczne dno den, ale w tym przypadku mogę winić wyłącznie mój masochizm ― przecież od początku wiedziałam, że to będzie fatalne, a i tak postanowiłam obejrzeć.

***

Tym razem to już naprawdę koniec. Chyba wystarczy jak na filmowe podsumowanie roku? Dajcie znać, jakie filmy z lat 2014 – 2015 powinnam jeszcze koniecznie nadrobić i jakie tytuły podbiły Wasze serca w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy! :)

Podsumowanie roku 2015 ― literatura

Podsumowania! Jak już pewnie pisałam Wam mnóstwo razy, uwielbiam podsumowania! Bez zbędnego wstępu przejdźmy więc do informacji właściwych ― ile, gdzie, kiedy, a przede wszystkim: jak z jakością? Co udało mi się pochłonąć w ciągu minionych dwunastu miesięcy (i dlaczego tak mało). Oraz wykresy, gdyż kocham wykresy. Zaczynamy więc od części statystycznej (można pominąć, jeśli nie macie podobnej do mnie słabości do słupków i kół), by później przenieść się do części najlepszych i najgorszych. Do dzieła!

LITERACKIE PODSUMOWANIE ROKU 2015

W roku 2015 przeczytałam raptem 52 pozycje (pełną listę znajdziecie tutaj) ― co jest wynikiem najgorszym od czasu, kiedy zaczęłam zapisywać, co kiedy przeczytałam, czyli roku 2010. Daje to co prawda średnią jednej książki tygodniowo, ale patrząc choćby na tempo kupowania książek i ― przede wszystkim ― liczbę pozycji, które chciałabym w ciągu życia przeczytać, jest to wynik daleki od satysfakcjonującego.

2015ksiazki1

Czy mogę powiedzieć cokolwiek na swoją obronę? Zaczęłam całkiem pomyślnym styczniem, ale później trafiały się miesiące, gdy trudno mi było utrzymać tempo choćby jednej książki tygodniowo. Nie, nie wybierałam samych grubaśnych lektur liczących po tysiące stron. Po prostu czytywałam wyłącznie w komunikacji miejskiej, a w domu zajmowałam się innymi sprawami, z naciskiem na oglądanie, granie (w ostatnim kwartale roku) i spanie. Wiem więc, na czym muszę się skupić w 2016 roku ― na częstszym czytaniu po pracy. W przeciwnym razie czeka nas katastrofa.

2015ksiazki2

Co czytałam? Porównując z poprzednim rokiem, dużo mniej fantastyki, a znacznie więcej literatury współczesnej ― co spełnia moje ubiegłoroczne założenia (no, wreszcie jakiś sukces!). Do tego trochę klasyki, trochę komiksów i od czasu do czasu coś innego dla odmiany. Wśród lektur znalazło się też jedno tłumaczenie książki specjalistycznej, które po części tłumaczy moje kiepskie wyniki czytelnicze w czerwcu.

2015ksiazki3

Sprawdziłam też, jak prezentuje się kwestia pochodzenia autorów oraz lat pierwszego ukazania się drukiem przeczytanych przeze mnie tytułów. Zaskoczeń nie stwierdzono ― czytuję głównie Amerykanów, ewentualnie Brytyjczyków i Polaków (jako że blisko 70% autorów moich lektur to panowie, uznajmy męskie końcówki za uprawnione). Wciąż najczęściej sięgam po wydawnicze świeżynki i pozycje wydane w XXI wieku. Nieco uwagi poświęciłam też drugiej połowie XX wieku, ale zaniedbałam w zamian wszystkie wcześniejsze epoki.

2015ksiazki4
2015ksiazki5

I na koniec podsumowanie zakupowe (które nie zlicza ebooków). W roku 2015 udało mi się utrzymać podobny poziom gromadzenia nowych nabytków co rok wcześniej (co było znacznym postępem w stosunku do lat jeszcze wcześniejszych). W dalszym ciągu powiększam też zbiór komiksów, który liczy obecnie blisko dwieście pozycji. Cel przyszłoroczny? Może by tak spróbować zamknąć się w setce nabytków papierowych? Hej, spróbujmy!

2015ksiazki6

Pochylmy się teraz nad jakością dobranych lektur. Średnia wystawionych ocen wyniosła 6,86 w skali dziesięciostopniowej. Wystawiłam jedną 10, ale żadnej 1 i 2. Najwięcej było rzecz jasna ocen rzędu 6, 7 i 8, co oznacza lektury dobre i bardzo dobre. To może na przykładach! Pozwalam sobie zachować kategorie z zeszłego roku, które sprawdziły się wcale nieźle.

TOP 5: Największe zaskoczenia

2015ksiazki7

„Carrie”, Stephen King

Nie spodziewałam się, że pierwsza powieść Kinga zrobi na mnie takie wrażenie i wzbudzi tyle emocji. Okazało się jednak, że stosunkowo krótka historia o przemocy psychicznej niesamowicie mną zawładnęła, do tego stopnia, że bez większych starań przymknęłam oczy na pisarskie niedostatki debiutanta, a nastęnie w jeden weekend obejrzałam aż trzy ekranizacje tego tytułu, by porównać interpretacje różnych twórców. Było warto! [Link do artykułu]

„Czerwone koszule”, John Scalzi

Zwiedziona okładką, spodziewałam się military science fiction, które niekoniecznie okaże się lekturą w moim typie ― ale że autor uznany, a gatunek nieznany, chciałam spróbować. Koniec końców otrzymałam opowieść zarazem komiczną, jak i refleksyjną, przyjemnie niestandardową, a jednocześnie nawiązującą do klasyki science fiction, ze Star Trekiem na czele. Przyjemne, nietypowe, polecam.

„Marsjanin”, Andy Weir

Pamiętam, że ze sporą rezerwą podchodziłam do autora, który musiał opublikować swoją powieść własnym sumptem, zanim jakieś wydawnictwo spojrzało na nią przychylnie. Nie pomagała też rosnąca popularność „Marsjanina”, która rzadko otacza powieści fantastyczne trafiające w mój gust. Na całe szczęście, dowcipna książka Weira okazała się przyjemną rozrywką ― i kanwą równie przyjemnej ekranizacji. [Link do recenzji]

„Pożądanie”, antologia

Lubię antologie Powergraphu, ale z uwagi na tematykę sugerowaną przez podtytuł zbioru ― antologia opowiadań miłosnych, zmysłowych, erotycznych i dziwnych ― niepokoiłam się, co tak właściwie znajdę w środku. Opowiadania erotyczne i okładka rodem z Greya czy inszego badziewia to ostatnie, na co miałabym ochotę w literaturze, ale najwidoczniej był to konieczny zabieg marketingowy, który z uwagi na dobrą zawartość można wydawnictwu wybaczyć. A w środku naprawdę warte uwagi teksty m.in. Anny Kańtoch, Jakuba Nowaka czy Szczepana Twardocha.

„Szczygieł”, Donna Tartt

Na „Szczygła” trafiłam trochę przypadkiem ― pokaźnych rozmiarów książka z intrygującą okładką i informacją o zdobyciu Pulitzera 2014 przyciągnęła mój wzrok na jakiejś wystawie. Rzadko czytam literaturę tak bardzo współczesną, która nie zalicza się do fantastyki, ale dla tej pozycji zdecydowanie warto było zrobić wyjątek. Dzieło Tartt to bildungsroman z elementami thrillera i, co najważniejsze, ogromną dawką emocji i ciekawych relacji między postaciami. Z łatwością mogłabym zaliczyć tę pozycję także do grona najlepszych książek, jakie przeczytałam w minionym roku. [Opowiadam o książce w podcaście MyszMasz]

TOP 5: Największe rozczarowania

2015ksiazki8

„Dracula”, Bram Stoker

To był rok, kiedy postanowiłam nadrobić hurtem klasykę grozy ― czyli oryginalne opowieści o Frankensteinie, Jekyllu i Hydzie oraz Draculi. I to właśnie ostatnia z wymienionych lektur okazała się dla mnie najbardziej rozczarowująca. Największym jej grzechem jest rozwlekłość i idący za tym brak napięcia, przy jednoczesnym bardzo pospiesznym zakończeniu. Próba czasu nie wypadła dla Stokera szczególnie pomyślnie, zwłaszcza na tle wciąż porywających Shelley i Stevensona. Aczkolwiek coś mi mówi, że to kwestia wyłącznie osobistych preferencji, więc nie bijcie, proszę.

„Gwiazdy jak pył”, Isaac Asimov

Bardzo lubię Asimova, w poprzednich latach zaczytywałam się serią o robotach i w żadnym momencie nie narzekałam na archaiczność niektórych rozwiązań fabularnych czy zestarzenie się pewnych tematów. Wręcz przeciwnie, cykl wcale nie stracił na aktualności. Zachęcona sięgnęłam więc po najwcześniejszą trylogię autora poświęconą Galaktycznemu Imperium ― i tak bardzo odbiłam się od pierwszego tomu, że wciąż nie wiem, czy przebrnę przez dwa kolejne.

„Kto zabrał mój ser?”, Spencer Johnson

Gdyby Paulo Coelho pisał poradniki biznesowe, to napisałby „Kto zabrał mój ser?”. Alegoryczna opowieść o zmianach, w której występują myszy i ser ― brzmiało nieźle. Okazało się tragiczne, a każda z około osiemdziesięciu stron lektury była istną drogą przez mękę. I pomyśleć, że książkę znalazłam na jakiejś topliście pozycji związanych z zarządzaniem ludźmi… Mam nadzieję, że nikt nie weźmie sobie tego do serca, bo nie chciałabym spotkać na swojej drodze zawodowej wyznawcy historii o myszach w labiryncie.

„Morski trakt”, Ursula K. Le Guin

Zbiór opowiadań Ursuli K. Le Guin niemający nic wspólnego z fantastyką okazał się koszmarnie nudny i utwierdził mnie w przekonaniu, że ani opowiadania, ani historie o zwykłych ludziach nie są moim literackim konikiem. Choć książkę czytałam w lutym, to z pamięci wyparłam absolutnie wszystko, co dotyczy treści, a we wspomnieniach pozostało jedynie poczucie bezbrzeżnej nudy. Nie polecam, nawet jeśli traficie na tę pozycję w taniej książce.

„Ucząc psa czytać”, Jonathan Carroll

Uwielbiam Jonathana Carrolla od lat, ale jego ostatnia nowela (98 stron wydanych samodzielnie, poważnie!) zupełnie się nie udała. Co prawda znalazło się w niej kilka elementów, za które wszyscy fani kochają autora, jak choćby okruchy realizmu magicznego czy uroczy pies, ale całość nie miała ani ciekawej myśli przewodniej, ani nowatorskiej formy, ani zadowalającej długości. Zdecydowanie lepszym zabiegiem byłoby umieszczenie tego tekstu w kolejnym zbiorze opowiadań autora.

TOP 5: Najlepsze z najlepszych

2015ksiazki9

„Ciemny Eden”, Chris Beckett

Jedyna pozycja z Uczty Wyobraźni, jaką przeczytałam w tym roku (jaki straszny wstyd!). Na całe szczęście, godna uwagi, a do gustu powinna przypaść także tym osobom, które nie przepadają za najdziwniejszymi powieściami z tej serii wydawniczej. „Ciemny Eden” to opowieść o ludzie zamieszkującym obcą, nieprzyjazną planetę, skoncentrowana na podróży poznawczej młodego bohatera i przemyśleniach orbitujących wokół tematu nowe kontra stare, tradycja kontra postęp. Polecam, nie tylko zagorzałym fanom UW.

„Dzienniki gwiazdowe” & „Kongres futurologiczny”, Stanisław Lem

Jeśli w danym roku czytam cokolwiek napisanego przez Stanisława Lema, to jest to gwarancja, że ta pozycja znajdzie się potem w podsumowaniu roku wśród najlepszych tytułów. Tak było z „Bajkami robotów” i „Cyberiadą”, tak było z „Solaris”, a w tym roku tak jest z przygodami Ijona Tichy’ego, kosmicznego podróżnika, który oprowadzi nas po fantastycznych i częstokroć niezwykle dowcipnych pomysłach autora. Plan na 2016 ― koniecznie sięgnąć po kolejne dzieła Lema.

„Misery”, Stephen King

Jaka to była fantastyczna książka! Trzymająca w napięciu, budząca bardzo wiele emocji ― niekoniecznie tych łatwych, ale z całą pewnością tych, które na długo pozostają w pamięci. „Misery” utwierdziło mnie także w przekonaniu, że powinnam czytać więcej Kinga (i może nawet kiedyś dotrę do tych jego książek, które od lat kurzą się na regale). Jeśli miałabym wskazać jakieś osobiste literackie odkrycie roku, to byłby to właśnie King, do którego wcześniej podchodziłam z nieuzasadnioną rezerwą. [Link do artykułu]

„Ms. Marvel Vol. 2: Generation Why”, G. Willow Wilson

Jak dobrze wiecie, uwielbiam „Ms. Marvel” i z zachwytem pochłaniam kolejne zeszyty opowiadające o przygodach tej superbohaterki. Spośród trzech tomów, które czytałam w tym roku (2, 3, 4), moim zdecydowanym faworytem był tom drugi, w którym Kamala Khan mierzy się z wielką papugą i rozmyśla nad losami pokolenia Y. Za oprawę graficzną odpowiadają mój ulubieniec ― Adrian Alphona ― oraz całkiem niezgorszy Jacob Wyatt. Ach, no i to w tym tomie Miss Marvel poznaje Wolverine’a ― nie można tego przegapić! [Link do recenzji]

„Zabić drozda”, Harper Lee

Najlepsza powieść, jaką przeczytałam w 2015 roku ― ale jeśli mieliście okazję ją czytać, to pewnie nie dziwi Was ten werdykt. Powieść Harper Lee to poruszająca, wzruszająca i dająca do myślenia lektura, przywiązująca czytelnika do bohaterów i utrzymująca fabularne napięcie. Jeśli mielibyście po tym wpisie dać szansę jednej pozycji, którą polecam, to niech to będzie właśnie książka Harper Lee. Równocześnie ― po pierwotny zarys powieści, wydany w tym roku po dekadach leżenia w szufladzie pod tytułem „Idź, postaw wartownika”, raczej nie warto sięgać.

***

I tak właśnie wyglądał mój czytelniczy rok 2015. Jak podsumować go kilkoma słowami? Nadrobiłam trochę wstydliwych zaległości, poznałam kilka świetnych tytułów, regularnie staram się czytać komiksy, kupuję więcej, niż daję radę przyswajać. W 2016 chciałabym kupować mniej treści papierowych, których już naprawdę nie mam gdzie trzymać, a więcej elektronicznych. Jak pokazal mi ten rok ― i tak najwięcej czytam w drodze, a stosunek ebooków do papieru wśród lektur wyniósł 56% do 44%. Dobrze by też było przeczytać trochę pozycji, które odkładam już zdecydowanie zbyt długo. Ale co najważniejsze ― po prostu czytać! A jeśli będzie wśród nich dużo dobrych tytułów, to już w ogóle nie będzie na co narzekać. :)

„Ms. Marvel Vol. 3: Crashed”, G. Willow Wilson, Takeshi Miyazawa, Elmo Bondoc

msm3coverDwukrotnie już czytaliście moje zachwyty dotyczące „Ms. Marvel” (o tutaj: tom 1, tom 2). Pora więc na nieco mniej przesyconą entuzjazmem opinię, poświęconą trzeciemu albumowi, „Crashed”. Składa się na niego pięć zeszytów ― numery od 12. do 15. serii „Ms. Marvel” oraz zeszyt numer 2. „S.H.I.E.L.D.”, w którym gościnnie pojawia się Kamala Khan. Wspominam o tym szczegółowo z tej prostej przyczyny, że kompozycja tego tomu to niestety jedna z jego największych wad. [W tekście niewielkie spoilery].

Zaczynamy od jednostrzałowej historii okolicznościowej, walentynkowego numeru „Loki in Love” z rysunkami Elmo Bondoca. Bóg psot, który (przynajmniej chwilowo) gra po stronie tych dobrych, ku swemu niezadowoleniu zostaje zesłany do Midgardu ― wprost do New Jersey, na które Asgardczycy zwrócili uwagę na skutek wydarzeń opisanych w poprzednim tomie „Ms. Marvel”. Tymczasem Bruno chciałby zaprosić Kamalę na szkolny bal zorganizowany z okazji dnia zakochanych, ale nie jest to takie proste ― po pierwsze, dziewczyna raczej nie podziela jego afektu, a po drugie, i tak nie ma szans, by surowi rodzice Miss Marvel zgodzili się na jej udział w zabawie.

Zeszyt ten służy za przerywnik między dwiema bardziej złożonymi historiami. Kamala tym razem nie mierzy się z przeciwnikiem, a z typowymi dla nastolęctwa emocjami, zaś Loki ― jak to Loki ― jest przede wszystkim po swojej stronie i sieje zamęt. Historyjce trudno odmówić lekkości czy humoru, nie wyróżnia się ona jednak w żaden sposób, nie rozwija postaci głównej bohaterki, nie posuwa do przodu linii fabularnej serii. Z ust Laufeysona dowiadujemy się zaś, że przyjaciele z liceum zostają z nami na całe życie, co po raz pierwszy podczas lektury tej serii komiksowej wzbudziło we mnie lekki cynizm i chęć skwitowania „Tak, tak sobie wmawiajcie, póki możecie”. Ot, numer sprawia wrażenie walentynkowej zapchajdziury.

msm13

Rysunki Bondoca stylizowane są na nieco niedbałe, tła pozbawione szczegółów, pozy i gesty nieco przesadzone. Czasami wypada to naprawdę dobrze, czasami ― nie do końca atrakcyjnie. Z rysowników obecnych w tym tomie jest jednak moim faworytem, a jego praca dobrze oddaje ducha całej serii, pasuje do klimatu znanego z poprzednich tomów. Do tego mamy Lokiego w wersji hipster-wiking, kupuję to. Choć dla równowagi muszę też nadmienić, że zdarzają się Bondocowi kadry, na których Kamala wygląda jak ciemnowłosa Smerfetka. Ale to jeszcze nie pora na narzekania ― poczekajcie do kolejnych opinii o rysownikach.

Po krótkiej wizycie Lokiego rozpoczynamy nowy story arc, rozpisany na kolejne trzy zeszyty. Minęło kilka tygodni od starcia z Inventorem, Kamala intensywnie trenuje w mieście New Attilan pod okiem Inhumans. Ale cięższe zmagania i tak czekają na nią w domu rodzinnym ― z wizytą przyjeżdżają najbliżsi przyjaciele rodziców Kamali wraz z synem Kamranem, bystrym młodzieńcem, dla którego nasza heroina od razu traci głowę. Powraca także poruszony w poprzednim zeszycie wątek nieodwzajemnionego uczucia Bruno. Jak więc można się spodziewać, te kilka numerów uderza nieco w romansowe tony ― ale robi to w uroczy, zabawny sposób, jeśli więc macie w sobie choć trochę wewnętrznej nastolatki (ja mam!), to powinno się Wam spodobać.

msm14

Oczywiście Kamala to wciąż Miss Marvel, pojawia się więc nowe zagrożenie ― i jest nim grupa innych osób dotkniętych efektami Terrigen Mist. A jak wiadomo czytelnikom innych komiksów Marvela czy też widzom śledzącym na bieżąco seriale należące do MCU ― nie wszyscy Inhumans są przyjaźnie nastawieni do świata. Część z nich woli wykorzystywać swoje moce w niecnych celach, pragnie wprowadzenia nowego porządku, w którym to oni zostaną grupą uprzywilejowaną. Bohaterka będzie więc rozmyślać o swoich mocach oraz ich wykorzystywaniu, ale nikogo raczej nie zaskoczy fakt, po czyjej stronie opowie się w tym sporze.

To, co przede wszystkim podoba mi się w tych numerach, to silny charakter Kamali, która ― nawet gdy serce mówi co innego ― pozostaje rozsądna i trzeźwo myśląca, zdecydowana, trzymająca się własnych zasad. Mimo niezwykłych mocy nie czuje się lepsza, nie chce dla siebie wyjątkowych uprawnień. Dodatkowo nie daje się swoim wrogom zastraszyć, nie poddaje się ich podłej manipulacji, będącej typowym „victim blaming” ― sama tego chciałaś, możesz teraz winić tylko siebie, i tak nikt ci uwierzy. Po krótkich wątpliwościach Miss Marvel dochodzi do jedynego słusznego wniosku, uczy się odrzucać poczucie wstydu i winy. Zaczyna także rozumieć, że nie może brać na siebie odpowiedzialności za decyzje i postępki innych Inhumans.

msm16

Za stronę wizualną tego story arcu odpowiada Takeshi Miyazawa. Mam pewien problem z tym rysownikiem; jego kreska mi się podoba, ale sama postać Kamali wygląda po prostu jak nie ona. Zdecydowanie nie widzę w niej tej Miss Marvel, którą pokochałam na kadrach Adriana Alphony. Spójrzcie choćby na jej nos na niektórych kadrach ― to zdecydowanie nie jest ten sam nos! Podobnie sylwetka czy mimika; jedynie w uproszczonych ujęciach z oddali Kamala prezentuje się tak, w pierwszym tomie. A do tego największy grzech ― i to może być najdziwniejszy zarzut wobec rysownika, jaki przeczytacie, ale muszę to z siebie wyrzucić ― jego ramki są takie równiutkie! To uporządkowanie tak bardzo nie pasuje do chaotycznych, kojarzących się z przypadkowymi bazgrołami nastolatki kadrami z pierwszego albumu. Jak dobrze, że w czwartym tomie wróci Alphona!

Choć mogłoby się wydawać, że nieco narzekam na trzeci album przygód „Ms. Marvel”, to do tego momentu przy lekturze bawiłam się naprawdę dobrze. A potem dotarłam do zakończenia tomu ― czyli drugiego numeru serii „S.H.I.E.L.D.”, napisanego przez Marka Waida i narysowanego przez Humberto Ramosa. Głównymi bohaterami są znani z serialu ABC agent Phil Coulson i ksenobiolog Jemma Simmons, którzy na kolejną misję trafiają do liceum Kamali Khan. W samej fabule nie ma niestety ani na tyle dużo sensu, uroku czy humoru, by się jakkolwiek broniła ― ot, generyczna sprawa, niczym jednostrzałowy odcinek z czasów, gdy serial „Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D.” był w najgorszej formie. Broni się jedynie króciutka rozmowa między Kamalą a agentką Simmons dotycząca prowadzenia sekretnej działalności w tajemnicy przed najbliższymi. Czyli jedna strona.

msm15

Rysunki Ramosa są… eufemistycznie rzecz ujmując, absolutnie nie w moim guście. Kamala wygląda jak napompowana lala (pozostałe postaci cierpią zresztą na to samo, więc nie jest to chyba kwestia niechęci rysownika do Miss Marvel), a dłonie bohaterów sprawiają wrażenie, jakby ktoś kiedyś połamał im wszystkie palce. Wielkie głowy, wielkie oczy, usta jak u karpia, nogi i talie jak patyki… Mam wrażenie, że Ramos całe życie chciał rysować mangę, ale przez przypadek trafił do komiksu amerykańskiego i teraz bardzo cierpi. Ja też cierpię, bo oprawa graficzna tego zeszytu nie tylko nie ma nic wspólnego z wcześniejszą stylistyką „Ms. Marvel” ― niezależnie od tego, kto ją rysował ― to w dodatku jest po prostu brzydka.

Jak więc można wnosić z moich utyskiwań, największą wadą trzeciego tomu jest kompozycyjna sklejka trzech historii i rysownicy, którzy niekoniecznie czują klimat serii (okay, głównie zawinił Ramos; po ujrzeniu jego wyczynów wzrósł mi gwałtownie poziom czepliwości). Oczywiście absolutnie nie chcę przez to powiedzieć, że „Ms. Marvel” to nagle słaby komiks ― bynajmniej, to wciąż moja najukochańsza marvelowa seria (co jest o tyle proste, że niewiele ich czytałam). Po prostu nie jest już tak doskonały, jak w pierwszym i drugim tomie, mniej tu także głębszych treści i ciekawszych przemyśleń, te obecne są jedynie w środkowej części. W całym albumie nie brakuje za to typowego dla serii humoru, a Kamala wciąż pozostaje uroczo nieporadna i zaraźliwie idealistyczna. Zobaczymy więc, jak w takim razie zareaguje na nadchodzący koniec świata… Opinia o tomie czwartym już niebawem!

msm17

W piwnicy mego domu — „Misery”, Stephen King oraz „Kolekcjoner”, John Fowles

Przed Wami wpis eksperymentalny, w którym postanowiłam spróbować zestawić ze sobą dwie książki o wspólnym motywie przewodnim. Tekst nie zawiera spoilerów, tak więc możecie go czytać znając obywa utwory, tylko jeden z nich, albo i nie znając żadnego. Nie są to jednak recenzje, raczej quasi-analizy.

***

Jest niedobrze. Próbowałem spać przez ostatnie pół godziny i nie mogłem. Pisanie tu działa jak jakiś narkotyk. To jedyne, czego oczekuję. Tego popołudnia czytałem to, co napisałem… I to wydawało mi się żywe. Wiem, że wydaje się żywe, bo moja wyobraźnia uzupełnia to drobiazgami, których inna osoba nie potrafiłaby zrozumieć. Chciałem powiedzieć, że to próżność. Ale to wygląda również jak jakieś czary… A ja po prostu nie mogę żyć w tej teraźniejszości. Oszalałbym, gdybym w niej żył.

Fragment „Kolekcjonera” Johna Fowlesa, a zarazem cytat poprzedzający trzecią część „Misery” Stephena Kinga

Jak opowiadać o porwaniach, przetrzymywaniu swojej ofiary i psychicznym terrorze? Jak wywołać w odbiorcy określone emocje? Usprawiedliwiać jakkolwiek porywacza i gnębiciela, zastanawiać się, co stoi za nieludzkim czynem, czy może skupić się wyłącznie na myślach i przeżyciach porwanego bądź porwanej? Smucić czy przerażać? Zostawiać czytelnika z nadzieją, że po takim doświadczeniu można się jeszcze otrząsnąć i wrócić do normalnego życia? John Folwes i Stephen King ukazali w swoich powieściach zbliżony motyw na dwa odmienne sposoby, zarówno jeśli chodzi o formę opowieści, jak i — przede wszystkim — ładunek emocjonalny.

Misery, Stephen KingDla współczesnego czytelnika pewnikiem tą bardziej znaną pozycją z obydwu wyżej wymienionych jest „Misery” Kinga. To historia bestsellerowego pisarza, Paula Sheldona, który po wypadku samochodowym na zaśnieżonej górskiej drodze budzi się w domu pielęgniarki Annie Wilkes ― jak się okazuje, wielkiej miłośniczki jego prozy. Początkowo kobieta zdaje się tylko troszczyć o jego zdrowie, ale z każdym upływającym dniem coraz wyraźniejsze widać, że coś tu nie gra, a wybawicielka jest w rzeczywistości osobą niestabilną i nieprzewidywalną, gotową posunąć się do największych potworności, byle tylko zmusić Paula do napisania kolejnej powieści z jej ulubionego cyklu romansów.

Nawet jeśli rys fabularny nie robi na Was kolosalnego wrażenia, uwierzcie mi na słowo ― „Misery” to najstraszniejsza książka, jaką miałam okazję do tej pory czytać. Możliwe, że zdobycie tego tytułu przyszło powieści o tyle prosto, że tak właściwie nie czytuję horrorów, a i po thrillery sięgam niezwykle rzadko. Okazuje się, że było to sporym niedopatrzeniem ― o ile bowiem tego typu lektury nie są może stylistyczną ucztą, to pod względem budzenia emocji radzą sobie świetnie. Do tej pory książki dostarczały mi głównie refleksji, smutku, rozbawienia lub złości. Teraz poznałam przerażenie w najczystszej postaci, ale nie tę jego odsłonę, która towarzyszy mi przy oglądaniu horroru, gdy nie wiem, skąd nagle wyskoczy zabójca albo gdy niepokojąca muzyka zaczyna uprzedzać widza o tym, że zaraz niechybnie wydarzy się coś złego. Nie, w przypadku „Misery” był to strach połączony z bezsilnością, poczuciem niegodziwości i niesprawiedliwości, doprawiony bezmiarem ludzkiego okrucieństwa i szaleństwa. Mieszanka, która mimowolnie wyciska łzy z oczu, i nie jest to szloch towarzyszący zwyczajnym wzruszeniom czy smutkom podczas obcowania z kulturą. To było zupełnie nowe doznanie.

„Misery” udaje się ta sztuka bez wpuszczania czytelnika do psychiki psychopaty. Powieść przekazuje jedynie perspektywę ofiary, w dodatku nie w ujęciu bezpośrednim, a wykorzystując wszechwiedzącego narratora trzecioosobowego. Taka decyzja pisarska nie umniejsza wcale możliwości współodczuwania z gnębionym i torturowanym Paulem, wręcz przeciwnie. King nie oszczędza czytelnika, doskonale wie, jaki efekt chce osiągnąć ― i czyni to w mistrzowski sposób. Mając porównanie między jego debiutem, „Carrie”, a opublikowaną trzynaście lat później „Misery”, nie mogę nie zauważyć, jak bardzo ewoluował warsztat pisarza, w tym umiejętność odciśnięcia emocjonalnego piętna na psychice odbiorcy. Są w tej książce sceny, które, zaręczam, będziecie wspominać do końca życia.

Na marginesie nadmienię, jak wielkim rozczarowaniem pod tym względem okazała się dla mnie ekranizacja z 1990 roku. Absolutnie nie przeszkadzałyby mi w niej fabularne rozbieżności czy odmienna kompozycja, dostosowana do innego medium. Gdyby tylko jeden aspekt nie zawiódł ― przekaz emocjonalny. Film Roba Reinera nie ma w sobie nawet połowy tego ładunku, którym w odbiorcę uderza książka; oczywiście, w kilku scenach pojawia się napięcie, ale ani terror psychiczny, jakiemu poddawany był protagonista, ani groza postaci Annie Wilkes, ani wreszcie sceny fizycznego znęcania ― nie zbliżają się nawet do tego, co na kartach powieści udało się osiągnąć Stephenowi Kingowi. Choć oscarowa rola Kathy Bates jest oczywiście dobra, to nie dorasta niestety do obrazu Annie wykreowanego w mojej głowie na podstawie tekstu Kinga.

King, tworząc „Misery”, zdawał sobie oczywiście sprawę z istnienia „Kolekcjonera” Folwesa i uraczył wtajemniczonych następującym smaczkiem — w jednej scenie Paul Sheldon, zastanawia się, czy w bogatej biblioteczce jego oprawczyni znalazłaby się książka brytyjskiego literata: „Paul kiedyś zastanawiał się sarkastycznie, czy miała na półce pierwszą powieść Johna Fowlesa, ale uznał, że lepiej o to nie pytać”. Słynny utwór, opublikowany w 1963 roku, to historia hobbystycznego zbieracza motyli Fredericka Clegga, owładniętego obsesją na punkcie rudowłosej Mirandy. Początkowo czytelnik może być skłonny współczuć nieśmiałemu, samotnemu mężczyźnie, który ma odwagę jedynie z daleka obserwować ukochaną i snuć na jej temat coraz bardziej niebezpieczne fantazje. Gdy jednak pewnego dnia wygrywa pieniądze na loterii, postanawia zainwestować sporą sumę w możliwość zrealizowania chorych pragnień.

Kolekcjoner, John Fowles„Kolekcjoner” Johna Fowlesa decyduje się na inną perspektywę i inaczej rozkłada akcenty, ale gdy pochylić się głębiej nad sylwetką antagonisty, to jego bezduszność i wyzbycie się emocji mogą okazać się równie przerażające, co napady furii pielęgniarki Wilkes. U Fowlesa mamy więc porywacza-socjopatę, u Kinga — porywaczkę-psychopatkę. Jedno i drugie jest oczywiście koszmarem dla ofiary, ale o ile w stosunku do postaci Wilkes czujemy wściekłość czy nienawiść, to Cleggowi potrafimy, przynajmniej w niektórych scenach, współczuć. To jeden z powodów, dla których nigdy nie przyszłoby mi na myśl, by opatrzeć debiut brytyjskiego pisarza etykietką horror; to raczej dramat, nie tylko przyglądający się porywaczowi i jego ofierze, lecz także podejmujący przy okazji kilka innych tematów, wśród których na pierwszy plan wysuwa się sztuka — jej definiowanie i odbiór — oraz nierówność klasowa w Wielkiej Brytanii lat 60.

Ciekawa jest też kompozycja. Pierwsza część książki ukazuje wydarzenia oczyma Fredericka Clegga, pozwala czytelnikowi wniknąć w zakamarki jego umysłu, poznać motywacje i kręty sposób wyciągania wniosków. To fascynująca lektura, tak jak fascynująca jest osobowość porywacza. Nie krzywdzi on swojej ofiary w żaden oczywisty sposób ― nie torturuje, nie molestuje, nie rani fizycznie. W, jak na porwanie, przyzwoitych warunkach, po prostu więzi dziewczynę, która stanowi dla niego niedościgniony ideał. Jego miłość jest bardziej wyidealizowana niż rzeczywista, a jego pragnieniem jest tak naprawdę posiadanie osoby, która żyje tylko w jego wyobraźni. Prawdziwa Miranda szybko zaczyna od tych wyobrażeń odbiegać, do tego stopnia, że pod koniec powieści napawa porywacza przede wszystkim obrzydzeniem. Ten okaz ― upatrzony niczym rzadki motyl ― okazuje się w ostatecznym rozrachunku zbyt ludzki.

Druga część to z kolei pamiętnik autorstwa porwanej, Mirandy. Po dwukrotnej lekturze powieści utwierdzam się w przekonaniu, że dziennika Mirandy po prostu nie lubię ― jej dygresji, rozważań, charakteru. Nie podoba mi się także sama koncepcja kompozycyjna, wydarzenia opisane z perspektywy Mirandy wydają się redundantne, a sama bohaterka ― irytująca. Pozbawiona jej perspektywy książka nie tylko broniłaby się jako kompletny utwór, ale wzbudzałaby wręcz więcej emocji; zdecydowanie łatwiej współczuć Mirandzie, kiedy nie zna się jej zbyt dobrze, a jedynie spogląda na nią oczami zaślepionego Clegga.

Ekranizacja z kolei… Jest specyficzna. Na początku zdaje się dość zmanierowana i w trakcie seansu czułam się, jakbym znów oglądała „Frankensteina” z 1931 roku. Ta nadekspresyjna mimika, zbliżenia kamery, przeciągnięte pozy; ta przesadzona muzyka, momentami zupełnie niepasująca do tego, co widzimy na ekranie. Z każdą minutą film robi się jednak coraz lepszy, a wcielający się w główną rolę Terence Stamp bardzo dobrze zgrał się z moim wyobrażeniem Fredericka Clegga. Dobrze ukazano relację między porywaczem a ofiarą, jak i naturę obydwojga. Adaptacja o tyle też przypadła mi do gustu, że znacznie mniej eksponuje postać Mirandy i nie poświęca czasu jej przeszłości, co do głównej linii fabularnej i tak niewiele wnosi.

Choć motyw osoby uprowadzonej przetrzymywanej przez porywacza łączy utwory Kinga i Fowlesa, obaj pisarze wykorzystują trop do zupełnie innych celów, co innego pragną przekazać, inny efekt wywołać. King straszy i sieje emocjonalne spustoszenie, a Annie Wilkes to przerażająca figura na miarę Wielkiej Oddziałowej z „Lotu nad kukułczym gniazdem”. Z kolei u Fowlesa czytelnik z czasem zaczyna, podobnie jak ofiara, współczuć Cleggowi owładniętemu obsesją i nieprzystosowanemu społecznie. Brytyjski autor bierze pod lupę naturę ludzką, ukazując jej różne aspekty, w tym oczywiście te mroczne, które u większości jednostek pozostają zawsze jedynie w sferze skrywanych fantazji (tak samo zresztą zaczyna Frederick, wmawiając sobie podczas przygotowań do porwania, że nigdy nie wcieli swoich myśli w życie). To postać przede wszystkim tragiczna.

Z czym chcę Was pozostawić po tym tekście? Przede wszystkim z myślą, że zarówno psychopaci, jak i socjopaci są szalenie fascynujący jako figury literackie i można ukazywać ich w różnym świetle. Jeśli nie mieliście jeszcze okazji, polecam lekturę obydwu powieści, które zainspirowały mnie do tych piwnicznych rozważań. Filmy możecie potraktować jedynie jako uzupełnienie, czyjąś interpretację, wywierającą jednak w obydwu przypadkach znacznie mniejsze wrażenie niż ich pierwowzory (przy czym w przypadku „Misery” ten rozdźwięk jest wyraźniejszy). A zatem ― do książek, a piwnice omijajcie szerokim łukiem.

PS Jeśli wierzyć Wikipedii, powieść „Kolekcjoner” była inspiracją dla kilku seryjnych morderców i porywaczy. Dobra robota, panie Fowles. ;)

Cztery oblicza Carrie

PROLOG

Przeczytałam książkę. A potem obejrzałam trzy adaptacje. A potem zaczęłam pisać i pisać (tak to jest, jak się dorwę do klawiatury po takiej przerwie!). Jedno małe zastrzeżenie — to nie są recenzje. Jasne, sporo tu elementów recenzji, ale skupiam się przede wszystkim na moich odczuciach (gdyż powieść dość emocjonalnie odebrałam) i warstwie psychologicznej, a nie ocenie wszystkich możliwych elementów poszczególnych dzieł.

(Tekst nieco spoilerowy, ale „Carrie” jest już w popkulturze na tyle znana, że pewnie sporo osób kojarzy jej treść nawet bez czytania).

CZĘŚĆ I — „Carrie” Stephena Kinga

CarrieMoja relacja ze Stephenem Kingiem nie należy do tych szczególnie zażyłych. Zupełnym przypadkiem przeczytałam kiedyś „Dallas ’63”, całkiem usatysfakcjonowana lekturą kupiłam kilka kolejnych tytułów… i na tym się ta znajomość skończyła. Aż po kilku latach, ponownie — dość przypadkowo — przeczytałam „Carrie”. I choć ani na polu warsztatu, fabuły, konstrukcji postaci czy utrzymywania napięcia nie czuję się dogłębnie zachwycona tym pisarskim debiutem, to z pewnością nie zapomnę o tej powieści przez długi czas. Była przerażająca. I nie, zanim się oburzycie — absolutnie nie mam tu na myśli przerażenia, którego można by oczekiwać po horrorze, nieustającego poczucia zagrożenia, strachu przed niszczycielską siłą czy drżenia o los bohaterów. Mam na myśli przerażenie związane z przedstawieniem natury ludzkiej i przygnębiającym realizmem sedna opowieści.

Siedemnastoletnia Carrie White jest nękana przez rówieśników. Dziewczyna stanowi modelowy przykład kozła ofiarnego dla typowego grona młodzieży — nietowarzyska, małomówna, niemodnie ubrana, niedbająca o wygląd, niezorientowana w tematach podejmowanych przez rówieśników, w dodatku wychowywana przez samotną matkę, fanatyczkę religijną. Choć King nie pokazuje wielu scen znęcania się nad bohaterką, czytelnikowi wystarczy tak naprawdę jedna, pierwsza, by pojął obraz sytuacji. Od razu dostrzegamy bowiem to, że Carrie nie ma wśród innych uczniów żadnego sojusznika; ba, nawet osoby uważające się za przyzwoite i z natury dobre, siłą owczego pędu dołączają w końcu do prowodyrów kpin i żartów — pewnie dlatego, że Carrie jest aż za łatwym celem, wydaje się zbyt dziwna i zbyt groteskowa, by nawet te na ogół bardziej empatyczne jednostki nie przyłączyły się do festiwalu wyśmiewania. I to jest pierwszy z przerażających elementów. O ile z istnienia ludzi podłych każdy pewnie zdaje sobie sprawę, o tyle sytuacje, w których to te sympatyczne osoby dają się porwać tłuszczy i jak w amoku zaczynają się zachowywać w sposób karygodny, budzą mój lęk i chyba większą jeszcze odrazę. W końcu jak niewiele trzeba, by samemu pełnić w zamkniętej grupie funkcję takiej czarnej owcy, która przecież nikomu nigdy nie zrobiła nic złego, a jej jedynym przewinieniem jest odstawanie, a przez to budzenie u innych poczucia dyskomfortu czy zażenowania.

Kolejny motyw mocno wdzierający się w psychikę to relacja Carrie z matką, Margaret. Rzadko spotykam w literaturze postaci budzące we mnie aż tak skrajne poczucie niesprawiedliwości, swego rodzaju protest, że przecież jakim prawem ktoś może tak postępować (ostatnią taką postacią była chyba siostra Ratched z „Lotu nad kukułczym gniazdem” Keseya). I tak, oczywiście, to tylko fikcja, ale fikcja na tyle rzeczywista, że z łatwością wyobrażam sobie Margaret White z krwi i kości, wiele takich kobiet, które — gdzieś tu za ścianą, bliżej niż myślę — stosują w domu przemoc fizyczną i psychiczną z pełną swobodą, poczuciem przyzwolenia, a nawet przekonaniem, że oto postępują słusznie. Matka Carrie zna tylko język religijnego fanatyzmu, grzechu i diabła. Z nienawiścią podchodzi do wszelkich aspektów ludzkiej cielesności czy seksualności, a swój wstręt i złość przenosi także na córkę. Bije Carrie, zamyka na długie godziny w schowku, a także próbuje manipulacji psychicznej, w tym zachowań pasywno-agresywnych i samookaleczeń, za które oczywiście obwinia córkę. Toksyczność tej relacji nie słabnie nawet wtedy, gdy Carrie odkrywa swoje moce, wtedy jedynie dziewczyna może być górą dzięki swojej fizycznej przewadze. Jeśli by wskazywać osobę ponoszącą największą odpowiedzialność za tragedię Carrie, to byliby to nie inni uczniowie, nie władze szkoły, ale właśnie Margaret White.

Wreszcie trzecie przerażające ogniwo — Chris Hargensen. Pewnie większość z nas natknęła się w swoim życiu na tego typu człowieka, idącego przez życie z przekonaniem, że wszystko mu wolno, że jest ważniejszy od szarego tłumu, że to jego wola i kaprys o wszystkim decydują. Scena, w której ojciec Chris szantażem i manipulacją próbuje przekonać dyrektora szkoły, by w żaden sposób nie karał jego córki za skandaliczne zachowanie, uwiera równie mocno, a zarazem po części wyjaśnia, co kryje się za takim, a nie innym charakterem Christine. Egoistyczna, płytka, podła, całkowicie wyzuta z empatii; Chris prezentuje pozbawioną jakichkolwiek racjonalnych podstaw nienawiść, która od zawsze budzi we mnie lęk. Fakt, że takie osoby potrafią znacznie uprzykrzyć, albo i zniszczyć życie ludzi ze swojego otoczenia, uwiera emocjonalnie podczas lektury powieści.

Dla mnie „Carrie” to nie żaden horror, ale dramat psychologiczny, w którym telekinetyczne moce głównej bohaterki to zaledwie rekwizyt, efekciarskie wykończenie, środek użyty do hiperbolizacji i próby wywarcia większego wrażenia na czytelniku. Tak naprawdę Carrie nie musiała nikogo zabijać, wykorzystując nadnaturalne możliwości. Zamiast efektownego pożaru — mogliśmy mieć szkolną strzelaninę, nie tak przecież daleką od tego, o czym czasem można usłyszeć w mediach. Oczywiście nie jest to zarzut kierowany do Stephena Kinga, który zamiast broni wybrał niszczenie instalacji elektrycznej czy przewracanie słupów wysokiego napięcia, to jedynie tłumaczenie, czemu postrzegam tę powieść jako realistyczną, tyle że w fantastycznym sztafażu. To jedna z tych książek, które zostają gdzieś na dłużej, mimo że nie jest to proza wybitna.

CZĘŚĆ II — „Carrie” Briana De Palmy (1976)

carrie2„Carrie” wydawała mi się pozycją stosunkowo łatwą do zekranizowania, najprawdopodobniej z uwagi na obecność kilku scen ― takich jak scena pod prysznicem czy scena na balu ― które wydają się wręcz stworzone do przeniesienia na filmową kliszę. Okazuje się jednak, że bez opisu emocji i uczuć zarówno protagonistki, jak i pozostałych bohaterów, ekranizacje wiele tracą; nie potrafią w pełni przekazać tego ładunku, który mamy u Kinga, a równocześnie nie zawsze oferują cokolwiek w zamian, czym rekompensowałyby zmianę medium.

Najlepiej poradził sobie mimo wszystko Brian De Palma, reżyser pierwszej ekranizacji, powstałej w zaledwie dwa lata po publikacji powieści. Od pierwszych scen jego „Carrie” uderza w horrorowe tony, sposób kręcenia scen telepatii i charakterystyczne, skrzypiące dźwięki towarzyszące tym nadnaturalnym zjawiskom nie pozostawiają żadnych wątpliwości, że mamy się bać i czekać w napięciu na to, co będzie dalej. I wychodzi to całkiem dobrze; całość jest przynajmniej dość spójna klimatycznie. Nadekspresyjna, demoniczna wręcz Margaret (Piper Laurie, budząca największą grozę spośród filmowych wcieleń tej postaci) oraz dziwna, niepokojąca Carrie (Sissy Spacek, zdecydowanie najlepsza w roli Carrie spośród dotychczasowych odtwórczyń, mimo że tak daleka od książkowego opisu; aż trudno uwierzyć, że pierwotnie Spacek miała grać Chris!) wpisują się w koncepcję całości. Nawet zmienione zakończenie da się wytłumaczyć wyborem takiego, a nie innego kierunku przez reżysera, choć mnie raczej rozczarowało i poczułam się, jakby ktoś na ostatnie trzy minuty przełączył na „Koszmar z ulicy Wiązów”.

O ile scenariusz jest dyskusyjny, a modyfikacje wprowadzone do treści książki — nie zawsze sensowne (fakt, że Carrie nie niszczy miasteczka, jest niezrozumiałą decyzją z fabularnego punktu widzenia, zaważyły jednak względy finansowe), to samej realizacji trudno cokolwiek zarzucić. Jest dobrze nakręcona, z dobrą muzyką i wiarygodnymi bohaterami. Co najważniejsze — potrafi budzić podobne emocje, co książka, zwłaszcza sceny z Margaret White, choć mimo wszystko nie aż tak silne. Za jej największą wadę uznałabym więc fakt, że — oczywiście nie z własnej winy — narzuciła ton kolejnym ekranizacjom, które, zamiast interpretować książkę na nowo, robiły raz jeszcze to samo, co zrobił De Palma — tyle że słabiej.

CZĘŚĆ III — „Carrie” Davida Carsona (2002)

carrie3Tak na marginesie, dziwi mnie, że ta dość krótka, napisana nie tak dawno temu przecież powieść, doczekała się już aż trzech adaptacji. Taka atencja ze strony kinematografii spotyka raczej utwory zaliczane do kanonu literatury, sztuki Szekspira czy powieści Dickensa. Tymczasem kolejna ekranizacja „Carrie” to film telewizyjny zrealizowany przez stację NBC, pomyślany jako backdoor pilot serialu, który ostatecznie nigdy nie powstał. I całe szczęście. Jeśli nie podobało mi się zbyt horrorowe zakończenie w wersji De Palmy, to o finale w scenariuszu Bryana Fullera (tak, tego Fullera od „Hannibala” i „Pushing Daisies”) nie umiem powiedzieć absolutnie nic dobrego.

Gdyby szukać pozytywów ekranizacji Carsona, to trzeba jej przyznać, że — pomijając wspomniane zakończenie — usiłuje być nieco bardziej wierna książce. Twórcy próbowali nawet oddać niechronologiczną strukturę narracyjną Kinga, dodali retrospekcje i futurospekcje oraz inne punkty widzenia. Ciekawie też wypada relacja Carrie i Margaret, ich dynamika jest odmienna; matka, grana tu przez Patricię Clarkson, nie jest już tak dominująca, często widać jej absolutne przerażenie mocami córki; Carrie (Angela Bettis) stała się zaś mniej uległa i bardziej zdecydowana, by postawić na swoim. Film ukazuje też niektóre z opisywanych w książce oznak buntu, w tym te, które nie wynikają wcale z nowo odkrytych mocy, a rodziły się już wcześniej.

Niestety, o ile Clarkson jest bardzo dobra, a Bettis do przełknięcia, to cała reszta aktorów wypada fatalnie. Całość produkcji wydaje się niestety strasznie tandetna i niskobudżetowa, źle nakręcona, często też źle zmontowana, z niepasującą muzyką i groteskowymi, przesadzonymi scenami ukazującymi moce Carrie. Nie ma tu absolutnie żadnego napięcia i żadnego klimatu; kiedy ma być strasznie — często jest śmiesznie. Kiedy nie ma być strasznie — jest nudno. Chris i Billy są całkowicie pozbawieni charyzmy, Sue Snell ma bardzo niespójny charakter, a Tommy był tak nijaki, że po trzech godzinach, które minęły od seansu, nawet nie potrafię sobie przypomnieć, jak wyglądał.

Na koniec trzeba jednak pochwalić wersję telewizyjną za jedno ujęcie, bardzo książkowe, które jednak nie znalazło się w żadnej innej ekranizacji. Mowa o śmierci matki Carrie, o tyle specyficznej, że dziewczyna dzięki swoim mocom zatrzymuje u rodzicielki akcję serca. Ta trudna scena, zarówno „od środka”, jaki i z zewnątrz, została bardzo ładnie przeniesiona na taśmę. Oczywiście rozumiem też wybór De Palmy, który „ukrzyżował” Margaret ostrymi nożami w futrynie, niemniej jednak preferuję w tym przypadku bardziej subtelne, a przy tym wierne Kingowi rozwiązanie. Poziom oddania emocji towarzyszących lekturze całościowo oceniam jako średni, ale doceniam starania filmowców.

CZĘŚĆ IV — „Carrie” Kimberly Peirce (2013)

carrie4Od niskobudżetowej „Carrie” Carsona, przy której jednak ktoś przynajmniej próbował wprowadzać jakieś zmiany, jeszcze słabiej wypada najnowsza wersja w reżyserii Kimberly Peirce, będąca po prostu bezczelną zrzynką z De Palmy, przeniesioną do współczesnych realiów (żeby uczniowie mogli nękać Carrie także na YouTubie; doprawdy, jakie to błyskotliwe…). Trudno mi zrozumieć, dlaczego w ogóle ktoś wpadł na to, by zrobić jeszcze raz to samo — tyle że gorzej. Mamy więc tak bardzo nie pasującą do roli Carrie Chloë Grace Moretz; i nie chodzi tylko o brak podobieństwa wizualnego, to można przełknąć (jak w przypadku Spacek). Chodzi o granie zupełnie zwyczajnej dziewczyny, która absolutnie nie ma w sobie ani wyalienowania, ani strachu w oczach, ani tej niepokojącej dziwności, a gdy idzie na bal i zaczyna uśmiechać się do rówieśników, nabieram poczucia, że oto oglądam jakąś komedię o nastolatkach i zaraz wszystko dobrze się skończy. Nieco ratują Moretz sceny szału i gniewu, w których czuje się o wiele lepiej; tu gra najbardziej okrutną Carrie ze wszystkich, z premedytacją wymierza każdą śmierć (w przeciwieństwie do np. Carrie AD 2002, zdającej się działać instynktownie i nieświadomie, w reakcji obronnej — co jest zresztą znacznie bliższe mojej interpretacji książki, niż wyrachowane okrucieństwo zaprezentowane w najnowszej ekranizacji).

Tu pewnie narażę się wielu — ale nie kupuję też Julianne Moore w roli Margaret. Jest zbyt łagodna, zbyt słaba, za mało wyrachowana, a podczas seansu… bardziej odczuwałam wobec tej postaci współczucie, że jest, jaka jest, niż złość. W dużej mierze pewnie dlatego, że Carrie w tej wersji zaskakująco dobrze radzi sobie z matczynym terrorem, co jest straszliwym wypaczeniem scenariuszowym. Równie wielkim jak wahająca się i wątpiąca Chris Hargensen, której daleko do książkowej antagonistki, targanej ślepą nienawiścią. Dużo bardziej psychopatyczną postacią jest w ekranizacji Billy Nolan, w tej wersji uczyniony pomysłodawcą okrutnego żartu podczas balu. Co jest całkowicie niewiarygodne. Jeśli mam pochwalić film Peirce za jakikolwiek wybór aktorski i prowadzenie bohatera, to będzie to obsadzenie w roli Tommy’ego debiutującego wówczas Ansela Elgorta.

By nie rozwodzić się dłużej nad tą ekranizacyjną katastrofą, dodam jeszcze, że Peirce kopiuje od De Palmy także sceny i dialogi, których w książce nie ma, a na domiar złego niekiedy potęguje je aż do granic absurdu. Pisałam już o finałowej konfrontacji Carrie i Margaret, kończącej się śmiercią tej drugiej, kiedy chwaliłam film Carsona. Cóż, Kimberly Peirce znowu zapożycza rozwiązanie od Briana De Palmy, ale usiłując pokazać „to samo, tylko bardziej”, popada w absurd i śmieszność, nadziewając matkę na tuzin noży i innych ostrych przedmiotów znajdujących się w domu. Jeśli ktoś jeszcze nie zaczął płakać ze śmiechu, to po tej scenie może śmiało zacząć (ew. podczas alternatywnego zakończenia, halucynacji Sue, znowuż bez polotu odgapionych z wersji z 1976). Może zabrzmi to drastycznie — ale to jeden z najbardziej niepotrzebnych filmów, jakie kiedykolwiek zdarzyło mi się widzieć. Poziom emocji: absolutne zero.

EPILOG

Po intensywnym tygodniu wypełnionym różnymi wersjami „Carrie” w głowie zostanie mi przede wszystkim książka (a także bolące od pisania nadgarstki oraz nauczka, by nie czekać kolejnych kilku lat na sięgnięcie po następną powieść Kinga). Jeśli więc macie tendencje, by empatyzować z tekstem kultury, a emocje i przeżycia potrafią sprawić, że przymykacie oczy na pewne niedostatki danego dzieła, koniecznie przeczytajcie powieść. Jeśli chodzi o ekranizacje — cóż, wersja De Palmy to już klasyka horroru, a mimo wielu rozbieżności w stosunku do prozy Kinga, film broni się jako autonomiczne, przemyślane i spójne klimatyczne dzieło. Pozostałe dwie adaptacje, o ile nie jesteście zapaleńcami i nie przyjdzie Wam do głowy, by pisać o nich długie notki, możecie sobie bez żalu odpuścić.

Strona 1 z 3312345...102030...Ostatnia »