Loading...
Literatura

Atlas dusz – „Atlas chmur”

Każdy mól książkowy prędzej czy później natknie się podczas swej literackiej wędrówki na publikację, którą pokocha od pierwszego wejrzenia. Zachwyci się stylem autora, pomysłami, fabułą, przesłaniem, konstrukcją, rytmem zdań, ba, nawet każdym słowem i każdym przecinkiem. Czytając, wciąż będzie sprawdzać, ile jeszcze stron pozostało — by żałować, że przewrócenie kolejnej kartki nieuchronnie przybliża go do końca lektury. Autora ochrzci zaś mianem geniusza pióra i rozpaczliwie chwyci się wszelkich sposobności, by jak najszybciej dostać w swe ręce inne jego dzieła. Taką właśnie powieścią, powieścią-arcydziełem i powieścią-objawieniem, stał się dla mnie „Atlas chmur” Davida Mitchella. Czy może raczej: sześć opowieści Davida Mitchella skomponowanych w zbiór „Atlas chmur”?

Książka swoją konstrukcją przypomina matrioszkę. Poznajemy początki pięciu opowieści, szóstą w całości, po czym w odwrotnej kolejności możemy przeczytać zakończenia poprzednich historii. Rzecz jasna, nie są one ułożone ani dobrane przypadkowo, połączenia między nimi zarysowane zostały zarówno w sposób bezpośredni, oczywisty, jak i ten mniej dosłowny, ideowy. Nie byłoby to zjawisko samo w sobie godne szczególnej uwagi, gdyby nie mistrzowska realizacja — żonglerka pisarskimi wcieleniami w wykonaniu Davida Mitchella, któremu niestraszna jest jakakolwiek literacka forma, a swoje stylistyczne maski dopracował do perfekcji.

Przedstawione historie są wyimkami z życia bohaterów, których łączy ze sobą fakt bycia tymi w mniejszości, tymi wytykanymi, tymi w opozycji. Ich myśli wybiegają poza czasy, w jakich żyją, a ich postawy wyraźnie odznaczają się na tle tego, co społecznie najpopularniejsze. Żaden z nich nie zmieni świata, o nie. Ten biegnie swoim torem, zdawałoby się — wytyczonym już na tyle dawno, że sprzeciw jednostki nie wpływa na niego w żadnym stopniu. Oczywiście, są w stanie czemuś zapobiec, coś opóźnić, ale jedynie w mikroskali. Niektórym wystarcza to, by podjąć walkę; inni w pewnym momencie poddadzą się przekonaniu o bezsensie własnych poczynań. Wszyscy są jednak „niewygodni” — zbyt postępowi, zbyt utalentowani, zbyt prawdomówni, zbyt starzy, zbyt odstający od normy. Zbyt odmienni.

Mitchell podejmuje gamę tematów dobrze znanych, nie tylko w literaturze. Adam Ewing snuje rozważania o uciśnionych mniejszościach etnicznych i wolności jednostki ludzkiej w połowie XIX wieku; rozważa, czy dominacja białego człowieka nad Indianami, Murzynami czy Aborygenami jest w istocie słuszna i uzasadniona. Robert Frobisher, wydziedziczony kompozytor, zmaga się z własną emocjonalnością i fałszywością świata, który go otacza; musi zdecydować, czy zaprzedanie własnego talentu w imię wygodnego życia opłaca się na dłuższą metę, czy może zamiast tego lepiej żyć na krawędzi, często na bakier z prawem — ale w zgodzie z duszą artysty. Luisa Rey to z kolei klasyczny przykład bojownika dążącego do prawdy za wszelką cenę, nawet tę najwyższą, stającego samotnie przeciwko wielkim korporacjom. Odwrotny wręcz charakter prezentuje Timothy Cavendish, pragnący w istocie jedynie wygodnego życia i mający wiele grzeszków na sumieniu. Trudno jednak nie kibicować mu, gdy staje do walki z absurdem realiów, jakie społeczeństwo przewidziało dla osoby starszej.

Powyżsi bohaterowie pochodzą z minionych epok bądź żyją w czasach współczesnych czytelnikowi. Prócz nich w „Atlasie chmur” pojawiają się również postaci z przyszłości: Sonmi-451, genetycznie modyfikowana fabrykanta, która staje się symbolem frakcji walczącej z rządami korporacji w Korei XXII wieku; a także Zachariasz, prosty pasterz zamieszkujący jedną z hawajskich wysp w czasach po Upadku, gdzie cywilizacja wróciła do poziomu wczesnych osad średniowiecznych, a ludności zagrażają nieustanne najazdy wojowniczych kanibali. Wspólną ich cechą jest znajomość jedynie tego wycinka rzeczywistości, w jakim się znaleźli, i odizolowanie od jej pozostałych elementów. Sonmi chętnie poznaje, uczy się, z kolei Zachariasz pozostaje nieufny i niechętny wobec tego, co obce.

Nie warto przytaczać tu szczegółów poszczególnych fabuł — te niech czytelnik odkryje sam. Tym, co powinno przesądzać o zakupie „Atlasu chmur” albo omijaniu go szerokim łukiem, jest gotowość (bądź brak takowej) na przeżycie literackiego eksperymentu nastawionego na emocjonalny przekaz i językową ucztę. W powieści Mitchella uwagę przykuwa przede wszystkim kunszt pisarza. Stylistyczna wędrówka rozpoczyna się od wariacji na temat lekko archaicznego języka, w którym orzeczenie często trafia na koniec zdania, a podmiot stoi przed przydawką. Potrzeba chwili, by dać się zahipnotyzować specyficznej rytmice dziennika Adama Ewinga, ale jeśli czytelnik da mu szansę, szybko doceni bogactwo zastosowanych zabiegów. Następnie otrzymujemy zbiór listów Roberta Frobishera, a w nich na pierwszy plan wysuwa się wrażliwość młodego mężczyzny i ładunek emocji, jakie potrafi oddać w pełnych wirtuozerii językowej słowach wysyłanych do przyjaciela. Powieść epistolarna przechodzi w pełnokrwisty thriller, w którym narracja utrzymuje się w czasie teraźniejszym, ze zmienną perspektywą, a ten z kolei ustępuje miejsca pisanej w pierwszej osobie satyrze obyczajowej. Język tej części jest najbliższy mowie współczesnego odbiorcy, choć oczywiście trudno nie dostrzec ciętego humoru przebijającego z historii Cavendisha.

Wątek Sonmi przybrał formę wywiadu, a choć bohaterka opowiada swoją historię w sposób chronologiczny, wyraźnie widać w jej słowach szerszą perspektywę i znajomość większej ilości faktów niż wówczas, gdy wydarzenia te miały miejsce. W tej części Mitchell stworzył wiele neologizmów, zarówno w warstwie semantycznej — zamiast filmów mamy „disneje”, zamiast kawy „starbaxa” — jak i ortograficznej. Ostatnią opowieścią jest ogniskowa gawęda, w której starszy mężczyzna wspomina wydarzenia ze swojej młodości. W mowie Zachariasza udało się pisarzowi oddać zarówno ustny charakter przekazu, jak i ograniczoną wiedzę — a więc i kompetencję językową — bohatera. W tej narracji jest więc wiele uproszczeń, pojawiają się błędy składniowe czy leksykalne.

Docenić należy również ideową warstwę „Atlasu chmur”. Książka nie tylko jest zbiorem fascynujących opowieści, lecz także stawia szereg pytań o miejsce i rolę człowieka w biegu wydarzeń czy w losach wszechświata, o moc wpływania na to, co ustalone i wyrwania się ze schematu powtarzania tych samych błędów. Powieść nawiązuje w pewien sposób do koncepcji wiecznego powrotu i wędrówki dusz, ale Mitchell daleki jest od udzielania jasnych, konkretnych odpowiedzi — raczej podsuwa pewne rozważania swoich bohaterów czytelnikowi, który sam musi zdecydować, jak dane treści zechce zinterpretować i jakie wnioski wysnuć.

O powieści Davida Mitchella trudno zapomnieć po zakończeniu lektury. To książka, która wywiera wrażenie, odciska się piętnem na literackiej wrażliwości odbiorcy. Docenią ją zwłaszcza czytelnicy szczególnie celebrujący język i stylistyczny kunszt autora, a jednocześnie łaknący lektury pełnej zmiennych emocji. „Atlas chmur” to po prostu powieść kompletna, powieść o wszystkim, a to, co z niej wyniesiemy, zależy już tylko od nas samych.

That’s it! The book from my dream!

  • Tytuł: Atlas chmur (Cloud Atlas)
  • Autor: David Mitchell
  • Wydawnictwo: MAG
  • Seria wydawnicza: Uczta Wyobraźni
  • Rok wydania: 2012
  • Liczba stron: 544
  • ISBN: 978-83-7480-274-1


Zapraszam także do lektury recenzji filmu „Atlas chmur”.

  • Szczerze to boję się tego tytułu… Boję się, że mu nie podołam, nie wiem dlaczego. Chyba zrobię pierwszy raz wbrew sobie i swoim przekonaniem i obejrzę najpierw film – zobaczymy co z tego będzie :)

    • Hmm, myślę, że bać się nie musisz. :) Co najwyżej tego, że po prostu Ci się nie spodoba. Moim zdaniem to nie jest trudna książka, tylko bardzo specyficzna, którą albo się ktoś zachwyci, albo uzna za przerost formy nad treścią. A film – może się mylę, ale zaryzykowałabym stwierdzenie, że jeśli Ci się spodoba, to książka tym bardziej; i odwrotnie. Ale samo zaburzenie kolejności szkody nie zrobi, tak więc zachęcam, do filmu też. :)

  • Czuję się przekonana – choć tak po prawdzie niewiele mi trzeba było.;)

    • Cieszy mnie to. ^^ Pozycję tak zachwycającą jak „Atlas…” najchętniej wcisnęłabym każdemu czytaczowi. :D

  • viv

    Tak się zastanawiałam czytając komentarz Immory, czy tak zachwalając i zachwycając się nie zrażamy części potencjalnych czytelników – co przecież byłoby reakcją odwrotną do zamierzonej :) Czasem mam wrażenie, że podkreślenie tego, czym dana książka podbiła serce (i umysł) może w czytelniku recenzji wytworzyć mylne przeświadczenie, że specjalność, wyjątkowość danej pozycji przełoży się na jej trudność w odbiorze. A przecież lektura „Atlasu chmur” to przede wszystkim świetna rozrywka :)

    • Mam nadzieję, że jednak nikogo całkowicie nie zrazimy. :)
      Wydaje mi się, że czasami ma się po prostu takie dziwne przeczucie, że jakaś książka (albo książki danego autora) jest trudna – bo jest. Nawet nie musi to wynikać z konkretnej recenzji. Mnie się dłuższy czas wydawało, że powieści Dicka są trudne (i nie mam pojęcia, dlaczego!) – a potem przeczytałam pierwszą i byłam wielce zdziwiona, że wszystko zrozumiałam i że język w gruncie rzeczy był całkiem prosty. :D Tak więc wiem już, że warto lekceważyć takie dziwne przeczucia i dawać wszystkiemu szansę – do czego, mam nadzieję, innych też przekonam.

  • Pingback: Symfonia na sekstet – „Atlas chmur” | Oceansoul's Blog()

  • Film już obejrzałem, a książkę właśnie smakuję… Myślę, że akurat w odniesieniu do tych wspaniałych dań taka kolejność jest właściwa. Przykro mi tylko, że ucztę psują mi bardzo wąskie wewnętrzne marginesy w tym co nieco opasłym tomie (Panu Tomaszowi Laisar Fruniowi, odpowiedzialnemu za skład i łamanie, zabrakło wyobraźni).

    Cieszę się, że trafiłem na Twoją stronę – natychmiast trafiła do moich ulubionych. Tylko kiedy ja te wszystkie wpisy przeczytam?

    • Również nie żałuję obejrzenia filmu przed książką – a to w moim przypadku dość rzadka sytuacja, z reguły wolę odwrotną kolejność. Z „Atlasem…” to pewnie kwestia tego, że film podobał mi się zarówno jako samodzielne dzieło, jak i (z perspektywy) jako ekranizacja trudnej do zekranizowania powieści.

      Bardzo mi miło, że blog się spodobał, zapraszam regularnie w moje progi. :)