Symfonia na sekstet — „Atlas chmur”

By | 9 listopada 2012

Na premiery filmów rzadko czekam z równą niecierpliwością co na premiery książek. Tym razem wyjątkowo jedna i druga zazębiły się ze sobą — najpierw usłyszałam o powieści Davida Mitchella, listopadowej pozycji z mojej ulubionej serii Uczta Wyobraźni, a wkrótce potem ujrzałam niecodzienny, ponad pięciominutowy zwiastun jej adaptacji w reżyserii rodzeństwa Wachowskich i Toma Tykwera. Najbardziej wyczekiwane dzieło tej jesieni nadeszło — książkę od środy można znaleźć na księgarskich półkach, a za dwa tygodnie na ekranach kin pojawi się film, z którym miałam już przyjemność się zapoznać. Mowa rzecz jasna o „Atlasie chmur”.

Sześć opowieści. Przeplatające się wątki z przeszłości, teraźniejszości i przyszłości zmieniają się niczym w kalejdoskopie, przedstawiając pozornie niezwiązane ze sobą historie. Początkowo trudno dostrzec, co spaja dzieje postaci z odległych miejsc i czasów; wraz z kolejnymi minutami poszczególne elementy zaczynają subtelnie łączyć się ze sobą — bohaterowie różnych epok trafiają na listy czy dzienniki innych protagonistów, śnią o nich albo po prostu towarzyszy im dziwne przeczucie, że gdzieś już widzieli tę twarz albo słyszeli tę melodię. Ale to zaledwie szczegóły. Tak naprawdę tym, co łączy poszczególne opowieści najmocniej, jest uniwersalny motyw drogi do prawdy i konfrontacja z zastanym porządkiem świata — jedni mu ulegną, inni zdecydują się na walkę z góry skazaną na klęskę, jeszcze inni postanowią obalić go za wszelką cenę, choć zdają sobie sprawę z własnej małości i pisanego im losu.

„Atlas chmur” zadziwia wewnętrzną harmonią, a osiągnięcie jej z uwagi na mnogość kontrastowych elementów było prawdziwym wyzwaniem — mowa zarówno o różnorodności scenerii: od dziewiętnastowiecznej podróży oceanicznej i okres międzywojenny w Europie, przez lata 70. w Kalifornii i współczesność w Wielkiej Brytanii, po wizjonerskie i zapierające dech miasto przyszłości oraz położone na południowym Pacyfiku wyspy zamieszkiwane przez kanibali; jak i o pełnej gamie nastrojów i emocji, których seans dostarcza. Sala kinowa naprzemiennie rozbrzmiewała szczerym śmiechem, by scenę później pogrążyć się w absolutnej ciszy i powadze. Stylistyka dramatu, komedii i filmu science fiction, doprawiona szczyptą romansu i sensacji, zachowuje idealny balans.

Innym zachwycającym elementem jest narracja. Trudno nie zauważyć jej wyszukanego języka oraz zabiegów składniowych i leksykalnych, które, podobnie jak różnorodność stylistyczną poszczególnych opowieści, z powodzeniem udało się filmowcom przeszczepić z kart powieści. Wyrazy uznania należą się także za zabieg łączenia narracji z jednej historii ze scenami z innej — stanowi on kolejne spoiwo między wątkami, podkreślające uniwersalność myśli czy dialogów. Wydarzenia zataczają koło, a ci, którym nie dane było zaznać szczęścia, być może odnajdą się w innym miejscu i innym czasie. Także wizualny rozmach i pobrzmiewający przez blisko trzygodzinny seans skromny motyw muzyczny (tytułowy „Cloud Atlas Sextet”) nie pozwalają zapomnieć o tym, że to tak naprawdę jedna historia o sześciu obliczach.

Ostatnim łącznikiem są sami aktorzy. W „Atlasie chmur” nikt z odtwórców głównych ról nie odgrywa jednej postaci — a cztery, pięć czy sześć. Fenomenalna charakteryzacja sprawia, że nawet najbardziej uważni widzowie mają małe szanse wyłapania wszystkich wcieleń poszczególnych aktorów. Nie zdradzę zbyt wiele, by nie psuć nikomu niespodzianki w samodzielnym odkrywaniu tego aspektu, ale wspomnę, że ani płeć, ani wiek, ani kolor skóry nie były dla charakteryzatorów żadnym problemem. A jest kogo wypatrywać na ekranie — popis o wielu twarzach dają m.in. Tom Hanks, Jim Broadbent, Hugo Weaving i Doona Bae, a Halle Berry i Hugh Grant zaskakują niektórymi ze swoich wcieleń, tak różnymi od typowych dla nich ról.

„Atlas chmur” nie mówi o niczym, o czym obyty widz tak naprawdę by od dawna nie wiedział — z innych książek, filmów, z historii czy po prostu z życia. Jeśli więc ktoś oczekuje przesłania nowatorskiego, zaskakującego w ostatnich minutach — srodze się zawiedzie i dołączy do głosów rozczarowanych, zarzucających obrazowi banał i miałkość. Dla mnie to jednak kinematograficzna Uczta Wyobraźni, niewiarygodnie piękna wizualnie, nowatorska w formie, finezyjna w łączeniu emocji, zachwycająca narracyjnie i wyśmienita aktorsko. Choć powtarza to, co wiadome, robi to w sposób godny wysłuchania. Żałuję jedynie, iż przed seansem nie zdążyłam zapoznać się z książką — jak wspaniała musi być bowiem proza Davida Mitchella, jeśli pozwoliła na zrodzenie takiego filmu?

  • Tytuł: Atlas chmur (Cloud Atlas)
  • Reżyseria: Tom Tykwer, Lana Wachowski, Andy Wachowski
  • Scenariusz: Tom Tykwer, Lana Wachowski, Andy Wachowski
  • W rolach głównych: Tom Hanks, Halle Berry, Jim Broadbent, Hugo Weaving, Jim Sturgess, Doona Bae, Ben Whishaw, James D’Arcy
  • Rok produkcji: 2012
  • Czas trwania: 2 godz. 52 min.


Dziękuję Viv i Wydawnictwu MAG za możliwość zobaczenia „Atlasu chmur” na pokazie przedpremierowym.
Zapraszam także do lektury recenzji książki „Atlas chmur”.

6 thoughts on “Symfonia na sekstet — „Atlas chmur”

  1. Agnieszka

    Bardzo czekam na film, ale najpierw chcę przeczytać książkę, czyli we właściciwej kolejnści:-) Już sam zwiastun filmu wprawił mnie w euforię, aż się boję myśleć, co ze mną zrobi cały film. To na pewno pretenduje do wydarzeń kulturalnych roku, z taką reżyserką i obsadą. Właśnie zobaczyłam, że trwa prawie trzy godziny! CU-DO-WNIE!

    Reply
    1. Oceansoul Post author

      Te trzy godziny minęły w moim przypadku błyskawicznie, tak jakby trwały co najmniej o połowę krócej.
      Nie ukrywam, że jestem wciąż bardzo zafascynowana „Atlasem” – dzisiaj zaczęłam czytać i już nie mogę się doczekać, aż pochłonę całość, a za jakieś pół roku upoluję film na dvd i obejrzę raz jeszcze… :)

  2. viv

    Bardzo zaraźliwy jest ten Twój entuzjazm, wiesz? :) Ja wciąż czekam na swój egzemplarz książki, a dopiero po lekturze wybiorę się do kina, ale chyba będę musiała przetasować kolejkę, żeby i książka, i kino znalazły się w moim grafiku raczej wcześniej niż później :)

    Reply
    1. Oceansoul Post author

      Cieszę się. ^^ Z każdą chwilą jestem coraz bardziej zakochana w całokształcie wszystkiego związanego z „Atlasem” – jestem w połowie książki i toczę wewnętrzną walkę między „o, jak ja bardzo chcę czytać” a „nie mogę czytać, bo za szybko skończę!”, w trakcie słucham filmowego soundtracku, trailer obejrzałam tak z kolejne trzy razy, a gdyby nie to, że bilety do kin tu u mnie takie potwornie drogie, to pewnie bym poszła jeszcze raz… :D

  3. Pingback: Atlas dusz | Oceansoul's Blog

  4. Eivrel

    Mnie również zachwycił film. Książki jeszcze nie czytałem. Mam nadzieję, że jest równie dobra. Pozdrawiam ;)

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *