10 filmów, które pokazałabym swoim dzieciom

By | 26 grudnia 2014

Wpis, który właśnie czytacie, powstał w odpowiedzi na zaproszenie Zwierza Popkulturalnego do udziału w filmowym łańcuszku/wyzwaniu (niepotrzebne skreślić). Zacznijmy więc od założeń:
„(…) rodzice wiedzą, że powinni polecić dziecku książki, ale nie czują impulsu, by posadzić je przed filmami, które uważają za dobre czy ważne. Tymczasem tak jak po pewne książki nie sięgniemy, jeśli ktoś nam ich nie podsunie, tak i po pewne filmy nie wyciągniemy ręki, jeśli ktoś nas nie posadzi przed ekranem. Zwierz postanowił więc namówić znajomych, by razem stworzyć listę takich filmów. (…) Należy wybrać dziesięć filmów, które waszym zdaniem należy pokazać osobie, którą chcielibyście wprowadzić w świat filmu. Możecie dobierać filmy ze względu na kraj pochodzenia, możecie wybrać kino gatunkowe, możecie wybrać produkcje ze względu na tematykę. Chodzi nie o to, by powtarzać, jakie są najważniejsze produkcje w historii kina ― bo to każdy ogarnie ― ale raczej o wybór takich pozycji, które waszym zdaniem albo są ważne, albo pozwalają czegoś się o kinie nauczyć”.

Mamy tu założenia jednocześnie proste ― bo dla każdego raczej zrozumiałe ― jak i szalenie trudne! Bo jak tu spośród tylu tytułów wybrać raptem dziesięć, skoro choćby tych produkcji, które uważam za szalenie ważne dla siebie, jest z pewnością o wiele więcej. Jakim kluczem się posłużyć, gdy z jednej strony staram się w miarę urozmaicać repertuar poznawanych filmów, a z drugiej ― na niektórych gałęziach kinematografii absolutnie się nie wyznaję. Zadałam więc sobie kilka pytań:
― jak bardzo różnorodna mogłaby być moja lista?
― jakie filmy miały dla mnie (a niekoniecznie dla całej kinematografii) największe znaczenie?
― jakie filmy idealnie wpisują się w moją wrażliwość, którą chciałabym komuś pokazać?
I wreszcie:
― jakie filmy obowiązkowo pokazałabym swoim dzieciom? (Uwaga: „dziecko” niekoniecznie oznacza tu istotę szalenie młodą; raczej po prostu potomstwo tak do 18. roku życia).

A potem powstała poniższa lista. Kolejność alfabetyczna.

Atonement / Pokuta (2007)

Film ten zajmuje szczególne miejsce w moim sercu z kilku powodów. Przede wszystkim ― jako jedna z najlepszych w mojej ocenie ekranizacji. W dodatku ― ekranizacji książki bardzo mi bliskiej, także z uwagi na bycie „metaksiążką”. I film temu bycia „meta” podołał, dając widzowi opowieść nie tylko o dramatach jednostek, lecz także o mocy i znaczeniu samej opowieści. Z kolei fabularnie mamy tu do czynienia z jednym z tych motywów, który każdorazowo straszliwie mnie kłuje i drapie ― dziecięcym kłamstwem zdolnym zniszczyć czyjeś życie. Ten dyskomfort warto jednak przeżyć ― i wyciągnąć z niego cenną lekcję. No i ta ścieżka dźwiękowa!

Beginners / Debiutanci (2010)

Jest jeden bardzo ważny powód, dla którego ten film musi się tutaj znaleźć. Dialog o lwach i żyrafach. I nie chodzi tu wcale o jego wielką odkrywczość i o to, że nie doszłabym sama do tej myśli, gdyby nie seans. Chodzi o nić porozumienia ― i o to, byśmy mogli później rozmawiać z zachowaniem tej metaforyki. Poza tym – przeczytacie to na tej liście jeszcze kilka razy ― to jest właśnie ten rodzaj kina „o życiu”, który jest mi szalenie bliski i który tak bardzo lubię oglądać. Skupiony na prostych sprawach, na wrażliwości jednostki, a nie na rzeczach wielkich.

Big Fish / Duża ryba (2003)

Ten obraz jest dla mnie synonimem określenia „magia kina”. Nie potrafię nie oglądać go z tą pierwotną, dziecięcą radością i roziskrzonymi oczyma. W dodatku to jeden z moich ulubionych filmów jednego z ulubionych reżyserów. Już teraz to jedna z tych produkcji, przed którymi uwielbiam sadzać widzów nieprzygotowanych na to, co ich czeka. Po prostu włączam go ze słowami „Pokażę ci zaraz coś wspaniałego, siedź i oglądaj”. I jak na razie ― ani razu nie spudłowałam.

Dead Poets Society / Stowarzyszenie Umarłych Poetów (1989)

Film, z którego powinno się nauczyć, iż są takie sytuacje, że wchodzimy na szkolne biurko i mówimy to, co czujemy, że w danej chwili trzeba powiedzieć. Sama zawsze na biurka wchodziłam (z reguły metaforycznie, ale i dosłownie mi się zdarzyło), stąd szczególne miejsce, jakie ta produkcja (a przed nią ― książka, powstała na bazie scenariusza) zajmuje w mojej głowie. Poza tym, to bardzo dobry przykład na to, dlaczego powinniśmy ze sobą rozmawiać ― przede wszystkim we własnym domu. I żadna ze stron tego dialogu nie może nigdy o tym zapominać.

Garden State / Powrót do Garden State (2004)

Jeden z moich najukochańszych filmów w kategorii, którą w głowie określam jako „filmy o życiu”. Kameralny, zupełnie odmienny od pozostałych tytułów znajdujących się na tej liście. W dodatku natrafiłam na niego całkowicie przez przypadek, a takie przypadkowe odkrycia zajmują w mojej pamięci zupełnie oddzielną, specjalną przegródkę. Zostało mi po nim potwierdzenie myśli, że nawet w tych momentach życia, gdy jest nam źle, możemy cieszyć się pozornie nieistotnymi zdarzeniami. I że czasem te drobne, nieistotne zdarzenia sprawiają, że później jest nam lepiej. Jak również to, że w wieku 26 lat niekoniecznie trzeba mieć w życiu wszystko poukładane i idealne czy znać odpowiedzi na wszystkie pytania i widzieć głębszy sens. Wcale nie trzeba.

Rent (2005)

Moje bardzo niedawne odkrycie ― ale jedno z ważniejszych. Na liście znajduje się nie tylko z uwagi na to, że trafia idealnie w moją wrażliwość. Po pierwsze ― to musical. A zaszczepienie miłości do musicali to wręcz konieczność wychowawcza. Po drugie, to film uwrażliwiający na los innych oraz pochwała tolerancji, a zarazem opowieść o marzeniach, o radości życia, o pragnieniu znalezienia przyjaźni, miłości i swojego miejsca. Wreszcie, to jedne z najwspanialszych, zostających w głowie na bardzo długo utwory, w dodatku w wersji filmowej ― śpiewane nie przez aktorów z nazwiskami, którzy niekoniecznie mają ku temu warunki głosowe, ale, w większości, przez obsadę prosto z Broadwayu.

Requiem for Dream / Requiem dla snu (2000)

Jeden z tych filmów, który trafił do mnie z polecenia. W dodatku w czasach, gdy jeszcze nie zdążyłam zainteresować się kinem, nie znałam ani reżysera, ani występujących w produkcji aktorów, ani nawet charakterystycznego motywu muzycznego. „Requiem…” dostałam pocztą, na podpisanej mazakiem płycie (takie to czasy były; chyba nawet nie miałam jeszcze stałego łącza internetowego, a filmy głównie pożyczałam na VHS-ach z wypożyczalni), a oglądałam w nocy na laptopie, w swoim łóżku, gdy inni domownicy już spali. Bo miał być „dorosły”, a ja chodziłam wówczas do gimnazjum. I jak mną wstrząsnęło. Nie tylko nie za bardzo byłam w stanie iść spać już po seansie. Bałam się nawet iść do kuchni, gdyż lodówka wydawała się najbardziej przerażającym sprzętem w całym domu. Tyle że to jeden z tych wstrząsów, które moim zdaniem każdy powinien przeżyć co najmniej ten jeden raz. Plus ― jeśli cokolwiek jest w stanie na dobre zniechęcić do brania narkotyków, to nie są to szkolne pogadanki ani prośby czy groźby rodziców ― a właśnie ten film. Niezapomniane przeżycie, które dotychczas miałam odwagę powtórzyć zaledwie raz.

Sen to Chihiro no Kamikakushi / Spirited Away: W krainie Bogów (2001)

Jeśli z filmowych pasji miałabym wybrać tylko jedną, która zostanie ze mną do końca życia, to bez wątpienia byłyby to animacje. Animacje zachodnie poznać łatwo, można by wręcz rzec, że wszędzie ich pełno. Pewnie ze świecą szukać dzieci, których w dzieciństwie nie raczono Disneyem. Ale animacje japońskie? Raczej nie znajdzie się ich w każdym domu. W moim nie było ich do momentu, aż nie odkryłam ich sama. A przecież studio Ghibli to jedni z najważniejszych twórców tego gatunku. Dlaczego wybrałam akurat „Spirited Away”? Po części z sentymentu ― to była właśnie moja pierwsza produkcja Miyazakiego. Po drugie, wydaje mi się po prostu odpowiednim filmem na start, ani nie nazbyt poważny i dołujący, ani nie infantylny; w dodatku to wspaniałe spotkanie z japońską kulturą, które może stać się początkiem pięknej, wieloletniej przygody.

The Meaning of Life / Sens życia wg Monty Pythona (1983)

Pewnych prawd o życiu nikt nie nauczy równie dobrze, co Monty Python. Uwielbienia dla absurdalnego humoru również nikt nie nauczy równie dobrze, co Monty Python. Dlatego należy w życiu jak najwcześniej zacząć edukować ludzi Monty Pythonem. Moim pierwszym był co prawda „Święty Graal”, i choć kocham go bezgranicznie ― to „Sens życia” kocham bardziej. Pewnie dlatego, że jest po prostu bardziej ‚życiowy’ ― a jak możecie zauważyć, na tę listę trafiło stosunkowo dużo ‚życiowych’ pozycji. Jakkolwiek różnie rozumianych.

The Wall / Ściana (1982)

Pisałam Wam kiedyś, że z tym filmem wiąże się moja dziecięca trauma, powstała na skutek ujrzenia jego urywków w zdecydowanie zbyt młodym wieku. Przychodzi jednak taka pora, kiedy jest już się wystarczająco dojrzałym na seans – a wówczas bezwzględnie należy swą latorośl posadzić przed ekranem i wyświetlić „Ścianę”. Oczywiście wychodzę z założenia, że muzykę Pink Floyd potomek poznał już dawno temu, inaczej przecież być nie może. Oglądając film może więc skupić się na połączeniu muzyki z obrazem (ze szczególnym naciskiem na wspaniałe, surrealistyczne sekwencje animowane) oraz na samym przesłaniu. Plus, wątek dotyczący krytyki edukacji jest dokładnie tym, co pewnie każdy chodzący do szkoły pomyślał sobie w jakimś momencie swojego życia i ucieszy się, widząc swoje wątpliwości sugestywnie przedstawione na ekranie.

  • Agata

    Stworzenie takiej listy to by była dla mnie mission impossible :) Kiedy czytałam wstęp Zwierza popkulturalnego wśród wielu filmów, które przyszły mi na myśl był m.in Powrót do Garden State, prosty, ale genialny film o życiu. Poza Garden State oglądałam jeszcze Pokutę (świetna) i Stowarzyszenie Umarłych Poetów (film i książka należy do moich ulubionych). Z Requiem dla snu boję się na razie zmierzyć, ale myślę, że kiedyś przyjdzie czas. Reszty nie widziałam. Jeszcze!

  • http://pandziejaszek.blogspot.com/ Mateusz Cioch

    Gdybym miał tworzyć tego rodzaju listę, to „Sens życia” bankowo by się na niej znalazł.

  • Megapodius

    U mnie też nie udało się stworzeniem listy, ale wiem ze też umieściłbym na niej Sens Życia i Spirited Away. A pokutę ciagle planuję oberzeć i ciągle mi się to nie udaje

  • Pingback: Zwierzowe wyzwanie filmowe – nadobowiązkowe kino japońskie | Pałac Wiedźmy

  • http://myszamovie.blogspot.com/ Mysza

    „Big Fish”. Zawsze. Wszędzie. W kółko. Też będę go swemu potomstwu pokazywać :)

  • http://www.krimifantamania.blogspot.com/ Agnieszka Hofmann

    Znowu okazuje się, że filmowo jestem zacofana jak mało kto… Ale odnalazłam tu dwa filmy, które swego czasu przenicowały mnie i – tak, nie boję się użyć tego określenia – zmieniły. Mowa o „Stowarzyszeniu umarłych poetów” i „Ścianie”. Pierwszy z nich dzieciom już pokazałam metodą „posadzić przed telewizorem i kazać oglądać”, drugi trzeba będzie nadrobić… Wspaniały pomysł z tą listą, a właściwie potrzebą pokazywania dzieciom obrazów ważnych i pięknych. Właściwie z książkami też tak trzeba…

    • http://oceansoul.waw.pl/ Oceansoul

      Zgadzam się całkowicie. Hmm, może o książkach też kiedyś coś podobnego napiszę, chociaż tu chyba będzie mi jeszcze trudniej wybrać. :)