W wirtualnej rzeczywistości nudy

Debiut Charlesa Strossa na polskim rynku wydanym w serii Uczta Wyobraźni „Accelerando” przysporzył pisarzowi grona wiernych fanów rozsmakowanych w hard science fiction. „Stan wstrzymania”, jedna z późniejszych powieści Szkota, reprezentuje jednakże inny nurt – bliżej jej do thrillera, w którym elementy fantastyczno-naukowe zostały zdegradowane do roli drugoplanowej. Książka ta miała być trzymającą w napięciu pozycją rozrywkową – nie do końca jednak wywiązała się z tego zadania i pokładanych w niej nadziei.

Zarys fabuły prezentuje się zupełnie przeciętnie – oto dokonano napadu na bank. Bank umiejscowiony w wirtualnym świecie gry MMO Avalon 4, dodajmy. W intrygę, rzecz jasna dużo bardziej rozbudowaną, niż się to na pierwszy rzut oka wydaje, wplątana zostaje trójka bohaterów: policjantka, księgowa oraz informatyk. Naprzemiennie śledzimy losy Sue, Elaine i Jacka, którzy nie wiedzą o sprawie wiele więcej od początkowo dość zagubionego czytelnika, i wraz z nimi odkrywamy meandry spisku oraz poznajemy świat wykreowany przez Strossa.

Tym, co w powieści najbardziej zawodzi, jest sposób prowadzenia fabuły. Z kart „Stanu wstrzymania” zbyt często wieje nudą, akcja ma tendencję do zwalniania bez powodu lub wpadania w fale chaosu, po których miota się bez wyraźnego celu. Autorowi nie udało się zbudować napięcia, zabrakło także lekkiego pióra i potoczystego stylu – elementów niezbędnych, gdy próbuje się stworzyć powieść rozrywkową, pozbawioną rozwiniętej warstwy refleksyjnej.

Niewykorzystanego potencjału utworu szkoda tym bardziej, że pisarz wykreował w książce interesujący świat bliskiej przyszłości, w którym Szkocja jest suwerennym państwem, a aktualna moda na gry sieciowe i kolejne technologiczne gadżety została w sposób logiczny i wiarygodny rozwinięta, wręcz podniesiona do rangi czegoś więcej niż zwyczajnego hobby. Zarówno ci zafascynowani socjologicznymi aspektami gier typu MMO, jak i ci zainteresowani kwestiami technicznymi rozrywki sieciowej, a wreszcie – fani najpopularniejszych tytułów, do których aluzji w powieści nie zabrakło – powinni znaleźć w „Stanie wstrzymania” coś dla siebie.

Interesująca jest strona językowa powieści. Stross zastosował niespotykaną na szeroką skalę narrację w drugiej osobie liczby pojedynczej – zabieg sam w sobie dość ciekawy, trudno jednak nie ulec wrażeniu, iż w tym utworze użyty został bez większego celu, a przez to wydaje się manieryczny. Mógłby posłużyć do zbliżenia czytelnika do bohatera, zgłębienia psychiki i motywów postaci, ale w „Stanie wstrzymania” tak się nie dzieje, a o utożsamieniu się z protagonistami i przeżywaniu ich losów nie może być mowy. Zbyt słabo zostali zarysowani – odbiorca wie, co robią, ale ich tok myślenia często pozostaje wielką niewiadomą.

Na tym nie koniec chwytów, które wyróżniają pióro Strossa. Pisarz zwraca uwagę na stylistyczną stronę wypowiedzi, a do idiolektu niektórych postaci zgrabnie wplata słownictwo specjalistyczne, slang właściwy graczom, a niekiedy w wypowiedziach Sue odwzorowuje charakterystyczny szkocki akcent. Słowa uznania należą się nie tylko autorowi, lecz także tłumaczowi wydania polskiego, Wojciechowi M. Próchniewiczowi, który potrafił oddać koloryt językowy oryginału.

Nie da się ukryć, że „Stan wstrzymania” rozczarowuje, zwłaszcza tych, którzy oczekiwali po autorze czegoś więcej niż pozycji na wskroś przeciętnej. Powieść polecić można ze względu na interesującą scenografię i ciekawą tematykę, odradzić – z powodu topornego prowadzenia fabuły i mało porywającej intrygi. Gdy dodać do tego irytującą manierę pisarza do prowadzenia narracji w drugiej osobie, pozostaje zachęcić czytelników do sięgnięcia po inne utwory Charlesa Strossa w pierwszej kolejności.

  • Tytuł: Stan wstrzymania (Halting state)
  • Autor: Charles Stross
  • Wydawnictwo: MAG
  • Rok wydania: 2012
  • Liczba stron: 416
  • ISBN: 978-83-7480-239-0

-
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu MAG oraz Portalowi Bestiariusz.

Kategoria: Literacko | Tagi: , , , , , | Komentarzy: 4

Baśń o Kościeju Nieśmiertelnym

Gdy myśli się o połączeniu stylistyki baśniowej, poetyckiego stylu i fantastyki niesztampowej, do głowy przyjść może tylko jedno nazwisko – Catherynne M. Valente. Amerykańska pisarka jest dobrze znana miłośnikom serii Uczta Wyobraźni, w której wpierw ukazały się dwa tomy „Opowieści sieroty”, często porównywanych do „Baśni z tysiąca i jednej nocy”, a następnie oniryczny „Palimpsest”. Teraz do tego szacownego grona dołącza „Nieśmiertelny”, u podstaw którego stoi wykorzystanie motywów z rosyjskiego folkloru.

Maria Moriewna nie jest zwyczajną dziewczyną – dostrzega bowiem rzeczy, o jakich nie śniło się przeciętnemu mieszkańcowi Piotrogrodu. Obserwuje, jak ptaki przemieniają się w mężczyzn, a następnie zostają mężami jej sióstr. Bierze udział w zebraniu domowików, opiekuńczych duchów domu, przyjaźni się z leszym, wiłą i rusałką, poluje na żar-ptaki, odwiedza ją Baba Jaga. Wreszcie – daje się uwieść Kościejowi Nieśmiertelnemu, najbardziej znanemu czarnemu charakterowi z rosyjskich klechd i legend.

Historia Marii i Kościeja w wykonaniu Valente nie jest jednak typową baśnią, w której bohaterów dzielimy na dobrych i złych, a fabuła zmierza do przewidywalnego zakończenia. Protagoniści to postaci niejednoznaczne, pozbawione konkretnych etykietek. Maria po wielokroć buntuje się – przeciw zasadom panującym w domu, przeciw porządkowi społecznemu, przeciw temu, co rzekomo jej pisane. Skomplikowane są relacje bohaterki z Kościejem, hipnotyzuje ich wzajemne przyciąganie się i odpychanie, naprzemienne podporządkowywanie sobie. Ta trudna miłość, w której nie brakuje udręki, słabości i błędów, a także aspektu cielesnego, nie jest obrazem, do jakiego przyzwyczaiły nas legendy i podania.

Tło opowieści o Marii Moriewnie – opowieści uniwersalnej, odpowiedniej dla dowolnej scenografii – stanowi w „Nieśmiertelnym” przechodząca przemiany ustrojowe Rosja. Baba Jaga jest tu Przewodniczącą, domowiki tworzą Komitet i zwracają się do siebie per „Towarzyszu”, a symbolem kolejnych zmian u władzy są Piotrogród i ulica Grochowa, przemianowane później na Leningrad i ulicę Dzierżyńskiego. Jeśli powieści można cokolwiek zarzucić, to ciut marginalną rolę historii, która często spychana jest jedynie do roli ozdobnika. Od prawdziwej wojny o wielokroć ważniejsza jest ta, jaką toczą ze sobą Car Życia i Car Śmierci.

Trudno mieć jednak cokolwiek za złe Valente, gdy wsiąka się w ten przepełniony magią świat i daje się porwać jedynej w swojej rodzaju narracji. Łatwo odgadnąć, że amerykańska autorka jest także poetką – zdania, które tka z niezwykłą lekkością, pełne są plastycznych metafor, obrazowych porównań i lirycznego nastroju. Snuta opowieść pachnie surowym rosyjskim klimatem; chwilami przywodzi na myśl pisarstwo Bułhakowa, u którego realizm magiczny przeplata się z ponurą rzeczywistością, chwilami zaś – Andersena, zwłaszcza gdy Valente powtarza ten sam motyw po wielokroć, co jest manierą właściwą baśniom. To oczywiście skojarzenia dość odległe, bowiem amerykańska pisarka wypracowała własny, unikalny styl, trudny do pomylenia z czyimkolwiek innym.

„Nieśmiertelny” roztacza magię już od pierwszych stron. Jego baśniowość urzeka, a brak schematyczności oraz zabawa konwencją stanowią o tym, że mamy do czynienia z kolejną perełką godną serii Uczta Wyobraźni. Catherynne M. Valente należy zaś do grupy tych nielicznych powieściopisarzy, których pokochać można po raptem kilku zdaniach, a nim czytelnik się obejrzy – książka kończy się i odbiorcom pozostaje jedynie tęskne wyczekiwanie na następny utwór autorki.

-
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu MAG oraz Portalowi Insimilion.

Kategoria: Literacko | Tagi: , , , , , | Komentarzy: 9

Magia jest wśród nas – repryza

Magia jest wśród nas, proszę państwa, o czym przekonałam się dziś na własnej skórze do tego stopnia, że postanowiłam poświęcić wpis na prywatę, czego nie robiłam od dawna. Ale tym razem okazja jest wyjątkowa – udałam się na spotkanie autorskie z jednym z moich ulubionych pisarzy, Jonathanem Carrollem, który przyjechał na kilka dni do Polski promować swój najnowszy zbiór opowiadań, „Kobietę, która wyszła za chmurę”. Bardzo lubię spotkania autorskie, zwłaszcza takie z długą i rozbudowaną częścią dialogową między twórcą a czytelnikami, poprzedzającą podpisywanie książek. Carroll na tej płaszczyźnie nie zawiódł pod żadnym względem – wykazywał anielską cierpliwość nawet do najbardziej trywialnych pytań, jakie padają w każdym wywiadzie, ponadto zaprezentował zgromadzonym zarówno swoje poczucie humoru, jak i ciekawą metaforykę wypowiedzi.
Ale to nie jedyny powód, dla którego warto było tam być i spotkać pisarza. Ku mojemu ogromnemu zdumieniu – Jonathan Carroll skojarzył moją skromną osobę (miałam bowiem przyjemność napisać pierwszą na świecie recenzję „Kobiety…”, a o swoich wrażeniach skrótowo poinformowałam także autora) i uraczył mój egzemplarz dedykacją, która napawa ogromną radością:

„For Marta – who said the first good words about these stories and I am grateful”.

Trudno o lepszy dzień i większy powód do dumy dla bibliofila i fana. :)

Kategoria: Prozaicznie | Tagi: , | Komentarzy: 8

Magia jest wśród nas

Magia jest wśród nas. Nie każdy może ją dostrzec, wystarczy jednak osoba o odpowiedniej percepcji, by zauważyć, a następnie zaakceptować to, co dla innych pozostaje w sferze mitów i baśni. Z połączenia tego, co codzienne, z tym, co wykracza poza ramy szkiełka i oka, rodzi się realizm magiczny. Jonathan Carroll od wielu lat konsekwentnie wykorzystuje tę konwencję, jego bohaterowie przyjmują to, co nadprzyrodzone, z nadnaturalnym spokojem, a obydwie rzeczywistości płynnie przenikają się, do tego stopnia, że niemożliwe staje się wyznaczenie wyraźnej granicy między nimi. Ktoś mógłby nazwać to wtórnością, powtarzalnością – bardziej właściwym określeniem w tym przypadku będzie jednak „znak rozpoznawczy”.

Zbiór „Kobieta, która wyszła za chmurę” przejawia wszystkie te cechy charakterystyczne, za które czytelnicy na całym świecie pokochali pisarza. Bohaterami kolejnych opowiadań są zwyczajni ludzie, tacy jak my; kobiety i mężczyźni w różnym wieku, o różnym statusie materialnym. Ich życie wypełniają troski i radości, a także codzienna walka z własnymi słabostkami – czy to drobnymi kłamstewkami, czy też przemilczanymi wspomnieniami, a może głęboko skrywanymi marzeniami skazanymi na zapomnienie. U Carrolla postaci nie zbawiają świata, nie wikłają się w politykę i nie decydują o być albo nie być milionów. Stają przed problemami uniwersalnymi, które dotknęły lub dotkną przeważającą część odbiorców prozy Amerykanina – śmiercią bliskich, brakiem miłości, utraconym zaufaniem, wyrzutami sumienia.

Pisanie o codziennych problemach nie jest tak prostą sprawą, jak mogłoby się wydawać. Łatwo popaść w banał, łatwo o trywializowanie lub zbędny patos. Mówić o tym, o czym wszyscy od dawna wiedzą w sposób świeży – to zadanie karkołomne. Skoro zaś na poziomie treści trzeba pogodzić się z powtarzalnością, pozostaje eksperymentowanie formą. W tym momencie do świata Carrollowskich bohaterów wkracza nadnaturalność. Przybywa pod różnymi postaciami: raz jest zaklęciem, które wystarczy wypowiedzieć, by ktoś potrafił zapomnieć, kiedy indziej – przybyszem z odległej planety, poszukującym na Ziemi miłości. Albo nauczycielem lewitacji, alchemiczką bądź szamańską klątwą.

Trudno ocenić, kiedy faktycznie niewytłumaczalne zjawiska przenikają do naszego świata, a kiedy tkwią jedynie w głowach bohaterów. Nie to jest jednak najważniejsze, bowiem gdy Carroll pisze o miłości kobiety i kosmity, pisze o miłości ogólnie, a elementy fantastyczne służą co najwyżej do podkreślenia pewnych zjawisk i przemyśleń oraz uatrakcyjnienia opowieści. Co znamienne, opowiadania ze zbioru „Kobieta, która wyszła za chmurę” nie przynoszą taniego moralizatorstwa ani gotowych rozwiązań – nakreślają problem, ale często pozostawiają postaci tuż przed podjęciem ostatecznego wyboru, a czytelnikom nie jest dane go poznać. Odbiorcy mogą tylko domyślać się, jak potoczyły się dalej poszczególne historie i dopowiadać sobie własne zakończenia.

Krótkim formom brakuje jednak tego, co obecne było w powieściach Carrolla – powolnego zagłębiania się w świat przedstawiony wraz z bohaterami, stopniowego odkrywania kolejnych dziwnych zjawisk, które stają się częścią dnia codziennego. Na 180 stronach zmieściło się dwanaście opowiadań, oznacza to więc, że autor szybko przechodził do sedna i rezygnował z budowania napięcia krok po kroku. Protagoniści zmieniają się jak w kalejdoskopie, a choć są to postaci różnorodne, to z każdą nich przyjdzie czytelnikowi pożegnać się zbyt szybko, by pozostała w sercu na dłużej. Zabrało także elementu, który na wiele lat zapisałby się w pamięci po zakończeniu lektury – takiego jak niezapomniany zwrot akcji z „Krainy Chichów” czy niesamowity finał onirycznych „Kości księżyca”.

Dla fanów Jonathana Carrolla „Kobieta, która wyszła za chmurę” jest jednakże pozycją obowiązkową, nie brakło w niej także drobnych smaczków, które docenią wszyscy uśmiechający się na dźwięk słowa „bulterier”. Jeśli zaś ktoś nie zetknął się wcześniej z twórczością amerykańskiego pisarza, a od dłuższych form preferuje opowiadania – ma idealną okazję ku temu, by braki nadrobić, przy okazji zaś odkryć, do czego może prowadzić fascynacja rusztowaniami lub niewinne kłamstwo, jakim po nieprzespanej nocy uraczyło się przypadkową kobietę.

  • Tytuł: Kobieta, która wyszła za chmurę (The Woman Who Married a Cloud. The Collected Short Stories of Jonathan Carroll)
  • Autor: Jonathan Carroll
  • Wydawnictwo: REBIS
  • Seria wydawnicza: Salamandra
  • Rok wydania: 2012
  • Liczba stron: 184
  • ISBN: 978-83-7510-861-3

-
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu REBIS oraz Portalowi LubimyCzytać.

Kategoria: Literacko | Tagi: , , , , , | Komentarzy: 5

Fabularna klęska w interesującym świecie

Problem z powieściami steampunkowymi na polskim rynku jest zasadniczy – wciąż ukazuje się ich na tyle niewiele, że spragniony miłośnik konwencji sięga po wszystkie tytuły, jakimi wydawcy byli łaskawi czytelników uraczyć. Sprowadza się to niestety do tego, że obok genialnego MacLeoda, bardzo dobrego Piskorskiego czy Westerfelda i przyzwoitego Woodinga trafiamy na średniego Rankina lub rozczarowującą Honisch. Jak na tym tle wypada uhonorowany Locusem oraz nominowany do Hugo i Nebuli „Kościotrzep” autorstwa Cherie Priest? Zaskakująco słabo, zwłaszcza gdy weźmie się pod rozwagę wspomniane wyżej nagrody.

Akcja „Kościotrzepa” umiejscowiona została w Seattle, około 1880 roku. Autorka zdecydowała się przyspieszyć wybuch gorączki złota i tchnąć więcej życia w nie tak ludne wedle historycznych zapisów miasto – a następnie sprowadzić na nie katastrofę w postaci plagi zombie i wydobywających się z ziemi zabójczych oparów zwanych Zgubą, które zmusiły mieszkańców do otoczenia centrum metropolii murem i walki o przetrwanie po jego zewnętrznej stronie. Trudno wyobrazić sobie miejsce bardziej nieprzyjazne od Seattle wykreowanego przez Priest, gdzie każdą kroplę wody pitnej trzeba oczyścić z trującego gazu, a ludzie skazani są na życie w skrajnej nędzy. W takich warunkach przyszło wychowywać się piętnastoletniemu Ezekielowi – synowi mężczyzny, którego wszyscy obwiniają o klęskę, jaka dotknęła miasto.

Wizja świata nakreślona przez Cherie Priest ma ogromny potencjał. Podupadłe Seattle, rozsypujące się budynki mające lata świetności za sobą, zgniłobrunatny krajobraz przysłonięty trującymi oparami Zguby, hordy nieumarłych, a do tego pomysłowe wynalazki wybijające się z roli typowych steampunkowych gadżetów do rangi przedmiotów, których istnienie ma w tym uniwersum faktyczny sens. Gogle, maski i długie, skórzane rękawice to nie wymysły wiktoriańskich modnisi, ale osłony konieczne do przeżycia. Sterowce nie mają malowniczo wyglądać wśród chmur – są jedynym środkiem do transportowania zapasów czy maszyn za wysoki mur. Noszona przy pasie nowoczesna broń to nie rzeźbione cacka pełniące funkcje rekwizytów, ale skuteczne narzędzia eksterminacji zgnilasów.

Scenografia jest w pełni satysfakcjonująca, niestety – zabrakło porywającej fabuły i wiarygodnych postaci. Powieść koncentruje się na wyprawie Ezekiela do ogrodzonej części miasta i próbie dotarcia do prawdy na temat wydarzeń sprzed szesnastu lat. Śladem niepokornego nastolatka podąża jego matka, Briar. I – na tym koniec. Choć książka napisana została całkiem sprawnie, to nie trzyma w napięciu, a kolejne przeszkody, jakie uniemożliwiają bohaterom dotarcie do celu, czytelnik traktuje z całkowitą obojętnością. Od potyczek z hordami zombie, przez wędrówki podziemnymi tunelami, po próbę rozszyfrowania tożsamości tajemniczego doktora Minnerichta i kierujących nim motywów – wszystko jest nudne i nijakie.

Postacie nie prezentują się wiele lepiej. Dwoje głównych bohaterów to osoby, o których po blisko czterystu stronach powieści niewiele można powiedzieć. Ezekiel jest typowym nastolatkiem, ciekawym świata i nieufającym autorytetom. O indywidualnym rysie i charakterystycznych cechach można jednak zapomnieć. Jeszcze gorzej wypada bezbarwna, pozbawiona ikry Briar, której zachowanie często cechuje się przypadkowością i brakiem logiki – a o ile szesnastolatkowi można ten fakt wybaczyć, to szukającej go matce już niekoniecznie. Dużo ciekawsza jest galeria postaci drugoplanowych, z jednoręką barmanką Lucy na czele, ale nie są oni w stanie uratować utworu, kiedy zawodzi główna obsada.

„Kościotrzep” to powieść dla czytelników spragnionych dobrej i klimatycznej steampunkowej aranżacji, będących w stanie przymknąć oko na pretekstową fabułę i skoncentrować się na interesującym tle. Pozostaje mieć nadzieję, że w kolejnych częściach cyklu Stulecie machin – łączy je uniwersum i powracające postaci drugoplanowe, główni bohaterowie są jednakże w każdym tomie inni – Cherie Priest udało się poprawić te aspekty, które kulały w „Kościotrzepie”.

-
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Książnica oraz Portalowi LubimyCzytać.

Kategoria: Literacko | Tagi: , , , , , , , | Komentarzy: 8
  • Zaloguj

  • Najnowsze komentarze

  • Archiwum

    rozwiń | zwiń
  • Kategorie

    rozwiń | zwiń
  • Tagi

  • stat4u